Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2019

(269) Radio Dzieciom, ale Dorosłym też się coś należy

Ufffff upał, co? W książce też upał, w dodatku bracia Bazankowie nie mają szans na porządne wakacje. Tata w pracy, mama łapie bozony w Stanach, więc chłopaki muszą coś wymyślać, żeby nie zemrzeć z nudów w Poznaniu. Czasem opiekuje się nimi sąsiadka z góry, artystka Eurydyka Kociemba, która na swoim poddaszu ma prawdziwy raj, łacznie ze stołem ping-pongowym i ladą chłodniczą z ciastami. Czasem ciotka Rajecka, która przyjeżdża do Bazanków z 3/5 swoich dzieci. I to właśnie dzieciaki muszą rozwikłać sekret jęczących rur, tajemniczych oprychów, którzy najprawdopodobniej montują ładunki wybuchowe w ścianach domu, do tego podejrzenia o współudział padają na rachitycznego studenta z sutereny i posępnego stomatologa z parteru. Wszyscy są podejrzani!

W książce można znaleźć sporo akcentów ze Skorpionowego życia, stali Czytacze pewnie poczują tę nutkę. A i dom jest prawdziwy :)

Jeśli jeszcze nie czytaliście książki, zapraszam przed odbiorniki radiowe, jak to się kiedyś mówiło. Dzisiaj wystarczy uruchomić smartfon i wprost w ucho wpłynie głos Draculi z filmu Hotel Transylvania... chwila..., a może Niemamocnego? Foki z Madagaskaru? A może ktoś usłyszy, jak przemawia do niego Noe? Wszystkim postaciom (i wieeeelu innym) użyczył głosu Tomasz Borkowski, a teraz ożywił Bazanków. 

Trochę się denerwuję, bo mi dzieci w świat poszły! Emilu, Jonaszu, trzymajcie się dzielnie, dawajcie znaki jak Was przyjął wielki świat. Wielki świecie, dbaj o te dzieciaki! 

Książka przeznaczona jest dla dzieci 9+, ale tak naprawdę jest też dla takich starych koni jak my, którzy wychowali się na przygodówkach, lektura łaczy pokolenia.

Endżoj zatem, jak mawiają Rosjanie. A ja pójdę poszydełkować, czy coś. Czy tam umyję pralkę od środka. Albo przeliczę skarpetki w szafie. 




A kto nie zdąży, bo na przykład jest teraz na Bora Bora albo pilnie musi przeliczyć swoje sztabki złota, czy wyprowadzić lamę na spacer, może sięgać po Bazanka w dowolnym czasie bezpośrednio na stronę Jedynki, o >>> TUTAJ <<<


>>> CZĘŚĆ 2 <<<

>>> CZĘŚĆ 3 <<<

>>> CZĘŚĆ 4 <<<

>>> CZĘŚĆ 5 <<<

>>> CZĘŚĆ 6 <<<

>>> CZĘŚĆ 7 <<<

>>> CZĘŚĆ 9 <<<

>>> CZĘŚĆ 10 <<<


wtorek, 18 czerwca 2019

(268) Nigdy nie miałam problemu z tutułem posta...

...aż do tej pory. Postanowiłam, że w sumie najpodpowiedniejszym będą "Zmiany".

Heloł, kochani Skorpioczytacze!
Bardzo Wam dziękuję, że odwiedzacie me progi, podczas, gdy ja krzątam się ciągle w kuchni. No, ale cieszy mnie to, że wiecie o tym, że wejść można i częstować się rosołem też. Niezmiernie jestem zadziwiona faktem, że miesięcznie to nie są pojedyncze zagubione duszyczki. Nawet nie dziesiątki osób. A nawet nie setki... Schodzi mi koło 3 tysięcy talerzy. A jeśli goszczą się tu tylko auotoboty albo jedna osoba macha 3 tysiące razy łyżką, to i tak jest mi bardzo miło, bo siedzą tu wytrwale bez gospodyni od 11 miesięcy i ja im przyznaję order z ziemniaka i dożywotnią maślankę.
Aż tak długo mnie tu nie było? Spróbuję się poprawić.

Wyłażę z kuchni, bo w końcu ile można! Zwłaszcza, że ja tak nie lubię gotować! 
A jak tu sobie siedzimy w kameralnym gronie, to zdradzę Wam, że moją fanaberią, jedną z pierwszych po wygraniu milijonów w Totka, będzie zatrudnienie ogrodniczki i kucharza. Do ogrodu będzie zalatywać puchata Zielona Sowa. Usiądzie na grubym konarze wierzby i będzie Wam czytać książkę. A komu będzie przeszkadzał nieco skrzekliwy głos Sowy, to sobie może jutro pójść do księgarni, kupić i samemu przeczytać :)


Premiera 19.06.2019 r.



poniedziałek, 21 maja 2018

(263) "Białe na białym" już w księgarniach

21 maja Rosjanie obchodzą Dzień Polarnika. Nie było tak zawsze, bo święto zostało ustanowione przez wodza Rosji dopiero w 2013 roku, by upamiętnić powołanie do życia w 1937 roku arktycznej stacji badawczej Biegun Północy I.  

Nasza, Polska Stacja Polarna Hornsund obchodziła niedawno swoje 60 urodziny. A w tym roku Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk zdmuchuje 65 świeczek na białym torcie. Zapraszam do zerknięcia na stronę stacji:

Polska Stacja Polarna Hornsund

im. Stanisława Siedleckiego


A kto chciałby poczytać coś o życiu naukowców, ale w kompletnie innej, niespodziewanej odsłonie, może sięgnąć po książkę, którą napisałam na podstawie rozmów z osobistościami z Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Nie są to stricte reportaże, chociaż kilka opowiadań reportażopodobnych też powstało, jest to zbiór opowiadań literackich. I to bardzo różnych opowiadań. Każde jednak zawiera dawkę nauki :)





No to zamieszczę fragmencik opowiadania, które napisałam po rozmowie z Panem dr hab. Grzegorzem Lizurkiem z Zakładu Sejsmologii:


Pan od geofizyki

Mam nadzieję, że dzisiaj w końcu uda się nam wysadzić szkołę w powietrze.
Bardzo żałuję, że nie mamy na lekcjach przyrody jakichś doświadczeń z materiałami
wybuchowymi, bo to znacznie ogranicza mi pole manewru. W klasach nie ma nawet
palników gazowych na ławkach, bo jestem dopiero w podstawówce i nie mamy
jeszcze ani fizyki, ani chemii. W zasadzie pozostaje zwarcie instalacji elektrycznej.
Siedzę w ostatniej ławce przy ścianie i od dwóch tygodni usiłuję wydłubać cyrklem
przewody elektryczne. Z racji niezawodności cyrkla zaczynam wierzyć, że
matematyka faktycznie jest królową nauk. Dzisiaj wyskrobałem sporo tynku. Mam
nadzieję, że nie przekopię się do klasy obok, bo tam jest piąta C, a ja jestem już w
szóstej i szkoda byłoby mi stracić ten rok. Wiedzę czerpię ze światowego kina.
Skazanych na Shawshank oglądałem chyba ze cztery razy, to było bardzo
pouczające. Nauczyłem się, że trzeba fedrować umiejętnie, więc to, co wydłubię,
wsypuję do kieszeni, a na dużej przerwie spaceruję wzdłuż ogrodzenia boiska i
pozbywam się dyskretnie obciążających dowodów. Potem co prawda mam trochę
problemów na wuefie, bo pani jest zła, że wnoszę na salę w butach tyle piachu, no
ale cel uświęca środki. Poza tym wuefistka się myli, bo buty zmieniam, a piasek
wnoszę w skarpetkach. A ćwiczenie bez skarpetek jest niewskazane, wręcz karalne
kropką w dzienniku, więc jestem całkowicie usprawiedliwiony a nawet niewinny.
Dzisiaj nareszcie zakwitła mi w piersiach nadzieja, bo właśnie przyjechał do
naszej szkoły pan od geofizyki. I to od razu sejsmolog! Byłem przekonany, że co
dwie głowy, to nie jedna i nie zawiodłem się.
Spotkanie odbyło się w auli. Spędzono nas tu wszystkich w czasie lekcji.
Trochę szkoda, bo przez cały czas myślałem o moich kablach w ścianie i martwiłem
się, że robota mi się nie posuwa do przodu, ale starałem się potraktować to
spotkanie jako profesjonalne szkolenie. Kto wie, czy jeszcze kiedyś będę miał okazję
spotkać żywego naukowca?
Los mi sprzyjał, bo udało mi się zdobyć miejsce w pierwszym rzędzie, więc
wszystko doskonale widziałem i słyszałem. Nawet potem trochę żałowałem, że nie
można niektórych rzeczy odsłyszeć i odzobaczyć, na przykład pytania tego
szczerbatego Józka z piątej A. Co to za dzieciak! Zapytał naszego pana od geofizyki,
co się stanie z Krecikiem, kiedy trzęsienie Ziemi pojawi się tam, gdzie nieszczęśnik
ma swoje kretowisko. Jak można poważnemu sejsmologowi zadawać tak infantylne
pytanie!? Myślałem, że się spalę ze wstydu, ale naukowiec nie miał wcale Józkowi
tego za złe, a nawet długo się zastanawiał nad odpowiedzią, ale w końcu wyjaśnił mu
wszystko i to bardzo ciekawie, aż sam się tym problemem zainteresowałem.
Ciekawe, że w zależności od tego, jak daleko Krecik będzie znajdował się od źródła
drgań, jego szanse na przeżycie będą rosły. No, ale tak czy siak na pewno nie
wpłynie to pozytywnie na jego samopoczucie.
Kolejne pytanie zadała moja koleżanka z klasy, taka wystrzałowa Weronika.
Od razu zrobiło mi się lepiej, nie tylko z powodu jej porażającej urody, ale przede
wszystkim intelektu i tego, że uratowała honor klasy, zadając pytanie na poziomie.
Zapytała, czy można uniknąć spotkania się z falą sejsmiczną, na przykład
przeskakując nad nią. No nareszcie coś poważnego! Dowiedziałem się, że fale
sejsmiczne dochodzą z wnętrza Ziemi, więc albo uderzają od spodu, albo ruszają w
poprzek. I nie jest to jedna fala, tylko cała seria, a żeby je przeskoczyć, trzeba by
posiąść niełatwą sztukę lewitacji. Weronika jest wysportowana, więc w jej wypadku
jest to chyba tylko kwestią czasu.
Pan geofizyk powiedział, że bardzo lubi spotkania z dziećmi (no nie wiem, ja
się zaliczam już do młodzieży), że są one zawsze zaskakujące dla naukowców i
wymagają od nich uruchomienia supermocy myślowych, bo dorośli już nie wpadają
na tak fantastyczne pytania. Chyba człowiek szybko dorasta, bo pan orzekł, że
gimnazjaliści i licealiści już są gorsi w te klocki niż podstawówkowicze, bo nie dość,
że się krępują, to jeszcze często są już zblazowani. (Muszę sprawdzić w necie co to
znaczy zblazowany). Wspomniał, że wielu naukowców chciałoby pozostać w
zakresie sposobu myślenia na etapie dziecka. Chciałem się zgłosić i pocieszyć pana,
że mój dziadek mówi, że każdy dziecinnieje na starość, ale w tej chwili zaczął on tak
ciekawie opowiadać, że machnąłem na to pocieszanie ręką.
Pan geofizyk opowiadał o swojej pracy. O dziwo, jego praca nie polega prawie
wcale na jeżdżeniu po świecie w poszukiwaniu trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów,
ale głównie na siedzeniu przed komputerem, pisaniu programów, a potem liczeniu i
mierzeniu. Czasem naukowcowi zdarzy się coś spektakularnego, zanim jeszcze
zdąży dojechać do pracy. Niektórzy to mają szczęście! Pan geofizyk na przykład w
drodze na zajęcia z dziećmi zobaczył we własnym samochodzie przez ułamek
sekundy ducha. Po chwili zorientował się, że to nie jest jednak duch, tylko poduszka
powietrzna, która wystrzeliła mu znienacka przez nosem, gdy najechał kołem na
kanał ściekowy. Chwila, w której poduszka się nadyma, jest podobno tak krótka, że
nie zdąży jej nawet zarejestrować ludzkie oko. Nawet naukowca!
Pan geofizyk opowiedział też, że na drodze do pracy natknął się na zwalone
chwilę wcześniej pod ciężarem śniegu drzewo, bo miejscem jego pracy było wtedy
obserwatorium na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, do którego dojeżdżało
się malowniczym wąwozem porośniętym lasem. Drzewo całkowicie uniemożliwiło mu
dotarcie do celu samochodem, więc wysiadł i pieszo, przez śnieg poszedł po pomoc
w postaci kierownika obserwatorium i leśniczego, którzy rozprawili się z pniem przy
pomocy piły spalinowej (muszę zapamiętać, by sprawdzić, czy piła sprawdza się w
przypadku kruszenia ścian).
No i potem nasz pan rozgadał się na temat utrudnień w drodze do pracy, na
które natykają się sejsmolodzy. To było ogromnie ciekawe, bo ja do szkoły idę pieszo
i docieram do niej, niestety, bez większych przygód. Chyba, że idę ze szkoły z
powrotem do domu, wtedy zabiera mi to więcej czasu, bo mijamy z kumplami plac
zabaw z taką fajną dziuplą w drzewie, do której chowamy różne rzeczy, a one jakoś
znikają, a potem bijemy się z chłopakami z szóstej B i jest fajnie. No ale wracając do
naszego pana – z tych jego opowieści wynika, że sejsmolodzy mają wszędzie pod
górkę. Jadą na przykład do pracy w terenie, bo czasem się to zdarza, i okazuje się,
że bez samochodu z napędem na cztery koła nie da rady się tam dostać, bo trzeba
jechać przez błotniste pola, albo garbatą polną drogą do stacji, która stoi właśnie w
szczerym polu. To także powód, dla którego chyba mógłbym zostać geofizykiem, bo
oni mają do dyspozycji takie świetne samochody.
Kiedy naukowcowi uda się w końcu jakoś dotrzeć do swojego komputera, to
czasem nie sposób go od niego oderwać. Pan od geofizyki opowiedział, jak to jego
kolega został zaskoczony podczas pracy we własnym gabinecie wtargnięciem ekipy
straży pożarnej w pełnym rynsztunku. Był tak pochłonięty programowaniem i
analizowaniem danych, że nie zwrócił uwagi, że trwa ewakuacja Instytutu. To się
chyba nazywa słuch wybiórczy. Mam to samo, kiedy mama mnie o coś prosi, gdy ja
gram na komputerze – kompletnie wtedy głuchnę.
Potem nasz pan od geofizyki opowiadał o tym, jak skandalicznie mogą
zachowywać się naukowcy. I to po konferencji naukowej, w apartamencie w samych
Włoszech. W pokoju mieszkało dwóch Polaków i jeden Grek, ale z racji, że Grekowi
ciężko było mówić po polsku, a i tak naukowcy posługują się językiem angielskim,
rozmawiali więc po angielsku. No i dyskutowali tak zawzięcie na temat artykułu, który
chcieli wspólnie napisać, że po godzinie dwudziestej drugiej przyszedł ich uspokoić
roztrzęsiony sąsiad zza ściany, który wyraził opinię, jakoby nigdy w życiu nie słyszał
takiej burdy. Zagroził nawet wezwaniem policji. A oni tylko kulturalnie dyskutowali na
tematy naukowe i, jak podkreślił nasz pan, bez kropli alkoholu! (Ale po spotkaniu z
dziećmi, kiedy wszyscy już wychodzili, a ja stałem, żeby się o coś zapytać,
usłyszałem jak pan geofizyk powiedział naszemu panu od matematyki, że dopiero ta
wieczorna wizyta wytrąciła ich z równowagi na tyle, że poszli dla uspokojenia kupić
butelkę wina i opróżnili ją już po cichu).
To bardzo przypominało mi sytuację zaistniałą w szkole, kiedy to z kolegą
Stanisławem dyskutowaliśmy podczas lekcji na temat tego, czy w kosmosie da się
pisać długopisem. Kolega Stanisław położył się więc pod ławką, by udowodnić mi w
symulowanych warunkach nieważkości, że długopis nie jest wydolny działać do góry
nogami, a ołówek i owszem. Panią od polskiego zwabiła na koniec klasy nasza
naukowa dyskusja, a gdy znalazła kolegę Stanisława leżącego pod ławką, wlepiła
nam obu uwagi. Faktycznie, nie jest łatwo zostać naukowcem, bo od dzieciństwa
wszyscy rzucają człowiekowi kłody pod nogi. (...)


Jak dalej potoczyło się spotkanie z panem od geofizyki? Czy udało sięwysadzić szkołę w powietrze? Odpowiedź w książce! 



Po rozmowie z naukowcem z Zakładu Paleomagnetyzmu, kierownikiem Zakładu Badań Polarnych i Morskich, Panem prof.dr.hab. Markiem Lewandowskim powstała taka opowieść:



Yerba Mate

Gdzieś na krańcach świata, tam gdzie magia splata się z rzeczywistością, a
przeszłość z przyszłością, nad rzeką, w której mętnych wodach pływa kobieta-ryba,
leży Wielkie Miasto, a na jego peryferiach stoi Zamek Magów. Zamek z zewnątrz nie
wyróżnia się niczym szczególnym. Dla niepoznaki ma kształt typowo miejski, by jego
liczne, eklektyczne wieże i fikuśne portyki nie wzbudzały zbytniego zainteresowania
ludności. Budowla wzniesiona jest na planie prostokąta i wtapia się w otoczenie,
przypominając zwykły, szary osiedlowy blok. Na jego bocznej ścianie umieszczono
dla niepoznaki napis „Instytut Geofizyki PAN”, ale każdy wtajemniczony wie, że to
tylko kamuflaż. Mieści się tu Instytut Geomagicznych Fuzji przy Państwowej
Akademii Magii, ale dawno temu kreseczka od litery M została odłamana przez
smoka pilnującego wejścia i zrobiono z niej różdżkę dla głównego maga. Nikt z
przechodniów nie zwraca uwagi na dziwny fakt, że zamek ma zaskakująco dużo
okien. Za każdym z nich kryje się osobna komnata. Sądząc po ich ilości, których z
jednej strony zamku jest prawie sto osiemdziesiąt, nie licząc pomieszczeń
technicznych i okien na klatkach schodowych, można by pomyśleć, że
pomieszczenia są maleńkie, ale to powszechny trick, mający zafałszować
rzeczywistość. Każdy, kto miał okazję dostać się do środka, wie, że komnaty są na
tyle duże, by można było w nich zagrać w boule. Dowiedziałam się, że magowie
bardzo lubią tę grę, ze względu na mnogość możliwości zastosowania metalowych
kul, ale nie widziałam, by kiedykolwiek oddawali się tej rozrywce. Kiedy tam byłam
(aby wejść, trzeba znać zaklęcie usypiające smoka), widziałam, że każdy mag
pochylał się nad swoim stołem i był pochłonięty przez własny kawałek magii. Byłam
umówiona z magiem Lavenderem. Na korytarzach pięciu pięter zamku, po których
błądziłam, często widywałam żurawia, który pod skrzydłem nosił gruby brulion i
bacznie mi się przyglądał. Poruszał się bezgłośnie, charakterystycznie unosząc
długie nogi i pojawiał się zawsze tam, gdzie ja. A może to nie był jeden żuraw? Do tej
pory nie wiem, jaką funkcję pełnił w zamku, ale musiał być kimś niezwykle ważnym,
bo wiedział dokładnie, kto gdzie pracuje i jak mnie do niego pokierować. Zerknęłam
kiedyś do jego komnaty gdy siedział tyłem do wejścia i pochylony nad swym stołem
machał zamaszyście żurawim piórem, podliczając skrupulatnie słupki cyfr. Jego
komnata była maleńka, ale tak jak kompetencje, magicznie rozciągała się, zgodnie z
napisem na stojącej na biurku tabliczce: „Strefa pracy żurawia”. Teraz, stojąc przed
jednymi z setek drzwi, nieznacznym, ale uprzejmym skinieniem skrzydła i głowy
kierował mnie do właściwego pomieszczenia, po czym odfrunął klatką schodową w
dół, pięknie i zwinnie szybując na zakrętach.
Lavender siedział przy stole i prowadził rozmowę z kimś, kogo nie było widać.
Zaprosił mnie do środka, eleganckim ruchem dłoni wskazując krzesło. Usiadłam.
Czułam się nieco dziwnie, nie tylko z powodu nieobecności, albo raczej
niewidzialności jego rozmówcy, ale też z powodu języka, którego kompletnie nie
rozumiałam. Starałam się przyzwyczaić choć trochę do tego, że magowie,
najprawdopodobniej ze względów bezpieczeństwa, posługują się niezrozumiałym dla
zwykłego śmiertelnika, tutejszym slangiem. Lavender miał siwe, zaczesane pod górę
włosy, wysokie czoło, a pod silnie zarysowanymi, ciemnymi brwiami tkwiły zmrużone
oczy o groźnym wzroku jastrzębia. Gestykulował oszczędnie, bo splecione dłonie
głównie trzymał pod podbródkiem. Mogłam rozejrzeć się dyskretnie po jego pokoju.
Wszędzie stały grube księgi napisane w języku magów, o tytułach tak dziwnych, że
nie sposób ich zapamiętać. Spryciarze! Dwa stoły były zapełnione czasopismami,
fotografiami i dziwnymi przyrządami, których przeznaczenia nie znałam. Gdy
skończył rozmowę, uśmiechnęliśmy się do siebie. Odczułam podwójną ulgę, bo po
pierwsze okazało się, że mag miał zestaw głośnomówiący, a po drugie, że nie jest
taki groźny, na jakiego wyglądał na pierwszy rzut oka. Miał dobrotliwy uśmiech, który
topił leżące na półce świece i serca rozmówców. Moje na pewno. Zdjął migotliwie
iskrzącą szatę w kolorze głębokiego indygo, a ona pofrunęła i zawisła sama na
wieszaku. Teraz wyglądał prawie zwyczajnie. Garnitur, krawat w kolorze dojrzałych
malin, kapelusz.
– Minus i plus przyciągają się. – Mrugnął jastrzębim okiem spod iskrzącego
srebrnymi diamencikami stetsona.
– Na kapelusz jakoś nie działa, nie pofrunął, mimo że wygląda tak samo jak eee…
pański płaszcz – zauważyłam przytomnie.
– Kapelusz nie jest magiczny. Po prostu lubię robić wrażenie – wyznał prostodusznie.
– Napije się pani kawy czy herbaty? Osobiście polecam herbatę. Ma magiczny smak.
– Magiczna herbata? – zapytałam z niedowierzaniem. – To w herbacie kryje się
magia?
– Oczywiście. Opowiem pani pewną historię o herbacie. Pani bowiem przyszła do
mnie po historię, prawda? – Lavender podszedł do czajnika i zakrzątnął się przy
filiżankach. – Co prawda zdarzenie, o którym wspomnę, zostało później odpowiednio
zamaskowane, gdyż rozumie pani, czym groziłby wyciek informacji o specyficznym
spektrum naszych działań… Nie możemy sobie na to pozwolić. Nikt nie może
dowiedzieć się o magicznych właściwościach niektórych przedmiotów czy zjawisk.
Wolimy, by ludzie pijąc określony rodzaj herbaty, skoro jesteśmy przy niej,
spodziewali się takich a nie innych, nazwijmy to, medycznych, czy paramedycznych,
efektów, dzięki czemu czują, że mają wpływ na własne życie, a my możemy je
niezauważenie ułatwiać. Niech tak pozostanie.
– A jaką herbatą zostałam poczęstowana? – Przede mną pojawiła się filiżanka z
niezwykle aromatyczną zawartością.
– Lawendową, oczywiście. – Mag skłonił się nieznacznie i usiadł naprzeciwko mnie,
podając mi cukierniczkę. – Ma cudowne właściwości.
Napar był mocny, aromat esencjonalny, przyjemność sprawiało nie tylko
kosztowanie takiej herbaty, ale i jej wąchanie.
– Czy opowieść która usłyszę dotyczy właśnie lawendowej herbaty? – Nie mogłam
się doczekać.
– Nie. To będzie coś dużo bardziej egzotycznego. – Lavender zawiesił głos i zamknął
oczy, marszcząc brwi u nasady nosa, jakby o czymś intensywnie myślał. – Ale
opowiem ją pani inaczej, dobrze?
– To znaczy jak? – zdziwiłam się.
– Opowiem ją w taki sposób, w jaki pani się spodziewa ją usłyszeć, a nie tak, jak było
naprawdę. Zamienię po prostu kilka słów. Nieznacznie, ot tak, by historia nabrała dla
pani znamion prawdy i nie wydała się zbyt, hm… nieprawdopodobna. – Lavender
uśmiechnął się. – Będę mówił często o właściwościach magnetycznych, ale
wiadomo, że wtedy będę miał na myśli właściwości magiczne, dobrze? Tak będzie
prościej. (...)

O czym opowiedział mi Mag Lavender? Jesteście ciekawi?  


No to dla zobrazowania różnorodności może jeszcze fragmencik opowiadania, które napisałam po spotkaniu z kierownikiem Zakładu Obrazowania Geofizycznego, Panem profesorem PAN dr hab.Michałem Malinowskim:


Palec Opatrzności

– Ależ dzisiaj ziąb! – Siwy mężczyzna zatarł ręce i chuchając w nie podniósł
się z drewnianego kuchennego krzesła, by podpalić palnik pod staromodnym
czajnikiem z gwizdkiem. Rozległ się trzask pocieranej o draskę zapałki, której
pełgający gorący jęzor polizał wiekowe zagłębienia wyrzeźbione dłutem czasu na
jego twarzy i nałożył na nią ciepłą, drżącą poświatę. Dłoń obciągnięta pergaminową
skórą przybliżyła i skłoniła płonący łepek zapałki ku kuchence, przelewając jej
zapałczane krótkie życie w buchające narodziny fioletowo-żółtych płomieni,
wydobywających się z koncentrycznie ułożonych dziurek palnika. Życie nie kończy
się nigdy, tylko zmienia swą formę. Nadzieja na nieśmiertelność mieszka w
metamorfozie.
Stary otworzył szafkę, wyjął z niej dwie błękitne filiżanki z lekko obtłuczonym
szkliwem na kobaltowym pofalowanym rancie, pieczołowicie otworzył torebkę z kawą
i nasypał do każdej z nich po czubatej łyżeczce brązowego, lekko wilgotnego
proszku. Na końcu delikatnie popukał łyżeczką o ich krawędź, by odpadły od niej
ostatnie drobiny. Spojrzał w bok na czajnik i zapatrzył się na ledwie widoczną
smużkę pary wodnej unoszącej się z jego dziubka. W tej pozycji można było
dokładnie przyjrzeć się ostremu profilowi mężczyzny. Podłużne nozdrza prostego,
wydatnego nosa poruszały się lekko w rytm jego oddechu. Na bladej, dokładnie
ogolonej twarzy zaciskała się sieć głębokich zmarszczek, a spod opadających
kącików powiek błyskały wodniście niebieskie, wypłowiałe tęczówki. Odwrócił się,
oparł tyłem o szafkę i skierował oczy na syna siedzącego przy stole.
– Wychodzisz dziś? – Pytanie wyrwało młodszego mężczyznę z zadumy. Wpatrywał
się gdzieś w dal, mimo że za oknem nie było nic widać. Kompletnie nic. Biel, zupełnie
jak mleczna biel zamalowanych witryn nieczynnych małych sklepików, zamarłych w
oczekiwaniu na kapitalny remont. Za oknem ktoś malował na szybie koronkowe
gałązki.
– Wiesz, tato, myślę o tym, czy jestem jeszcze komukolwiek potrzebny...
– Oczywiście, że jesteś. Dlaczego w to wątpisz? Zawsze byłeś i pewnie długi czas
jeszcze będziesz. – Głos starego był niski i ciepły jak szal z najdelikatniejszego
moheru. Czajnik odezwał się najpierw nieśmiało kilkoma krótkimi, krztuszącymi się
piśnięciami, a potem zagwizdał przeciągle i wibrująco.
– Jestem potrzebny tylko wtedy, kiedy trzeba coś zrobić, wiesz, jak chłopiec na
posyłki. Zrób to, pomóż w tym, tamto daj. A kiedy już jest po robocie, w zasadzie
staję się zbędny i niewidoczny.
– Hm. Mnie jesteś potrzebny, Christof. Tak po prostu. – Stary położył nacisk na słowo
“mnie”, nalewając wody do filiżanek. Za każdym razem wkładał wskazujący palec
lewej ręki do kobaltowo wykończonego wnętrza. – Jesteś moimi oczami,
przedłużeniem mojego istnienia. Żyję w tobie. Wiem, że wychowywałem cię dla
świata, dla innych ludzi, a nie dla siebie. Tak powinno być, to prawidłowe i dobre dla
obu stron. Myślę, że mi się to nawet nieźle udało, a to dziwne, przecież jestem
debiutantem, bo jesteś jedynakiem. Ale mimo to, niezależnie gdzie właśnie jesteś,
potrzebuję cię. Nie musisz być przy mnie fizycznie, wystarczy mi świadomość, że
gdzieś tam sobie żyjesz. – Stary położył kawę przed synem i sam ze swoją usiadł
naprzeciwko. Pociągnął z lubością mały łyk i przymknął powieki. – Oczywiście
najbardziej cieszę się, gdy mam cię tuż obok, ale w miłości wystarczy świadomość
istnienia kogoś bliskiego. Możesz być gdziekolwiek, byle byś był. I myślę, że z
pozostałymi potrzebującymi jest tak samo.
Christof patrzył w swoją filiżankę. Pianka unosząca się na powierzchni kawy
wirowała coraz wolniej, aż wreszcie zatrzymała się, po czym zaczęła kręcić w
odwrotnym kierunku. Spod stołu wydobyło się ni to ciche skomlenie, ni ziewnięcie i
dźwięk otrzepywania się, więc mężczyzna oderwał wzrok od kubka. Pianka zwolniła.
– Manitou, psino, obudziłeś się. Jak tam twoje sprawy? – Stary sięgnął dłonią pod
blat i zaraz potem poczuł, jak wsunął się pod nią puszysty i ciepły łeb huskyego. –
Pójdziemy na spacer? – Głowa zwierzęcia przechyliła się pod ręką człowieka,
wychynęła spod stołu, a jego błękitne oczy poszukały ludzkich. – Spacerek, co? –
Pies szczeknął radośnie i merdając ogonem przylgnął przednią częścią ciała do
podłogi, po czym ponownie otrzepał się i rozsiadł w oczekującej pozie niedaleko
drzwi. – Pójdziemy w trójkę, a potem zagramy z Christofem w statki, dobra? – Stary
potrącił ręką cukiernicę, wysypując z niej maleńkie kryształki, ale za to zdołał
bezbłędnie zlokalizować psa.
Christof spojrzał na rozsypany cukier, a ten posłusznie wpełzł chrzęszczącymi
strumyczkami z powrotem do cukiernicy.
– No, no! Tylko bez cudów! – roześmiał się siwowłosy, dopijając kawę. Chodźmy!
Na zewnątrz faktycznie było bardzo chłodny, ale nadspodziewanie słoneczny
poranek. Zima przetoczyła się białą kulą na północ, a w powietrzu zamiast jej
wysysającej pustki czuć było wiosnę. Unosił się w niej ten charakterystyczny zapach
obietnicy i poczucie pełni możliwości, jakie przynosi z sobą dziewiczy rok pełen
szans nowych poranków. Wspólnie odgarnęli topniejący śnieg z oparcia ławki
stojącej na ganku, zostawili na nim zimowe kurtki i poszli w stronę leżącego w sercu
ogrodu niewielkiego pagórka, na którym rosła samotna jabłoń. Ziemia pod ich
stopami w okamgnieniu pokrywała się trawą, która z każdym ich krokiem stawała się
wyższa i wpełzała w górę wzniesienia, wyprzedzając ich znacznie jak rozwijający się
żywy dywan, a wysuwające się z ziemi mniszki zakwitały intensywną żółcią i wabiły
swoim nektarem owady. Christof schylił się po patyk i rzucił go w kierunku drzewa. Kij
przeleciał ze świstem między konarami porosłymi młodą zielenią i bladym różem
delikatnych kwiatów i zniknął w chaszczach na końcu ogrodu. Manitou pognał za
aportem jak wiatr, jego kontury zamazywały się w błyskawicznych ruchach, a kudłata
postać była tylko szarym śladem na płótnie świata. Zanim wrócił, na jabłoni
czerwieniły się już owoce. Stary zerwał zwieszające się, brzemienne sokiem jabłko i
wgryzł się w chrupiący miąższ. Drugie rzucił od niechcenia za siebie. Ślepy traf lub
on sam chciał, że wprost w ręce syna.
– Wieczność nie jest fascynująca, nie wiem, co ludzie w niej widzą. – Christof
przeżuwał spokojnie odgryziony kęs. – Cykliczność staje się ciągiem zdarzeń, przez
co ich znaczenie traci na wyjątkowości. Czy takie trwanie jest celem ludzi? O to im
chodzi?
– Mimo swojej niedoskonałości, to jest bardzo pociągająca wizja, zauważ. – Stary
obrócił głowę w kierunku czegoś, co było za płotem ogrodu, a co obszczekiwał
Manitou. – Chodzi tylko o wyzbycie się cierpienia. Strachu, bólu. Ludzie są w stanie
zrobić wiele, by pozbyć się tego, co ich uwiera. Sami próbują to robić na różne
sposoby, ale prędzej czy później wołają też ciebie. Ludzie boją się tylko nieznanego.
Próbują więc okiełznać rzeczywistość, by ujarzmić przyszłość. Nie wiem, czy jedno i
drugie jest dla nich wykonalne. Mimo że mają w sobie pierwiastek boskiej mocy
sprawczej, to spalają ją w pogoni za mrzonkami, zamiast żyć, robiąc coś
pożytecznego i dobrego dla innych. To jest prawidłowa droga, więcej nic nie trzeba.
To właśnie droga sama w sobie jest sensem. (...)

Kim jest mądry starzec, jego syn Christof i pies Manitou? Domyślacie się? Przeczytajcie wszystkie historie, w antologii jest 26. Zobaczycie inny świat, niedostępny dla nas, zwykłych ludzi. 

Serdecznie zapraszam. Nie będzie nudno!

Książkę można kupić na Allegro, wpisując "Białe na białym", można też w księgarniach:





i innych.


No, to jeszcze może jednak reportaż, co? :) Rozmawiałam tym razem z zastępcą dyrektora ds naukowych, Panem dr hab Mariuszem Majdańskim, prof.PAN.


Bohaterowie mimo woli

Człowiek goni marzenia, a człowieka – przygoda. Optymalną prędkością, z
jaką powinno się to robić, okazuje się być prędkość dziesięciu węzłów, czas jaki jest
na pogoń potrzebny, to czterdzieści dni, miejsce – Svalbard. W łapaniu marzeń
jedynie cena wydaje się być przeszkodą, bo jest tak słona, jak otaczające archipelag
morza. Cena 100 000 euro dziennie za wynajęcie statku gdzieś na Zachodzie może
nieco zniechęcić, dlatego 26 000 złotych za statek polski wydaje się być ceną
niewygórowaną, a przez to nawet kojącą.
W czasie gdy przygoda łapała nas w Storfjorden, mieliśmy wspólnie
osiemdziesiąt trzy lata, wiek, w którym doświadczenie i wiedza zdobyte przez
jednego człowieka są w miarę wystarczające do tego, by móc pływać po zdradliwych
i niebezpiecznych wodach Arktyki. Ale była nas trójka i każdy z nas miał wtedy po
jednej trzeciej dzisiejszego doświadczenia. Jedno, co mieliśmy w nadmiarze, to
szczęście. Dużo szczęścia.
Był rok 2005. Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat i wspólnie z Mateuszem
Moskalikiem, moim kolegą z roku, również fizykiem, jako młodzi doktoranci
uczestniczyliśmy w wyprawie polarnej. Przez trzy tygodnie naszym domem była
kajuta na statku szkoleniowo-badawczym Akademii Morskiej w Gdyni. Statek
Horyzont II miał pływać nieco zygzakiem po wodach oblewających wschodni brzeg
Spitsbergenu i zachodni wyspy Edgeøya, byśmy mogli przeprowadzić nasz
eksperyment dotyczący badań podziemnych i podwodnych struktur geologicznych
tego rejonu Arktyki. Badania przeprowadzało się w ten sposób, że detonowało się
ładunki wybuchowe na otwartym morzu, a stacje sejsmiczne ustawione na
wybrzeżach zbierały dane, które potem przetwarzaliśmy. Naszym zadaniem było
właśnie rozstawienie takich stacji na wybrzeżach obu wysp. I to tyle, jeśli chodzi o
pracę. Cała reszta, która pozostała do wykonania, była już wyłącznie czystą zabawą
– mieliśmy rejestrować drgania sejsmiczne wygenerowane przez wybuchy na morzu.
No i musieliśmy jeszcze uciekać co sił w silniku przed linczem marynarzy, którzy
brali nas za piratów, chcących celowo wysadzić w powietrze ich statek, obrabować z
cennego ładunku i odrzeć z tajemnicy o ich lokalizacji. Łatwizna!
Do tej roboty byliśmy wprost idealni. Młodzi, niedoświadczeni, szybcy, a przy
tym ambitni, ciekawscy i odważni, tacy, którzy z właściwą dla młokosów butą umieli
śmiać się życiu prosto w twarz, wydłubując kryl spomiędzy zębów, a przy tym nie
bali się ryzyka. Jednym słowem – żółtodzioby.
Trzeba przyznać, że do przedsięwzięcia przygotowywaliśmy się
pieczołowicie, a przy tym bardzo entuzjastycznie. Zaczęliśmy od najważniejszego –
usiedliśmy za biurkiem z gorącą herbatą. Potem wyznaczyliśmy punkty na mapie, w
których zainstalujemy materiały wybuchowe i rozstawimy sprzęt sejsmiczny.
Oczywiście, z dużą dozą prawdopodobieństwa po przybyciu na miejsce mogło się
okazać, że teren przeznaczony pod stację jest już zaanektowany przez stado
morsów albo usiany szkieletami wielorybów. Wyznaczenie tych punktów na mapie to
tylko początek. Potem trzeba się w ogóle dostać na teren badań, odnaleźć
wyznaczone miejsca i odpowiednio je przygotować do przeprowadzenia
eksperymentów. Dopiero gdy to wszystko się powiedzie, można działać dalej –
podłączać komputery, łapać łączność satelitarną, cały czas przy tym sporządzając
notatki terenowe. Oczywiście wszystko pod gołym niebem. Kontakt ze światem jest
możliwy jedynie przez telefony satelitarne i radio o zasięgu kilku kilometrów. Aby
kompleksowo przygotować punkt badań sejsmicznych potrzeba zatem trojga ludzi:
naukowca, który zna się na sprzęcie badawczym, zainstaluje go i obsłuży, człowieka
z bronią, który będzie miał baczenie na niedźwiedzie polarne i marynarza do obsługi
pontonu.
Nasz eksperyment wymagał rozlokowania od czterdziestu do pięćdziesięciu
punktów ze stacjami sejsmicznymi, więc trzyosobowe ekipy trasę od statku do
wybrzeża wyspy Edgeøya i z powrotem pokonywały wielokrotnie. Każda taka
wyprawa trwała cztery, pięć godzin. Cała ekipa liczyła pięciu naukowców,
dwudziestu studentów marynarki wojennej i kilku oficerów, a wszyscy musieli uwijać
się jak w ukropie, mając na uwadze, że jeden dzień wynajęcia statku kosztuje
majątek – godzina jest warta przeszło tysiąc euro. Doprawdy, motywujący imperatyw
dla tempa pracy.
Wybiła moja godzina. Z pokładu padło kluczowe pytanie:
– Mariusz, a pływałeś kiedyś w ogóle pontonem?
– Raz, na Mazurach – odparłem zgodnie z prawdą.
Po chwili niezręcznej ciszy usłyszałem coś w rodzaju pełnego zrozumienia
chrząknięcia:
– Yhm, no to cóż, płyń…
(...)

To dopiero była przygoda, mówię Wam! 

Ściskam Was Skopioczytacze! Płyńcie!


sobota, 31 marca 2018

(259) Może skusicie się na książkę, jakiej nie było?

Kochani Skorpioczytacze!

Doprawdy, nie wiem, co jest w tych świętach, że na tuż przed mam w domu taki burdel. One zawsze przychodzą nie w porę. Jeszcze chwilę wcześniej miałam czyste okna (a potem złośliwie sikało po nich brudną wodą), miałam też czyste podłogi (dopóki nie spadł na nie mak, twaróg i kocie kłaki), czyste łazienki dopóki (noooo, dopóki się ich nie używało) i w ogóle wszystko było gites, świąteczne i pachnące. Powinnam chyba robić dokumentację fotograficzną, a potem złożyć sobie wszystko w HDR i napawać się sterylną czystością i ordnungiem. No niestety, takie luksusy to nie dla mnie. Wszystko na świecie jest labilne i nic nie lubi próżni, więc w Skorpiolandzie wygląda jak co dzień, ale co ja się mam przejmować. Ważne, że mamy drożne przejście do lodówki.

Tymczasem na świat powoli wystawia głowę dziecko, które zostało poczęte w efekcie ścisłej współpracy z naukowcami Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Jeździłam do Instytutu i miałam okazję rozmawiać ze światowej klasy specjalistami, z samego czubeczka Mount Everestu nauki. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Co to za ludzie! Co za historie! Jakie umysły!



Nasze dziecko składa się z 26 opowiadań powstałych na kanwie przygód, które przeżyli naukowcy. Muszę z satysfakcją przyznać, że sporo tam namieszałam piórem i nie są to reportaże. Zwiedzimy stację Hornsund na Spitsbergenie, popłyniemy z Antarktydy do Rio, popływamy po Narwi. Opowiadania są dowcipne, wzruszające, zaskakujące a czasami z niespodziewanym efektem łał. Można sobie we własnym fotelu poprzeżywać całą gamę emocji i dowiedzieć się przy okazji ciekawych rzeczy. Książka uczy, bawi i rozrywa. Będę zaszczycona, jeśli będziecie mieli ochotę sięgnąć po nią. Już za chwileczkę już za momencik! Aktualizacje na stronie Instytutu na Fb: https://www.facebook.com/igfpan/

Ale to jedna strona medalu. Radość i zadowolenie, że się udało. 

A było ciężko. Bardzo ciężko. Wtedy, kiedy trwały prace nad książką, już podjęłam decyzję o rozwodzie. Mąż robił mi piekło na ziemi. A ja - byłam zmotywowana jak nigdy w życiu. Pisałam w piekielnie trudnych warunkach. Jestem podwójnie dumna, że mi się udało i to na wysokim poziomie. Nie poddałam się. I nigdy nie poddam. 

A to, co przeżyłam, to materiał na świetny poradnik dla kobiet. Ale to już inna historia :) Cieszę się, że się do mnie odzywacie, gratulujecie odwagi. Ale odwaga to tylko przezwyciężanie strachu. Tylko i aż, bo to bardzo trudne. Dziękuję, że się ze mną dzielicie swoimi historiami, trzymam za Was kciuki, Kobiety. Dacie radę.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy z kolei trzymają za mnie kciuki, nawet nie wiecie jak wiele sił mi to daje. Bardzo potrzebuję :* Bo sprawa ciągle w toku od blisko roku, że tak sobie zarymuję frywolnie :)

Miejcie dobre dni, Kochani!



niedziela, 4 marca 2018

(258) Dzień Pisarza, który wszyscy obchodzili wczoraj, a ja dzisiaj


     Zaskoczę Was, ale wczoraj był Dzień Pisarza. Na razie jakoś obchodzę go nieprzesadnie, może z racji braku wielbicieli on line - bez czerwonych dywanów, wiechci kwiecia i sypania płatków róż na prześcieradło. Za różami nie przepadam, ale i tak byłoby to bardzo miłe, niemniej kto by to potem sprzątał? I tyle prania, bo kwiatki puszczają kolorowe soki, które trudno sprać.
     
     O, tu może wtrącę patent dla artystek z okolic, jak zrobić sobie metodą chałupniczą domowy batik bez wosku. Otóż na tkaninę kładziemy kwiatuszki i bezdusznie roztrzaskujemy je młotkiem, przez papier do pieczenia (woskowany hehe), aż do puszczenia posoki. Chabry mają ładną krew, bratki też. Odciskają swoje piętno piękna na przykład na bieluchnej pościeli. Potem trzeba to zaprasować, żeby utrwalić i przypieczętować związek chemicznie i termicznie. Czyli tak, jak w życiu. Lekki ciepły nacisk wzmaga homogeniczność.

     Wracając do Dnia Pisarza. Otóż w domu mam takie dwa pisarskie przypadki, które łechcą mnie mile w okolice serca i mózgu. I nie chodzi tu o zdolności nawet, ale o chęci i walkę na pióra zamiast pięści, o co w sumie nietrudno, jeśli ma się potomków płci męskiej.

     Znalazłam w swojej drewnianej skrzynce po winie, w której trzymam listy, kartki i dowody sympatii od Was, Braterską, acz Jadowitą Bitwę na Słowa, którą toczyli moi synowie rok temu, w imieniny Mima. 


Mim do starszego brata pisze:

Macie!
Nieudaczniku drogi,
Co stoi koło drogi.
Co z ciebie wyrośnie?
Chyba róża na sośnie.
Tyś żywej skolopendry* nie widział,
Bo jej niedowidział.
Jak masz żyć bez okularów,
Tak samo jak rolnik bez swych psów...Azorów.

* skolopendra jest ulubionym zwierzątkiem Mima.

Pisownia oryginalna.

A Mat, buchając obłoczkiem siarki z nozdrzy na początku i hamując epitety bezpośrednie, a skłaniając się ku tym zawoalowanym, spreparował taki oto odzew, który od połowy do końca skapuje już czystą miłością. Cały Mat!

Ze tak powiem, mój Braciszku,
Beznadziejne wiersze piszesz!
Wszystkie one są bez sensu,
A te rymy... bardzo dupne...

Chwalić Ciebie - jak tak można?
W końcu Tyś Mickiewicz nie jest.
Mimo wszystko ktoś Cię ceni,
komuś się podobać może.

Zajmij się czymś innym, Bracie,
Boś z wierszami nie po drodze.
Przyrodnikiem, ekologiem,
Byle nie wierszopisarzem!

Ach, mój Mimku, mój kochany,
Cóż o Tobie można mówić?
Że wierszami się zajmujesz?
Trochę Ci to nie pasuje...

Jednak powiem Ci w sekrecie:
Jak chcesz - pisz te wiersze dalej,
Mózg też ładnie swój rozwijaj,
Byś nie skończył jako prostak.

A ponieważ imieniny
Dzisiaj masz mój Mimku drogi,
Życzę Ci, byś ładniej pisał
I marzenia swoje spełniał.




Ale Mim chyba nie zostanie poetą, tylko pisarzem idącym własną ścieżką, choćby miała nurt przeciwny do mainstreamu.

Oto jakie słowa znalazłam pod jego ostatnim wypracowaniem z polskiego o Ani z Zielonego Wzgórza (nie mógł strawić). Adresatką jest polonistka:

PS
Wypracowanie nie jest długie nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że wybrałem taki krótki rozdział (niestety).

o_O


     Niech żyją zatem wszyscy pisarze - nieboszczyki, ci w fazie żyjącej, acz larwalnej, ci w kwitnącej i płodnej, i ci, którzy piszą do szuflady. Ściskam wszystkich Znajomych i Zaprzyjaźnionych Pisarzy! :*

    A kto pragnie, niech mi śle kwiaty i białe półsłodkie wino. Także bez okazji i w wielkościach nielimitowanych!



niedziela, 11 lutego 2018

(257) 11. 02 .2018 - piękny dzień!

   I nadszedł ten wielki dzień.
   Dzień, którego koniunkcja planet i zbiegi okoliczności uczyniły wyjątkowym. Co jest wyjątkowego w 11.02.2018? Me przenikliwe trzecie oko od razu to zobaczyło. Przekazało impuls do drugiego mózgu, który w okamgnieniu przetrawił dane wypluwając w trymiga wynik:

dzień: 1+1=2
miesiąc 0+2= 2
rok: 2+0+1+8=11, a to jak wąż łyka swój ogon, dając obraz nieskończoności: 1+1=2

Dzień parzysty, dzień par, doskonałe konotacje na zrobienie czegoś w dwójkę. Dzisiaj wszystko się może udać!

No i właśnie dzisiaj o północy, w pierwszej minucie tego niesamowitego dnia, zakończyła się licytacja książki, którą w miesiąc piórem machnęła Kaczka, kolcem rył Skorpion, a nieboszczyk Tyrmand jako jedyny, normalnie, jak człowiek napisał długopisem. I to otworzyło drzwi postawione na progu krętej ścieżki kariery, wszak Tuwim odkrył już dawno, ze aby mieć u czytelników powodzenie trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie. Najlepszy zaś sposób to być zagranicznym perwersyjnym nieboszczykiem. 
Rola nieboszczyka była już obsadzona. A kto wziął się za perwersję w książce, też wiadomo. 

Licytacja "Wędrówek i myśli porucznika Stukułki", alternatywnej i kontrowersyjnej wersji drugiej wojny światowej toczyła się między dwoma Paniami. -->Momarta, jak Frankenstein, rażona życiodajnym piorunem licytacji zmartwychwstała z hibernacji blogowej, uszczęśliwiając swą obecnością czytelników. 

EEG zadała cios młotkiem do licytacji, oferując 130 złotych polskich, czym ustanowiła również rekord Guinnessa ceny książki napisanej przez trójce nie tak świętą. 

Laur z liści bobkowych należy się obu Paniom, bo Momarta, nie bacząc na wynik walki, od razu na początku wpłaciła na poczet rehabilitacji Michała okrągłą sumkę.

Dziękuję Wam moje Panie! Jesteście Wielkie!



No i dzisiaj jest rocznica ślubu Michała!

Po wtóre - Michał pojedzie na rehabilitację! Do zbiórki dołączyła Małgosia Południak. Przekazała na ten cel swoje książki, kapiące od pięknej, dojrzałe poezji. Bez Jej pomocy nie dalibyśmy rady. Dziękuję raz jeszcze, Małgosiu!
Dziękuję Wam wszystkim, którzy włączyliście się w akcję!!!!! ♥

Wyjazd Michała to nie wszystko, czego potrzeba, by zahamować chorobę. Bo nie o wyleczenie chodzi, to choroba nieuleczalna, tylko o to, by nie posuwała się tak szybko. Najlepiej byłoby ją zatrzymać teraz. Michałowi potrzebna jest też rehabilitacja domowa, pieniądze na leki. Cały czas można wpłacać na konto Zrzutki 

TUTAJ:


Można tez przekazywać Michałowi 1% swojego podatku. Trzeba jedynie wypełnić dwa pola w deklaracji podatkowej PIT:

KRS 0000338878
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

EEG, daj proszę znać na uslugiliterackie[małpa]gmail.com, dogadamy szczegóły :)

No, a teraz lećcie robić tak, by ten dzień stał się jeszcze piękniejszy! Cmoook!


środa, 2 sierpnia 2017

(241) Trzeba Ż czyli Skorpion odkrywa karty

Priwiet riebjata, że tak zagaję z francuska!

     Szalenie podoba mi się reklama pewnego płynu bogów, która nakłania do tego, by Ż, bo jest już później niż myślimy, a żona bez Ż to tylko ona. Ach, ekwilibrystyka słowna, tak prosta, a jakże fascynująca! I ja, wyobraźcie sobie, powinnam opływać w dostatek i złocistą ciecz (nono!) począwszy od dzisiaj, aż po kres dni moich, albowiem wyłapałam i bezbłędnie wypełniłam ten przekaz niemal podprogowy w stu procentach, stając się tym samym znakomitym targetem dla owej kompanii, zwłaszcza podczas piekielnych upałów. Kompanię tę, gdyby nie mur i roślinność wysokopienna, nieomal widzę z okna, więc winszowałabym sobie, by w nieodległej przyszłości kompania rozpieszczała mnie dostawą ciągłą czasowo. I to nie kroplówką, ale - powiem posługując się językiem z wyżyn marketingu, że coś jak door to door. Ż nie umierać, co?

     I ja właśnie już jakiś czas temu postanowiłam Ż. Pełną piersią, a nawet dwoma, którymi w końcu mogę nabrać powietrza tak głęboko, że falują mi troczki w szortach i falbany pod nimi.

     Oto biorę moje Ż we własne ręce. Obracam w dłoni i patrzę że, kurczę, tu się wyklepie, tu podmaluje, tu polakieruje i będzie jeszcze prawie jak nówka! Jako Żona zabieram więc całe swoje Ż i zostawiam tylko oną. I pewnie w tym momencie skórę potylicy drąży Wam myśl jak świerzbowiec i nie wiecie, czy się podrapać, czy od razu walić młotkiem. Podrapcie się ze spokojem, przygładźcie przedziałki, bo i tak wieść ta Was ogłuszy. Czy to oznacza to, co myślicie? Tak. Wystąpiłam o rozwód. Nie da się dłużej grać wyłącznie niebieskimi kartami. Ktoś musi powiedzieć: atu!

A to jeszcze nie koniec rewelacji!

     Najpierw jednak pozwólcie, że skondensuję tę moją drogę po kocich łbach do wielkości stwierdzenia, że warto było po nich jechać, choćby po to, żeby po 20 latach wrócić do siebie, tej prawdziwej. Błysnę zatem diamentową myślą, która krystalizowała się w warunkach podwyższonej temperatury i ponadnormatywnie wysokiego ciśnienia przez tyle lat, a zmieniła się w brylant kiedy to odpoczywałam sobie na ganku i patrząc w niebo słuchałam bicia własnego serca. Zadałam sobie tylko jedno pytanie: Skorpionie, czy chcesz się zestarzeć z tym człowiekiem? W tym momencie świat z wielkim zgrzytem giętych w swym jądrze blach z niklu i żelaza stanął w miejscu, bo odpowiedź była jednoznaczna: NIE. Świat z ulgą odetchnął wiatrem i poturlał się dalej.

     A mówię o tym wszystkim nie bez celu. Otóż okazuje się, że jestem tą osobą, dzięki której będziecie mogli zrealizować swą fantazję, by móc demotywator wcielić w czyn, zwłaszcza, że bardzo pomaga w tym wujek Alzheimer. Wejdziecie do księgarni i bez pardonu zapytacie o niebieską książkę. Człowiek nigdy nie wie kiedy, co i kogo spotka, prawda?



A skoro spotyka się Newę, która po mistrzowsku włada niebową kredką, zakochuje się bez pamięci, to nie mogło być inaczej!


Tadaaam!


Przedstawiam Wam nasze dziecko, które już we wrześniu ukaże się w księgarniach całego kraju nakładem wydawnictwa Akapit Press, czyli wydawnictwa, w którym rodzi się dla świata Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Należy kliknąć Bazanka w pępek, by przenieść się w nieodległą co prawda, ale jednak - przyszłość.


Kłaniamy się nisko! 

ilustracje:
Ewa Newska czyli -------> Newa!


tekst:
Monika Krauze, choć jeszcze Dyrlica (stąd na początku notki dygresje), czyli ja - Skorpion pandeMonia (co bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie zmianę szyldu w prawym górnym rogu. Wraz ze zmianą nazwiska zmieniło się logo firmy i sukcesywnie zmieniać się będą dekoracje na stronie -----> USŁUG LITERACKICH, także na fb. Jeśli komuś się zachce opowiadania dla połowicy, bajki dla wnuka sąsiadki, biografii albo innych wiązanek słownych, zapraszam :) ).



     Tym, którzy będą tęsknić do Dyrlicy, przypominam, że ciągle w księgarniach jest dostępna książka, którą popełniłyśmy z Kaczką, wygrywając w cuglach konkurs na dokończenie powieści Leopolda Tyrmanda. Tym, którzy boją się powieści historycznych powiem, że ani Kaczka, ani tym bardziej ja nie znamy się na historii. Tak więc wszystkie fakty zostały wyssane z wydatnej piersi weny.



    To może teraz wyartykułuję podziękowania, a kiedy książka się ukaże, po prostu je skopiuję, co? :)

Bardzo dziękuję tym, którzy pomagali mi zawodowo i prywatnie, wiele Wam zawdzięczam: przetwory w słojach, miody, imbir, sery, książki, rysunki, maile, prawdziwe listy, porady wszelkiej maści, liczenie cyfr w słupku, mądre rozmowy, także znad Tamizy, odwiedziny w realu i wirtualne, naprawy psujących się urządzeń, naprawę kolan, zakupy, sprawdzanie literówek, wiarę we mnie, ocieranie nosa, gdy było ciężko i kopanie w tyłek, kiedy było jeszcze ciężej. Nie dałabym rady bez Was ♥

Bazanek ma dwie matki chrzestne, które namawiały mnie na książkę od wielu lat. --->Katachreza uzmysłowiła mi, że młodzieżówki to jest to, w czym czuję się najlepiej, a bohaterów i tematy mam w domu postaci Mata i Mima, --->Bebe od zawsze równolegle mówiła to samo.

Ojcem Bazanka jest Kaczka. Akuszerkami Ela Wasiuczyńska, Jarecka i Alcydło Kr.

Podziękowania dla Kaszmirowej, Kaliny, Diabła w buraczkach, Izabelki, mRufy, Kanionka, Momarty, Dorotki, mojej Madzi PS, Magdy G., Ani, Kingi, Marcina, Mariusza.

A największe podziękowania wkładam do maczanego w słonecznej herbacie dzioba kosa i wysyłam w podniebną drogę na południe. ♥ DZIĘKUJĘ ♥



Wieprzu - dziękuję. Odrzucamy człony rakiety!

3... 2....1....0.... 

START!!!!!!!!!!





Tym, którzy nie lubią młodzieżówek (chociaż chyba tu nie ma takich?), powiem na ucho, że jesienią* ukaże się też mój zbiór opowiadań dla dorosłych :) Chyba jeszcze nikt nie zrobił czegoś podobnego, bo partner jest zacny i szacowny!

*a może wiosną

środa, 26 kwietnia 2017

(240) Siała baba mak

     Powoli kończy mi się zapas liter, które noszę w środku. 

     Jestem jak dwustronna łodyżka maku. Na jednym końcu pusta makówka, w której grzechoczą ostatnie ziarna, owoce sezonu który mija. Pisałam maczkiem, pilnie. Orałam białe pola stron, siałam historie. Wypisałam cały atrament z klawiatury, aż mnie pióra bolą. Jestem obolała i chcę zasnąć makowym snem.

     Z drugiej strony łodyżki jestem zielonym i prężnym pąkiem, z pulsującym sokiem pod omszoną skórką i jeszcze złożoną czerwoną, pomarszczoną spódniczką, która tylko czeka na to, by wysunąć się z futerału i rozkwitnąć szkarłatem. Czekam na plony. Jestem pełna nadziei i nie chcę zasypiać. Szkoda czasu, trzeba w końcu urodzić samą siebie. To ja jestem początkiem do każdego celu.


     Ostatnio jestem bardzo do środka, podszewką do góry. Strasznie przyklejają mi się do niej paprochy świata, z których w środku toczę perły jak beczki. Toczę beczki śmiechu, czasem toczę łzę i wojny.

Zobaczymy, jak to się potoczy. Bądźcie ze mną ♥





niedziela, 26 czerwca 2016

(220) Co robią skrzaty w promocji? Oraz sesja i biżuteria!

     15 czerwca nie był pod żadnym względem dniem nadzwyczajnym. Nie było trzęsienia ziemi, bo ten fakt zanotowały sejsmografy w poniedziałek, wiadomo, najgorszy dzień tygodnia usiany zawałowcami i gęstym trupem.
   
    Dzień był niby słoneczny ale przydymiony, niby bezchmurny, ale grzmiący głosem piorunów. Ktoś miał rocznicę ślubu, ktoś tam komuś się urodził, ktoś świętował oblany egzamin albo dwie kreski na teście. Po dwóch tygodniach chyba już nikt nie pamięta, co tego dnia robił.

     Tymczasem, gdzieś w podziemiach matrasów i empików, zgraja pracowitych skrzatów ciągnęła za sobą dębowe skrzynie wypełnione czymś zielonym. Niestety, nie dolarami. I nie zużytymi chusteczkami higienicznymi, to akurat dobrze. Ale z tymi chusteczkami blisko, blisko, elementem zbioru wspólnego są wydzieliny głowy i celuloza.

- Jasny gwint, ale to ciężka rzecz, ta literatura! - zauważył pierwszy, wysupłując skołtunione bokobrody spomiędzy deszczułek skrzyni.

- Dokładnie!. A wszyscy gadają, że lekkie pióro! Że leciutko się czyta! Że poczucie humoru nic nie waży!

- Gówno prawda, ci powiem - spomiędzy wyplątanych bokobrodów zaraz za słowami wytrysnęła porcja gęstej śliny, lądując finalnie na ścianie katakumb księgarni. Zapadła cisza przerywana chrapliwymi oddechami o konsystencji bąka. Obaj skrzaci patrzyli leniwie jak ślina spływa po ścianie, zostawiając po sobie ślimaczy ślad.

- Wiesz. Ale podobno całkiem gładko się czyta - oczy osadzone nad bokobrodami śledziły tor plwociny aż do samej podłogi.

- A w dodatku ta blondyna z tego erotycznego autorskiego trójkąta schudła znacząco - między wąsem a brodą drugiego ukazał się mokry, różowy język podobny do jaszczurzego. Po chwili znikł w gąszczu zarostu wijąc się jak robak. Żółte ślepia błysnęły obleśnie w półmroku - wiesz, że ona latem nosi wyłącznie krótkie sukienki? I to bez niczego pod spodem?!

- Czasem dobrze być małym, co? Hehe! - spomiędzy splotów trzęsących się bokobrodów wysypały się okruchy starego gulaszu i rechot. Okruchy spadły na podłogę, a rechot wkręcił się głęboko w brudne ucho wąsacza. Ten pokręcił długim, żółtawym paznokciem w głębinach swej muszli, oblizał go ze smakiem i pomlaskując, sięgnął do skrzyni po książkę. Mokrym palcem przerzucił kilka kartek. - Ty, słuchaj, tu są nawet momenty! - dorzucił po chwili.

     Ukucnęli przy oplutej ścianie, ściskając w lepkich łapach książkę. Dwie pary oczu pełzały zachłannie po rzędach czarnych liter, a trzy ręce naprzemiennie gładziły najpierw śliską, sztywną okładkę, a potem wysuwający się spod zarostu wilgotny jęzor. Czwarta całkiem jawnie drapała goły pośladek. Pod bokobrodami powstało podciśnienie, powietrze zostało ze świstem wessane do płuc właściciela, który to, modulując głos, przeczytał, co następuje:  


"Odskoczył, uderzając plecami w drzwi. Te uchyliły się
nieco pod jego ciężarem. Stukułka, nie mając oparcia,
zsunął się po ich gładkiej powierzchni i upadł jak długi,
lądując głową między czyimiś korpulentnymi łydkami
stojącymi za progiem. Leżąc na wznak, przesunął wzrok wyżej,
na uda, skądinąd znajome. Nad nim, jak Statua Wolności,
stała Aldona Maieuskaus, dzierżąc we wzniesionej dłoni pogrzebacz, 
a w drugiej kajet. I Stukułka, patrząc na promienie okalające głowę Aldony
– a były to ołówki kopiowe, którymi wypełniała księgi w magistracie – 
doznał olśnienia i zobaczył wolność wiodącą lud na barykady.
– Aldono! Miłości mojego życia! Będziemy wolni! Ty i ja! 
Wydrzemy się z tych kleszczy wojny i pobiegniemy
ku jutrzence swobody. „Jest to najmądrzejsze posunięcie
 ze wszystkich, które uczyniłem.”, Stukułka był pewien, że czyni słusznie.
 „Lepiej będzie, gdy krew Aldony zamknięta w tak kształtnym ciele
nie zostanie przelana. Czymże jest poświęcenie dla ojczyzny?
Czyż lepiej będzie, że zginiemy tutaj, czy może damy sobie szansę
poza tym kotłem świata? Jeśli zginiemy w drodze,
cóż, taki zamysł Opatrzności. Ale dajmy sobie tę szansę.
Dajmy ją naszym nienarodzonym dzieciom!”
Po czym od razu przeszedł do czynu na skrzypiącej kozetce 
w drugim pokoju, zostawiając skonsternowaną,
przyścienną staruszkę samej sobie (jednakże czuł fizycznie
czyjeś oko świdrujące przez dziurkę od klucza
i prześlizgujące się po ich splecionych, nagich ciałach).
„Ljubow nie kartoszka – Dłużej gorąca, a i w towarzystwie lepiej smakuje”,
Stukułka, doszedłszy do tych życiowych eksperiencji, mlasnął
i zasnął na ciepłym biuście Aldony".*)


*) "Wędrówki i myśli porucznika Stukułki" wydawnictwo MG, premiera 15.06.2016


     Finalnie skrzaty zdołały dostarczyć książki do miejsca ich intymnych spotkań z Czytelnikami, gdzie, drodzy Czytacze możecie ją odnaleźć pod literką T jak Tyrmand Leopold. (Kaczce i Skorpionowi doniosły skrzynkę szampana, którego sączą mocząc odnóża w basenie (nie szpitalnym)).

     A jak to się zaczęło i jak to Kaczka i Skorpion wygrały konkurs, można doczytać tutaj:

http://booklips.pl/newsy/napisaly-najlepsze-zakonczenie-minipowiesci-tyrmanda-ich-tekst-ukaze-sie-w-ksiazce-razem-z-dzielem-autora/

i w skorpionim pamiętniczku tutaj:


Mat, jak uważasz, który profil jest mniej przykry dla oglądających?



No, ale książkę trochę też uchwyć, co?



Bez przesady!



O, idealnie. 



Dla wnikliwych - taaaak, mam profesjonalny pierścień :D



Wykonany na podstawie rysunku Newy, który jest zdjęciem profilowym Skorpiona na FB :



Cmok!
Wracam do basenu! A Wy czytajcie!