Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyjazdowo. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

(266) Kadr dnia - małe rzeczy Natury



     Siedziałam na zarośniętym łonie natury, odizolowana od jej bezwstydnej bliskości jedynie mikrometrem bawełny letnich majtek i folią bąbelkową. Bezpośredni kontakt naszych fizyczności eksplodował przy każdym ruchu dobiegającym spod pośladków  wstydliwym pyk! pyk!
Nie wiem, gdzie natura ma swoje pośladki, przypuszczam, że albo w Bieszczadach, bo one są tak ułożone pośladkowo, wypięte drzewiastymi półdupkami do słońca, albo w Tatrach, tuż pod Giewontem, bo nad nimi krzyż.
     Ale z całą pewnością wiem, gdzie Natura ma twarz. Patrzę w nią, a ona patrzy w niebo, marszczy wodne czoło, a tuż pod jego powierzchnią przepływają myśli jak szybkie okonie. Raz po raz pomiędzy zmarszczkami odbija jej się słońcem i chmurami. Latem jest ciągle pijana od barw i zapachów.

- Pyk! Pyk! - odpowiedziała uwalniając spod wody sznureczek bąbelków.

Ciekawie mówi - wstając, odklejałam nieśpiesznie folię z pośladków. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, że wyglądam tam teraz pięknie, niczym biedronka siedmiokropka do kwadratu, gdy zjawił się przy mnie ON.

- Bardzo ciekawy wzorek - zagaił i znikł za szuwarami. Był nędznej postury, na perkatym nosie dźwigał wielkie okulary, a na wąskim odwłoku wytarte dżinsy.

Pojawiał się to tu to tam, wychylając głowę znad szuwarów i chowając się za drzewem. 

Hej, myślisz, ze będę się z tobą bawić w ciuciubabkę? Nie ze mną te numery, jestem na to za stara. - Odwróciłam wzrok, bo co się będę z młokosem ścigać, trawa wszak taka kłująca, piasek drapiący, kamyki boleśnie odciskają piętno na piętach. 

- No chodź do mnie, duszko! Chodź! Pocałuję cię w uszko! - droczył się dalej, to padając w trawę, to przysiadając na chybotliwych drewienkach. 

Co za idiota, doprawdy. 

Podeszłam bliżej, a Natura zaciumkała błotniście i liznęła mnie mokro w stopy. Poczułam jak moja skóra robi się dla mnie za duża. Kurczyłąm się i bardzo mnie swędziało pod łopatkami. Chciałam się podrapać, ale kątem oka zauważyłam, że nie mam już rąk, tylko przezroczyste skrzydła. 

No, dobra, jest nieźle, pinglarzu. Tu kwiatek, a tu ty, ok. Kieszonkowe rzeczy, które Natura kitrała po kątach, stały się wielkie. 
A co to dopiero będzie, jak się zaręczymy pierścieniami makro! 


To ON. Samiec ważki rudej, na moje oko.




Tężnica wytworna




sobota, 25 listopada 2017

(249) Odgrzewane kluchy i Skorpion w TV

    Cztery lata tamu napisałam dobry tekst. Mam kilka takich, które uważam za dobre i cenne. Jeden mi się tak spodobał, że przemyciłam go w całości do Bazanka.
    
     W zeszłym tygodniu miałam urodziny, moje włosy zamieniają się barwą z oślim mlekiem, pszenica za grykę, miód za kredę. Młodość to echo życia, obija się o ściany poczekalni.
       Dzisiaj obudziłam się z myślą o poniższej notce, zaskoczona tym, jak jest kompatybilna z moją sytuacją życiową, mimo że minęło już sporo czasu. Wklejam ją tutaj, ale odsyłam do ----> źródła, bo tam są komentarze, które w świetle bieżących wydarzeń brzmią jeszcze silniej. 



poniedziałek, 29 lipca 2013


(79) podróż w czasie

   Sto lat temu beztrosko cięłam krajobraz, bryzgając kolorami na słoneczne pola rzepaku po prawej i fiolety ogórecznika po lewej. Moje dłonie odkładały skiby puszystych szmaragdowych zarośli i rozchylały kłujące gałęzie strzelistym sosnom. Przesypywałam przez palce miliardy ziaren piasku z dzikich plaż, nabierałam w płuca ciemne, pachnące jeziorem powietrze, a jedyny świadek nocnych kąpieli bezwstydnie wpatrywał się we mnie opalizująca tarczą. Wpychałam w oczy zachody słońca, spadające gwiazdy, polne drogi inkrustowane migoczącymi kałużami i kocimi łbami. Wcierałam w skórę zapach miodu i morskich wodorostów. Biegłam łapczywie na wprost, szybko, upojnie, a  wyciągniętymi do góry rękami orałam niebo i darłam paski błękitu. Biegłam przez pagórki, z młodzieńczą ciekawością co dalej, co za horyzontem. Jak gdzie indziej pachnie ziemia, jak słychać szelest leśnych cieni i jak smakuje nieznane. Tajemnica czaiła się za każdym zakrętem,  po skórze skakało to, co niecodzienne i niezwykłe, muskając ją każdą ze stu łaskoczących łapek. Lecznicza akupunktura małych niespodzianek. Wszystko zależało od losu, on rozdawał karty - gdzie i kiedy się obudzę, co zjem na kolację, jakie widoki zobaczę. Która stacja przytuli mnie na 3 godziny albo 3 dni.
Sto lat temu pod puchową poduszkę i przez dziurki w skrzynce wpływały strużki wierszy: Siedząc na małej stacyjce czekam na pociąg, trzymając głowę na udach ukochanej kobiety. Marzę tylko o tym, by ten pociąg nigdy nie nadjechał.

   Kalendarze zafurkotały i przerzuciły mnie o dziesiątki lat świetlnych naprzód. W XXI wieku nie jeżdżę już koleją. W szoferce cichutko szumi klimatyzacja, a śliskie podmuchy przefiltrowanego chłodnego powietrza omywają opalone ramiona. Zmęczona nieustannym brzękiem ciągniętych za sobą kotwic, zakładam kosmyk włosów za ucho niezmiennym od lat, płynnym ruchem i wyciągam strudzone stopy z pedantycznie pomalowanymi paznokciami. Cel podróży - wiadomy. Zaplanowane posiłki 3 razy dziennie, a ściany hotelu nie pachną brezentem i dymem z pizzerii.

Za oknami auta wieczór tasuje migające w pędzie krajobrazy. Już nie kantuje i nie przechowuje asów w rękawie. Do środka wpada miarowy pomruk silnika kabestanu zwijającego liny kotwiczne, które wciągają mnie do doku.

Po wycieczce na tylna kanapę rzucam podejrzanie lekko pytanie: i jak, podobało się Wam?

 

- Super! - woła uradowany Mim

- Noo.- mruczy do szyby Mat. - A mały, obleśny rachmistrz siedzący w mojej metryce, śliniąc wskazujący palec, skrzypiącym piórem dodaje w słupku kolejne 10 lat.

Bo nagle świat objawił mi z rozbrajającą szczerością swoją prawdę - Mat jeszcze tylko kilka razy spędzi z nami wakacje. Potem będą ważniejsi koledzy, dziewczyna. Teraz jego kolej fastrygować ścieżki swoimi krokami, i wysiadywać jajka niespodzianki na małych polanach.
 Tymczasem wydaje mi się, że mój patchwork jest gotowy.

Z tyłu głowy matka Nieuchronność ciągnie za cieniutkie żyłki i zaciska na mej twarzy siatkę zmarszczek.

***

A z innej beczki, to w październiku zostałam zaproszona jako 


do programu profesora Jana Miodka "Słownik polsko@polski", który będzie transmitowany  na falach TV Polonii dzisiaj o godz.17.00. Można go będzie oglądać w wersji nonstopicznej tutaj: ----> https://vod.tvp.pl/video/slownik-polskopolski,25112017-1700,34693147

W bibliotece Instytutu Geografii Uniwersytetu Wrocławskiego było mniej więcej tak:



Ja obejrzę post factum, bo nie mam TV Polonii i skończyła mi się waleriana. Dajcie znak jak było, czy nie poodpadały Wam guziki od koszul i nie pękły odbiorniki. Si ju! ♥

środa, 23 sierpnia 2017

(242) Survival

     Kolej rzeczy jest taka, że prędzej czy później będziemy musieli opuścić Skorpionland i udać się z tobołkiem w nieznane, jak bracia z rosyjskiej baśni, albowiem ostrze miecza Damoklesa, po przecięciu naszych dróg, spadnie i ze świstem przetnie dom na połowy. W zasadzie robi się z tego bajka o księżniczce i połowie królestwa. Rykoszet przewidziany i spodziewany od dawna. Chociaż pewnie, zanim to nastąpi, sporo wody upłynie w rurociągu, albowiem najpierw trzeba napaść na bogatego kupca, potem otumanić go i zrolowanego w perski dywan skutecznie hołubić, by zapałał żądzą do Skorpionlandu na tyle, by go posiąść. Bez uczucia się nie da.

   Właśnie z uwagi na powyższe zmuszona jestem wziąć pod uwagę zmianę biotopu i dlatego brawurowo bierzemy (z królewiczami) pod uwagę kilka wariantów siedliskowych. W ramach przyzwyczajania się do jednego typu z nich, wyjechaliśmy na skraj globusa, do zwieszającej się w niezgłębione odmęty wszechświata leśniczówki i zaanektowaliśmy ją z intensywnością kolonii pleśni. Moje miejskie dzieci, odłączone od aparatury podtrzymującej życie wirtualne, o dziwo przeżyły, co więcej - wykazały progres w zakresie aktywności, hodowane na prawdziwych pomidorach i wiejskim chlebie.
(muszę tu przerwać opowieść i zjeść śledzia, wybaczcie, walczę z tym od dziesięciu minut, ale przegrywam)

....

....

o matko...

.....

omniomniom...


Wybaszsie, że wasz ne poszesztuje, ae przesz czekłe kyształy sze ne da.


boszeeee

.....

(słoik smażonych śledzi w zalewie octowej i pół kubełka siekanki śledziowej w koperku z doprawdy śmiesznym napisem "opakowanie rodzinne" później):

      Droga do lasu. Mat, leży w trawie i fotografuje (natchniony). A leży, bo trawa w obiektywie wydaje się tak wysoka, że w niej toniemy.
- Wiesz, mamo, mógłbym mieszkać w ciemnej głuszy, nie straszne mi wilki, burze, chwilowy brak zasięgu, a nawet permanentny brak MPK. Tu jest bosko - mogę chodzić do szklarni polować na pomidory i przynosić ci naręcza świeżej bazylii z ogródka ziołowego. Pod warunkiem, że wskażesz mi palcem, które to bazylia. (Żebym to ja wiedziała synu, zawsze poluję na to w sklepie i widzę już odcięte od przyrody i starte na proch).



     Droga z lasu. Progenitura w podskokach szybko opuszcza knieje i wypada na skąpaną w sierpniowym świetle ścieżkę:
- O, nie, tu są kleszcze! Dlaczego kleszcze są tak małe, że ledwo je można zobaczyć? Powinny być wielkości szopa pracza - głos Mata już zniknął w leśniczówce, podczas gdy ja wychodziłam dopiero z lasu.

      Tak więc nie wiem co teraz z naszym nowym podmiejskim domem. Chyba popracujemy nad związkiem z przyrodą - jego trwałością, elastycznością i no... może najpierw w ogóle nad tym, by go jakoś na początek chociaż zadzierzgnąć na tyle, żeby nie zejść na zawał przy spotkaniu z sarenką.




     Powiem Wam na ucho, że w tej właśnie leśniczówce będzie się toczyła akcja Bazanka II. Najpierw jednak przeczytajcie jedynkę! Jeszcze tylko miesiąc do premiery :)

     A teraz pozwólcie, że się oddalę. Idę zjeść ogórki konserwowe od Izabelki. O ile w ogóle otworzę słoik. Jezu, jak odkręcam słoik od Izabelki, to mi serce pęka z wysiłku i fantazjuję o nożycach do cięcia karoserii.

piątek, 20 stycznia 2017

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co? 

wtorek, 26 lipca 2016

(221) Uroda życia

     Dawno nie chodziłam po plaży w kostiumie kąpielowym. No, nie żebym siedziała na plaży w dżinsach i koszuli zapiętej na ostatni guzik, nie. Ale dawno nie szłam plażą swobodnie z jednej miejscowości do drugiej ubrana li i jedynie w bikini.
Bardzo lubię to uczucie, kiedy woda zabiera mi piasek spod stóp, jest zimna i orzeźwiająca. Wiatr plącze mi włosy, a ja muszę ciągle wkładać te niesforne kosmyki za ucho. W zasadzie dlaczego muszę? Nie muszę właśnie, niech spadają mi na twarz. Niech jaśnieją na słońcu, niech słońce i wiatr pospołu z woda morską robią mi naturalny balejaż. Jakoś wiosną bowiem zauważyłam początek tego fryzjerskiego procesu, całe pasma siwych włosów. Spojrzałam sobie w niebieskie oko i pomyślałam, że to już. Powoli, skrada się, zbliża koniec pewnej epoki. Nie wyglądam jednak na swój wiek. Wiem. Ostatnio wprawiłam w konsternację ginekologa, niestety nie tym, co mam między nogami, lecz metryką. Dobre i to!

     Wracałam, wiatr łaskotał mnie w plecy, bawił się sznureczkiem związanym pod łopatkami w symetryczną kokardkę. A oczom mym ukazał się piękny widok. Czterech panów bez psa. Dwóch rosłych brunetów, w pełni mocy przerobowych, skanowało płyciznę w poszukiwaniu syren, pan starszy, przyprószony bardziej niż ja szedł po linii demarkacyjnej wody i lądu, a wokół nich jak elektron dreptał brzdąc płci męskiej lat na oko trzy. Szli sobie, czterej wspaniali, nic nie mówiąc, wprawiali w zamęt ziarna piasku i cząsteczki wody, a ja patrzyłam jak na film w iluzjonie. Piękny obrazek, zaprawdę powiadam Wam. 
Czasem człowiekowi zahaczy się w sercu coś tak pięknego i poruszającego, coś, czego inni nie zauważają, a które może w przyszłości wyda jakiś owoc. Kto wie, może czterej panowie bez łódki i psa pojawią się znienacka w jakiejś bajce i zostaną przesłani w kapsule czasu kolejnym pokoleniom.

Czasem udaje mi się zatrzymać coś pięknego w kadrze. Mam w głowie taką przegródkę wyściełaną niebieskim welurem, gdzie składuję ładunek z plusem. To jest takie ogniwo galwaniczne, kiedy sama jestem jednym minusem, działa jak bateria na wspomnienia. Muszę pamiętać o cyklicznym doładowywaniu :) Macie przegródkę na coś pięknego i dobrego? Co tam chowacie? :)











Szkoda, że nie słyszeliście. Kos siadał przed naszym oknem o świcie i wieczorem. Śpiewał tak cudnie, że powietrze zamieniało się w kryształ. 

sobota, 5 grudnia 2015

(193) CZARNY KOŃ I BIAŁA OWCA LITERATURY, czyli Kaczka i Skorpion na czerwonym dywanie!

     Od kilku tygodni żyłam na krawędzi. Od przedwczoraj zmieniłam biegun i żyję na drugiej krawędzi, gdzie odnalazłam i połączyłam się na powrót z rozumem, więc jestem chyba już w stanie streścić Czytaczom co tu się wyrabiało. Podróżowałam mianowicie. Mentalnie, a nawet, czym zadziwię Czytaczy przyzwyczajonych do mej statyki - fizycznie.
    
     Trasa podbiegunowa wiodła z czarnym prądem krwi tryskającej hormonami stresu, poprzez ocean adrenaliny, by wylać się szeroką strugą endorfin. Geograficznie zdarzenia fizjologiczne odbywały się na trasie Poznań-Warszawa-Poznań, chociaż mogłabym przysiąc, że była to trajektoria Poznań-Bajkonur-Księżyc-matka Ziemia.


     O, jaki fajny konkurs, myślę sobie zimą roku pańskiego 2014 i ocieram smarki, które to ta ohizdna pora roku przyniosła mi w swoim hojnym darze. Będę wspaniałomyślna i nie zamieszczę ilustrującej foty jak to siedzę w piżamie pod kołdrą i czytam poniższe obwieszczenie:

Wydawnictwo MG
ogłasza Konkurs literacki
na dokończenie minipowieści Leopolda Tyrmanda:
Wędrówki i myśli porucznika Stukułki.
Patronat: Mary Ellen Tyrmand & Matthew Tyrmand.

    Po czym doznaję spalenia zwojów, uzmysławiając sobie, że PRZECIEŻ TO TYRMAND! Człowiek-legenda! Żeby dokończyć, to, co zaczął, trzeba albo go wskrzesić i zmusić do notatek, albo być osobnikiem jednej z dwóch kategorii: ekspertem lub szaleńcem! Nienienie, nie należę do żadnej z nich!

[A może jednak?

Eeee, nie.

No ale....

Nie! Nie należysz! Zbiór ekspertów jest dla ciebie pusty!

No dobra, ale z drugim lekko wyczuwam pulsację wspólnego neuronu...

Monia, puknij się w czoło i spójrz na chusteczkę, czy nie wysmarkałaś mózgu!]

***

     Minęło kilka miesięcy, jakoś krótko po stworzeniu naszej epopei narodowej w  >Bitwie pod Boschem, kiedy to na którymś z zaprzyjaźnionych blogów >Jarecka rzuciła od niechcenia patyk i linkę do konkursu: 

- Skorpionie, Kaczko, obiecajcie, ze to wy napiszecie!

***

[E, nie da rady.

Jak to nie? 

NO BO TO TYRMAND.

No to co, że Tyrmand? Nie żyje w końcu.

Niby nie, ale sława się snuje za nim stąd aż do Ameryki.

Fakt. Nie da rady].

***

[A może chociaż kupię tego Stukułkę? Co tam, niech przeczytam!]

***

6 marca 2015, po kilku stronach Stukułki:

- Kaczka?! Tu Skorpion! Słuchaj, znasz Ty historię Europy, albo przynajmniej Polski?

- Co ty! Ni w ząb!

- Wspaniale! Nic nas zatem nie ogranicza! Jest bowiem do napisania powieść historyczna.

***

22 maja 2015

- Kaczko, skoro w końcu udało mi się przeczytać to może zaczniemy pisać?

- W zasadzie mogłybyśmy. To mi dobrze zrobi na porost neuronów.

***

   ...I oto zstąpił  duch Tyrmanda jednocześnie na ziemie polskie i niemieckie, posługując się wprawnie zjawiskiem bilokacji. Światem zakręciło, czasoprzestrzeń się zagięła, bo...

***
9 czerwca 2015

Zza offu dochodzi szelest piór i oddalający się dźwięk plaskających płetw.

- Skorpionie, ja już skończyłam, pa! 

***

20 czerwca 2015

- Kaczko, napisałam. Czytamy to jeszcze raz (trzeci), czy oprawiać i wysyłać?

- Ślij.

***

24 czerwca, 6 dni do dedlajnu

- Małżu, jeździmy po całym Poznaniu i to już jest trzecia filia docelowego urzędu pocztowego. Czy ty nie umiesz mnie dowieźć do celu?

- Mówiłem Ci, wyślij to normalną drogą.

- Ty chyba oszalałeś! Przecież listonosz może zgubić rękopis! Albo podłożą bombę pod sortownię przesyłek pocztowych! Albo może ktoś ukraść! - Tulę do piersi kopertę i biegam wzrokiem po wszystkich po zewnętrznej stronie szyby samochodowej. Cała zgraja potencjalnych złodziei! Kidnaperzy kopert wielkoformatowych! Bibliofile i furiaci! Wszyscy czyhają tylko na tę przesyłkę! O nie! Niedoczekanie!

- Wiesz co, należysz chyba do jednej z dwóch kategorii, o których wspominałaś. I to nie do eksperckiej.

Zapachniało siarką, a Małż przeżył wyłącznie dlatego, że po trzech godzinach odnalazła się nasza poczta docelowa. 

Pani pocztówka uśmiecha się zza lady podajnej pięknie prezentując się na ścianie z malutkimi skrzyneczkami:

- Tak, to tu są skrytki pocztowe Wydawnictwa MG, ale nie mogę tak po prostu włożyć tam przesyłki.

- Jak to nie? Ja zapłacę!!! Podwójnie! Za super ekspres!

- Niestety. To niezgodne z regulaminem i dziesięciorgiem przykazań pocztowych, muszę nadać odpowiedni tor i kierunek przesyłce. 

- Jak to? Mam zostawić pani kopertę, by odesłała ją pani do podpoznańskich Komornik, a z Komornik z powrotem w to miejsce, w którym stoimy? Małżu, ja nie wychodzę!!! Rozbijam obozowisko!!! Przynieś mi posiłki!

- Yyyy. Ale my za chwilkę zamykamy urząd. 

- Proszę zamykać, ale ja stąd się nie ruszam! Jestem niewymagająca, wystarczy mi karimata i bułka.

- No to może proszę opłacić znaczki pocztowe, wypełnić blankiet na polecony, a ja przejdę się tylko z przesyłką i nabiję prawidłowo tachometr. Prosz. To wszystko, do widzenia państwu.

***

- Monia, czy możesz odkleić się od tej szyby?

- Nie. Muszę ją przypilnować, czy aby na pewno włoży moją kopertę do skrytki. Jeszcze wrzuci do kosza, albo zmieli. Ci pocztowcy mogą być przecież szaleni!

***

3 grudnia 2015, Muzeum Literatury w Warszawie

- Jacie, dziewczęta, jak to jest stać się eksponatami muzealnymi i to za życia? 

Zatem fotorelacja:

Przed werdyktem.
Jeśli przeczytacie Stukułkę part two, zwróćcie uwagę na niejaką Aldonę
 i wspomnijcie to zdjęcie.

I nareszcie wiadomo kto zasiadł na tronach.
Bałyśmy się, że każą nam jazzowac na fortepianie.

Wywiad dla programu 1 Polskiego radia. Aaaa!
Kaczka mówi, Pani Małgorzata Raducha się śmieje.

Skorpion mówi, Pani dalej wydaje się być rozbawiona, uff.

Potem mówimy już obie, a co tam!


A cośmy opowiedziały, można posłuchać tutaj:




W oddali 3/5 jury spija śmietankę.
Zdjęcie z tyłu, żeby było widać wspólnotę z moim blogowym awatarem.

Po wywiadzie odsapka i zdjęcie z Organizatorami i Jury:
P. Dorota Ewa Grupińska - Wydawnictwo MG
p. Piotr Januszewicz- scenarzysta filmowy
pandeMonia/Skorpion i Kaczka
dr Jarosław Klejnocki - dyrektor Muzeum Literatury
dr Tomasz Makowski - dyrektor Biblioteki Narodowej, przewodniczący jury.

Droga do szampana została odcięta przez Panią z prasy.
Wywiad trwał bardzo krótko i frywolnie, po czym przeszłyśmy gładko
do części nieoficjalnej. Ach, gdybyśmy wiedziały, że Pani jest z PAPu...

A za PAP poszła lawina z naszymi oracyjnymi wygibasami...











Taaaak. Tego dnia wygrałyśmy internety!

A od lewej tadam! Silna grupa wsparcia:
Jarecka! Oklaski!
Ela Wasiuczyńska! Owacje na leżąco!
Czarny koń literatury - Kaczka! Kwiki szaleństwa!
Biała owca literatury - Skorpion primo voto Kręgosłup Oralny, a także pełniąca Posługę literacką - można klaskać
Alcydło Kr. łamane przez MANU - spazmy i wibracje!



Wasiuczyńska jodłuje!

Poruczniku Stukułko, zadanie wykonane!


A dlaczego SKORpion i KAczka? Państwo przeczytali PION CZKA?!
Oto jak się zrobiła kaczka-krzyżówka:




     I tak oto międzymiastowe, międzynarodowe, a nawet intergalaktyczne spotkanie (bo nawet z >Newą) dobiegło końca w jednym miejscu i przeniosło się w inną czasoprzestrzeń Warszawy, gdzie konsumowałyśmy nasz związek do późnych godzin nocnych. 


wtorek, 1 września 2015

(185) W Pacanowie...

     ...kozy kują, więc Koziołek mądra głowa, błąka się po całym świecie, aby dojść do Pacanowa. Właśnie nową zaczął podróż, by ją skończyć w Pacanowie, a co przeżył i co widział - post ten wszystko Wam opowie!


     Rozrywało mnie już od jakiegoś czasu, z nasileniem w ostatni weekend lata i erupcją w poniedziałek, 31 sierpnia. Ściany domu skurczyły się, ciśnienie wzrosło i jasnym się stawało, że nieuchronnie wyciśnie mnie w zielone jak pestkę z arbuza. Pestki arbuzowe jak wiadomo, występują gromadnie, więc wystrzeliliśmy malowniczo w kwartecie. 

     Pierś ma jędrna rwała się ku akwenowi okolonemu lasem. Marzył mi się piaseczek przetykany przybrzeżnymi suchoroślami, przejrzysta woda z widocznymi z góry ławicami maleńkich rybek, tnące powietrze krajowe ptactwo wodne, szum szuwarów, zapach igliwia buchający ze schodzących ku wodzie i ostentacyjnie przed nosem ociekających żywicą, borów sosnowych. A w nich leśne echo i mech, w który zapadają się stopy. Rusałki, jeziorne żabony i trzcinowe nimfy.
  
Tak mi się wyimaginowało i tak musiało być.

Jedźmy więc nad jezioro Kórnickie! - ja. Jedźmy nad jezioro Swarzędzkie! - Małż, który jako kierowca miał siłę przebicia i kierownicę w rękach. Może nadmienię, że żadne z nas nie widziało na oczy żadnego z tych jezior z bliska, więc każde kierowało się swoim wyobrażeniem.

     Wzięliśmy zatem koc piknikowy i wałówę. Piknik rozpoczął nieoczekiwanie szybko, bo już dwie minuty i jakieś 100 metrów od domu, a równocześnie wiele kilometrów przed Swarzędzem. Utknęliśmy bowiem w korku i utonęliśmy w morzu blachy i spalin. Chcąc ulżyć innym użytkownikom drogi i oszczędzić im bolesnego widoku piknikującej w samochodzie familii, ścięliśmy zakręt, by ominąć newralgiczne trzy nitki fastrygujących ulice aut. Minuta czerwonego, trzynaście sekund zielonego - zaszachował wiedzą Mat, wobec czego, by  ściąć zakręt, wjechaliśmy tranzytem na stację benzynową, by finalnie utknąć tu w, dla odmiany, czteropasmowym korku. Mało tego. Uczepiliśmy się akurat tego jedynego auta w nitce, które faktycznie tankowało. Na skróty dłużej, ale ciekawiej, jak mawia staropolskie porzekadło.
   
    Czas płynie, a my ciągle tkwimy na stacji benzynowej sto metrów od domu. Kiedy tracimy resztki cierpliwości i prowiantu, obok nas materializuje się pan, z którego miny odczytuję żądzę mordu i wykopsania nas z kolejki. Jednakże pan miał widocznie już taki zacietrzewiony wyraz twarzy od urodzenia, albo był naostrzony skwarem, a wybrał nas spośród milijona, by zwiastować nam osobiście i nos w nos o wypadku na trasie do Swarzędza. Prorok jaki czy co?
     Wobec powyższego obraliśmy dokładnie przeciwny azymut. Lawirowaliśmy w niekończącym się benzynożernym spaghetti, by zatoczyć łuk, a nawet okrąg i znaleźć się na okrętkę ponownie obok domu. Powinniśmy sobie powiesić nad drzwiami tabliczkę RZYM. Małż orzekł, że skoro wycieczka przedłuża się, musi podjechać na stację i zatankować. Jak na tajemny znak, trzy pary oczu równocześnie zaświeciło się krwiożerczo w szparkach powiek. 

     Skoro znaleźliśmy się znowu obok domu, to zacznijmy wędrówkę od początku i jedźmy do Kórnika. I tak trzeba było uczynić od samego początku - zazielenił się wieniec laurowy wieńczący mą skroń. Tak to jest, jak się sprzeciwia żonie.

    Pojechaliśmy zatem gonić marzenia (moje). Zaorane pola leżały spokojnie falując swą spękaną opaloną na brąz skórą, łany niezebranej kukurydzy stały sztywno na baczność ususzone na wiór. Skwar przepalał ziemię do wód gruntowych, a jądro ziemi podgrzewało ją od wewnątrz. Wysychały strumyki oraz sok pomarańczowy w kartonie.
 Tym razem nie ulegliśmy czarowi Zamku Kórnickiego, któremu szorujemy kapciami podłogi co rok. (O >> tutaj ekwilibrystyka słowno-historyczna). Wzrok nasz bowiem utopił się po prawej burcie, za którą błyskało jezioro. Cel naszej wyprawy. 

- Szukajcie plaży z mych marzeń, a chyżo! Pragnę zanurzyć się w zimnych odmętach i zostać tak na wieki albo nawet pół godziny.

     Trzy przyklejone do szyby twarze zamieniły się w grzebienie do wyczesywania wesz. Plaży nie wyczesały. Malowniczych zejść do wody również. Wkoło trzciny, tatarak i splątane liany. Muł, zapach małży i wyziewów płytkiej wody. I ta myśl, która zabłysła pod moją kopułką! Jedźmy na drugą stronę jeziora! Tam musi być pies pogrzebany!

     Oczywiście momentalnie straciłam orientację, której za to nie traci nigdy Małż i już znaleźliśmy się po drugiej stronie akwenu. Ach, gdybyż tylko nie było tu tych nadbrzeżnych ogródków działkowych, które czynią brzegi jeziora prywatnymi! Porzuciliśmy auto i dalej udaliśmy się pieszo z częścią dobytku. Droga wysłana delikatną, miękką trawą, która niosła nas na swych falujących źdźbłach jak na ruchomym trotuarze. Po prawej filuterne stadko melodyjnych kosów i uśmiechająca się do nas wiewiórka.




  Po lewej las z siatką ochronną, za którą pierwszy szereg drzew zmienił kierunek rośnięcia z pionowego na horyzontalny, bezwstydnie wystawiając na widok publiczny gołe korzenie i to, co ma pomiędzy nimi. Ściśnięci między dwoma światami przebijamy się przez zasieki z pokrzyw i gałęzi, pokonujemy finalny ostry zakręt, zza którego miało być widać naszą plażę. Widać było tylko trzciny i mlaskające o mulisty brzeg rachityczne fale. Próbujemy jeszcze pójść kawałek wzdłuż trzcin w poszukiwaniu tworu moich imaginacji, ale komary, zwalone drzewa i pokrzywy wygrywają. W drodze powrotnej znowu fotografujemy wiewiórkę, która czekała na nas w tym samym miejscu, tym razem znacząco rysując sobie na rudym czole kółko.


     Puszkujemy się i okrążamy jezioro z odwrotnym kierunku z zamiarem dostania się do Kórnika od strony miejskiej. Ale tuż przed nami wyrasta tabliczka BNIN. Pojechaliśmy zatem do Bnina, gdzie plaży też ni ma. Następnie Biernatki, Jeziory Wielkie, Łękno. A na koniec trafiliśmy do Zaniemyśla, gdzie woda podobna do kiśla. Wszystko było, no wszystko- jezioro okolone lasem, pewnie i jagody, i elfy, i krasnale. Ale woda była ohizdną zieloną zupą, w której taplały się stada wygłodniałych samic kaczek krzyżówek. Ciecz była nieprzezierna, pienista i śliska. W zasadzie morze możliwości dla mikrobiologów. Odniosłam wrażenie, że jestem na jakimś survivalowym campie, zresztą inni , nieliczni przyjezdni również byli poruszeni do głębi kaczym dołkiem.


     Z bólem serca wywiesiliśmy jęzory i białą flagę. Ale, jak się okazuje - pochopnie. Albowiem w drodze powrotnej rzuciliśmy się ponownie w odmęty jeziora Kórnickiego, acz od strony miasteczka. I tu niespodzianka. Przyroda roznegliżowała się do rosołu, ukazując nam swoje nabrzmiałe końcem lata, walory.





A wykąpaliśmy się na rynku w Kórniku, o!



środa, 15 lipca 2015

(181) Perła i dziewczyna czyli liryka i dramat



     Wyjeżdżam.

   Ośmielam się wysunąć rogi i spod granatowej karoserii podpatruję inne kolorowe puszki na kołach z żywą zawartością.
Mogę już zdjąć z barków muszlę utoczoną ze zwojów kabli, fastrygowaną lampasami torów tramwajowych, z haftem z sieci miejskich dróg, guzikowymi ćwiekami kołpaków i płyt kanalizacyjnych. Strzepuję z ramienia łupież asfaltu, robię ostatni smrodliwy spalinami wydech.

    Jako pierwsze odpadają mi przytwierdzone do pleców białe, ciężkie pąkle, przypominające aż nadto o osiadłym trybie życia.

     Tuż za rogatkami linieję. Pęka mi skóra, płatami schodzą pola pszenicy, na żywą tkankę sypie się igliwie z poruszonych do głębi sosnowych borów. Tnę sobą powietrze, a w pionową, wysoką do nieba ranę, wlewa się błękit pachnący facelią. Włosy wplątują się w słomkowe łany, oczy mieszają się z chabrami. Makowe usta szepczą; dalej, jeszcze dalej!








     Gubię nogi na polnych drogach, rozrzucam ramiona w mijanych wioskach. Dalej, dalej!

     W małżach uszu szumi ciepły wiatr. Mijając małe cmentarze, rzucam na wiatr kośćmi jak prochem.

Płynę coraz łatwiej i nie wiem już, czy to powietrze traci na lepkości, czy ja tracę ciało i zmysły.

     Na końcu drogi na północ zostaje samo serce. Staje na krańcu świata, gdzie niebo, słona woda i piach stają się jednością. Bije się z myślami i trzepocze na wietrze wstęgami seledynowych żył i tętnic w kolorze karminu. Zachłystuje się i z komory wypluwa do morza perłę, którą łapczywie zagarnia w głębiny pięciopalczastymi falami.

Jestem pusta. Zabieram więc z plaży ziarnko piasku pod powiekę by drażniąc serce, zainicjowało  proces po raz kolejny.

Zamknę rozprute niego błyskawicznie. Obrosnę pąklami, coś stworzę.

Wracam.



***

     No i wróciłam do codzienności. Pomiędzy chłoszczącymi kartami czasu uwięzło kilka historii. Ot, choćby o mojej cioci schizofreniczce.
 
    Ciocia jest bardzo miłą panią o słodkim hiperglikemicznym uśmiechu, która kurczy się z każdym rokiem coraz bardziej. Obecnie jest jej już nawet mniej niż więcej. Kurczy się i wzwyż i wszerz, a gdyby ją ubrać z dziewczęca sukienkę, można by ją wziąć za dziewięciolatkę. Oczywiście z tyłu i w peruce. Dziewięciolatki mają bowiem naturalne brwi i pełne uzębienie. Ciocia za to ma wszystko sztuczne - pierś, narysowane jak węglem brwi i zęby z NFZetu, które wkłada wyłącznie na specjalne okazje. Ma nawet rzeczoną kruczoczarną peruczkę, gdyż ząb czasu wygryzł jej połowę włosów i, co tu kryć, gryzie konsekwentnie dalej.

     Otóż ta słodka 83-letnia istota wychynęła z domu pod osłoną nocy i dopuściła się czynu z pogranicza survivalu i kryminałki. Wdrapała się bowiem na gzyms i to bez asekuracji, stawiając stopy wyłącznie na wypustkach tynku i dokonała aktu dezintegracji nowego monitoringu sklepu, który miał  pecha być na linii wizyjnej z jej mieszkaniem.
    Po dokonaniu aktu rozpłynęła się w powietrzu i przeniknęła rurociągiem do swojego lokum. Wyskoczyła ze zlewozmywaka i zmaterializowała się przy kredensie. Tutaj też o poranku zaskoczył ją dzwonek u drzwi. Ciocia podejrzała przez wizjer - szybkę wielkości denka od szklanki, kto zacz i ubrała się w strój ninja. Za drzwiami zobaczyła bowiem dwie ekipy samurajów z napisem Policja. Na pierwszy ogień poszli ci z tarczami. Ciocia broniła się zaciekle dwoma tępymi siekierkami do drewnianych szczap, roztrzaskując tarcze w drobny mak i to pierwszym ciosem.
     I tu wypada się zacukać nad tym, jak taki kordon samurajów ma nas bronić przed rosłymi osiłkami. A co najważniejsze - jakim sprzętem? Za chwilę się okaże, że pistolety są z plastiku, hełmy z wosku, a samoloty wojskowe z bibuły.


Edit 15.07.2017.

Ciocia zmarła nad ranem 10 kwietnia 2017, przed świętami WN. Zabiła ją cukrzyca, zjadając po kawałku. Nogi nie oddała. I życia.
Nigdy wcześniej nie przebywałam tak długo z nieżyjąca osobą. Nie ubierałam jej. Nie siedziałam na łóżku, na którym leży ciało. Pożegnałam się i poprosiłam ją o coś. Ciocia spełniła moją prośbę, której spełnienie zakrawało na cud. Niezwykle.