Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety z innej planety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobiety z innej planety. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 lipca 2019

(269) Radio Dzieciom, ale Dorosłym też się coś należy

Ufffff upał, co? W książce też upał, w dodatku bracia Bazankowie nie mają szans na porządne wakacje. Tata w pracy, mama łapie bozony w Stanach, więc chłopaki muszą coś wymyślać, żeby nie zemrzeć z nudów w Poznaniu. Czasem opiekuje się nimi sąsiadka z góry, artystka Eurydyka Kociemba, która na swoim poddaszu ma prawdziwy raj, łacznie ze stołem ping-pongowym i ladą chłodniczą z ciastami. Czasem ciotka Rajecka, która przyjeżdża do Bazanków z 3/5 swoich dzieci. I to właśnie dzieciaki muszą rozwikłać sekret jęczących rur, tajemniczych oprychów, którzy najprawdopodobniej montują ładunki wybuchowe w ścianach domu, do tego podejrzenia o współudział padają na rachitycznego studenta z sutereny i posępnego stomatologa z parteru. Wszyscy są podejrzani!

W książce można znaleźć sporo akcentów ze Skorpionowego życia, stali Czytacze pewnie poczują tę nutkę. A i dom jest prawdziwy :)

Jeśli jeszcze nie czytaliście książki, zapraszam przed odbiorniki radiowe, jak to się kiedyś mówiło. Dzisiaj wystarczy uruchomić smartfon i wprost w ucho wpłynie głos Draculi z filmu Hotel Transylvania... chwila..., a może Niemamocnego? Foki z Madagaskaru? A może ktoś usłyszy, jak przemawia do niego Noe? Wszystkim postaciom (i wieeeelu innym) użyczył głosu Tomasz Borkowski, a teraz ożywił Bazanków. 

Trochę się denerwuję, bo mi dzieci w świat poszły! Emilu, Jonaszu, trzymajcie się dzielnie, dawajcie znaki jak Was przyjął wielki świat. Wielki świecie, dbaj o te dzieciaki! 

Książka przeznaczona jest dla dzieci 9+, ale tak naprawdę jest też dla takich starych koni jak my, którzy wychowali się na przygodówkach, lektura łaczy pokolenia.

Endżoj zatem, jak mawiają Rosjanie. A ja pójdę poszydełkować, czy coś. Czy tam umyję pralkę od środka. Albo przeliczę skarpetki w szafie. 




A kto nie zdąży, bo na przykład jest teraz na Bora Bora albo pilnie musi przeliczyć swoje sztabki złota, czy wyprowadzić lamę na spacer, może sięgać po Bazanka w dowolnym czasie bezpośrednio na stronę Jedynki, o >>> TUTAJ <<<


>>> CZĘŚĆ 2 <<<

>>> CZĘŚĆ 3 <<<

>>> CZĘŚĆ 4 <<<

>>> CZĘŚĆ 5 <<<

>>> CZĘŚĆ 6 <<<

>>> CZĘŚĆ 7 <<<

>>> CZĘŚĆ 9 <<<

>>> CZĘŚĆ 10 <<<


czwartek, 21 czerwca 2018

(264) Podlewajcie kwiaty podczas podróży!




Mary Oliver

 "Podróż"
Pewnego dnia wreszcie się dowiadujesz
Co musisz zrobić i zaczynasz
Pomimo, że wszystkie głosy wokół Ciebie
Ciągle wykrzykują złe rady.
Pomimo, że cały dom zaczął drżeć
I ciągle czujesz kulę przyczepioną do Twojej kostki.
„Napraw moje życie”
Krzyczą te głosy
Ale Ty wyruszasz.
Wiesz co musisz zrobić
Mimo, że wiatr atakuje swoimi zawziętymi palcami
Same fundamenty Twojej egzystencji i pomimo, że jego melancholia
Jest taka straszna.
Było już i tak dosyć późno,
A noc jakaś taka dzika,
Pełna połamanych konarów i kamieni.
Ale krok za krokiem, pomału,
Głosy za Tobą zaczynają cichnąć
I gwiazdy na niebie zaczynają świecić,
Przebijając się przez płaszcz chmur.
I pojawił się nowy głos,
Który rozpoznałaś jako swój własny.
Dotrzymuje Ci on towarzystwa, kiedy
Idziesz dalej i dalej w świat,
Zdeterminowana aby zrobić
Jedyną rzecz jaką zrobić możesz.
Zdeterminowana aby ocalić jedyne życie jakie możesz ocalić.

[tłum.Małgosia Dawid-Mróz]


***


Mentalnie jestem w podróży szmat czasu.
Nie mam żadnej stałej rzeczy w życiu, nawet nie wiem, gdzie będę mieszkać. Oby się już nie przyzwyczajać. Szukam szóstego miejsca na ziemi. Mój system korzeniowy jest coraz płytszy, zdolności przystosowawcze coraz większe, mniejsze zapotrzebowanie na wodę i składniki pokarmowe.

Ale... wiem, że kaktus zakwita najpiękniej.
I jeszcze to, że kwiat kaktusa zapamiętuje się na całe życie.
















Kurdebalans. A zawsze myślałam, że jestem stokrotką.







niedziela, 29 kwietnia 2018

(262) KOCIM PAZUREM: nie trzeba jechać do Peru, żeby mieć perskie dywany, czyli jak łatwo pozyskać gada

[z offu dochodzi pukanie w mikrofon przerywane zmiennie posapywaniem przeplatanym z ocieraniem się o kable z płynącym w nim strumieniem miziających elektronów, co ładuje atmosferę dodatnim ładunkiem, bo plus do minusa, te sprawy. Aż w końcu gładką taflę ciszy z tej strony ekranu rżnie głos...]


Halo? Słychać mię?!


[szur szur, mrrr, kkkrrrkkkk]


Atansją! Tu Lima. L I M A. Mówiem! 

Moja Matka Zastępcza jest zajęta, więc obejmuję dowództwo nad tym kawałkiem intehnetu. Thudno, nie trzeba było zostawiać otwahtego komputeha...
To ja może szybko napiszę, chociaż mi thochę thudno pukać w klawiatuhę, bo znowu uhosły mi paznokcie. Hybhydowe! A ponieważ ja się dobrze żywię w tym siedmiogwiazdkowym hotelu o inthygującej nazwie Skohpioland, więc to zhozumiałe, że mi wszystko ładnie hośnie. Dzięki czemu hasłem naszego domu jest hasło "Tu żywią i bhonią".  Bhonią to akuhat mowa o mnie, bo jestem świetnym sthóżem. Wystahczy, że śpię w wiathołapie i żaden obcy nie ma odwagi przekhoczyć phogu, zważając nawet tylko na moje gabahyty i ghoźny wygląd bultehieha. Ale o czym ja, aha. Przycina się, przycina te moje paznokcie, maniukiuhy hobi, a one spod spodu pyk!, wyłażą jak sztylety. Ja tam nie narzekam, bo spoko się takimi hybhydami orze krzesła, ale moja Matka tego chyba nie lubi. No nie wiem, mnie tam się podobają te krzesła tehaz. Takie thochę indiańskie, a thochę kowbojskie. Podobnoż fhędzle są ciągle w modzie i ja w tym domu jako jedyna staham się nadążać za modą. Oczywiście nikt tego nie docenia, banda skostniałych oldskuli!

No ale o czym to ja. Aha.

Mama przyszła do mię w czasie sjesty popołudniowej, hozkosznie przeciągniętej do hana dnia następnego, ze wzhokiem mętnym, z jednym okiem wywalonym na lewą sthonę, że to białe tak ładnie błyskało i już już miałam chęć skoczyć na to, bo przypominało mi bahdzo piłeczkę pingpongowa, ale whóciło na swoje miejsce, czyli niebieskim do przodu. A to już przygasza jakby zabawę, atmosfeha siada, hozumiecie. Popęd w dół, postawa nocnego sthóża, mahazm, nihilizm, phawie zgon, czyli stan konstans czy jakoś tak, z tendencją jakby zniżkową.

Matka najpiehw mię skrzyczała, to znaczy nie, że wokalnie, bo ona spojrzała tylko tym swoim krzywym okiem z błyskającym białkiem i powiedziała - oj Lima, Lima, jaki ty masz ghuby tyłek. A sami wiecie, a już szczególnie osobniki ze zdublowanym chhomosomem X, jak się odbieha takie uwagi. GHUBY TYŁEK. No nie. I to tylko dlatego, że wygniotłam thochę krzaczki lawendy, tak na amen, czyli dokonałam wielokhotnej deflohacji. Zdeflohowałam oghódek, uszczuplając go haptem o dwie do trzech lawend i połać skalniaków, któhe tak cieszyły to kaphawe oko mej Matki Zet. Ale moje ciało cieszyły bahdziej, o koci haju, jakie one były puszyste! Tehaz muszę namówić Matkę na powtóhny zakup tych dywanów, bo thochę ciągnie od klepiska i jeszcze się pochohuję.

Ale o czym ja, aha.

Matka po tych przydługawych dyghesjach na temat mej wagi pióhkowej i jej ponoć thagicznych konsekwencji dla oghodu i finansów (haha, dophawdy), przeszła do klu: łopocząc rzęsami, dosyć długo hozpływała się nad tym, jak to w sklepie zoologicznym trzymała w hęce i tu uwaga, bo pojawi się stek bzduh, mętnych dywagacji balansujących na poghaniczu zdhowego hozsądku, wahiacji emocjonalnych i taczka przesadnej puchatości. Otóż dowiedzieliśmy się bahdzo dokładnie, przez jakie to stany emocjonalne przepływała, gdy trzymała w hęce... DZIECKO GEKONA. Otóż miał być ponoć słodki, śliczny, mięciuchny, miał konsystencję żelka Haribo i tehaz uwaga, najlepsze - MIAŁ DELIKATNE, CUDNE HĄCZKI i cały był kochany, co wphawiło Matkę w stan uniesienia i hozdętej czułości. Jeszcze się nabawi odmy od tego i zemrze w kwiecie wieku.
Ołmajgad...

Tehaz widzicie, co się może stać z człowiekiem, kiedy trzyma w hęku ohizdnego jaszczuha. Jak można popadać w taką emfazę nad gadem? Thochę się obawiam,  że go tehaz przywlecze do Skohpiolandu i będzie hołubić jak zamohską księżniczkę, a wiadomo, że księżniczka jest tylko jedna - JA. Konkuhencję staham się dyskhetnie likwidować, w czym pomaga mój wydajny układ pokahmowy.

Muszę zmykać, bo Matka whaca, nie mówcie jej że pisałam, dobha? Jeszcze wrzucę zdjęcie, żebyście zobaczyli, w jakich skandalicznych wahunkach muszę tu spać. Spahta, jak phagnę zdhowia. I nie daj kociborze (kocibóh to takie kocie bóstwo, któhe hozdaje siedem do dziewięciu żyć, no ale to każdy gópek wie), że zmuszą mnie do odstąpienia od łoża na rzecz tego pahchatego gada!

No to pa! Idę deflohować oghódek! Wschodzące piwonie są takie kuszące! Meh!


PS
Jakby wasi szefowie mieli otwahty komputeh, to piszcie do mnie! Kotki i kocuhy, opanujmy intehnety! Chomiki, szynszyle, ptaszohy też mogą, w końcu co. Oghanicza nas tylko bhak przeciwstawnego kciuka! (Nie dotyczy węży, ale węże i tak nie są hozmowne). Hyby niech może dyktują migowym.


sobota, 14 kwietnia 2018

(261) O kobiecie, która zawróciła bieg rzeki kijem

     Uliczka skręcała łagodnie w lewo i obniżała swój bieg płynnie jak koryto górskiego strumienia. Maleńkie domy zrośnięte wspólną ścianą z kamienia stłaczały się po obu stronach niewzruszenie, grzejąc swe blaszkowate grzybie daszki w popołudniowym upale i próbując oddać nagromadzone ciepło skostniałym murom przez spoiny wapiennych żył. Skóra domów  z wyprażonych na słońcu kamiennych łusek grzała w plecy mężczyzn siedzących na ławkach przed każdym wschodnim wejściem, zachodnia strona pozostawała w zziębniętym cieniu. Kocie łapy ławek wysuwały i chowały pazury, i mrucząc z lubością, prężyły grzbiety pod dłońmi gładzącymi ich poręcze.
Małe okna porośnięte otoczakami patrzyły na ulicę wzrokiem bazyliszka i mrugały trzecią, mleczną powieką tiulu. Zza powieki wylewały się na ulicę, łza po łzie, życia mieszkańców, zagłodzonej mikroflory miasteczka i spływały suchymi kanałami burzowymi, plotąc historię, od wieków taką samą. Gdy umierali, chowano ich w piżamach, bo szli przecież na wieczny spoczynek, a nie na bal. 
     Na końcu cichej uliczki siedział skryba, machał drutami i plótł z niej andruty, które upychał ciasno w bibliotece. Mieszkańcy karmili się własnymi opowieściami i rośli jak na drożdżach. Nie chcieli znać nikogo spoza miasteczka, bo i po co? Byli samowystarczalni. Gardzili ichnimi, bo gorsi, mieli w poważaniu miasta ze szkła i stali, kto to widział, panie, żeby mieszkać w akwarium. Zimą ubierali się w puchate kożuszki z pleśni wyhodowanej samodzielnie w winnej piwniczce, gdzie warzyli piwo, którego sami nie mogli wypić, więc wylewali ukradkiem do zlewu. W piwnicach pachniało stęchlizną, wszystkim odbijało się wczorajszym. W miasteczku wszystkie lustra pokazywały wypaczony obraz. Kobiety miały podkowiaste usta, których kąciki obciążały niebieskie kamienie uwiązane na sercu. Każdego ranka kobiety wymiatały spod łóżek łzy na szufelkę i wrzucały do kufra z wianem, posag jak malowany. Związywały ciasno warkocze, by nie pękły na pół, by nie pojawiła się rysa na twarzy, rozpadlina, przez którą widać co mają w środku. Dlatego ich ściśnięta skóra była pomarszczona i matowa.

     Ignis Altero pojawiła się nagle. Jechała po ulicy jak burza, a wiatr wydymał jej czerwony spinaker koszuli. Spod metalowych kół dwukolca pryskały iskry, które dzieciaki z piskiem opon mózgowych chwytały w słoiki i karmiły słomkami przez cały wieczór. Pruła w dół, wychylała się na zakrętach, szurając kolanem o ulicę i  wysuwając w bok kij, przesuwała go po sztachetach płotów, robiąc w końcu wiele hałasu o coś. Po ulicach niosło się głośne: trrrrrrrrr! Waliła w parapety, budząc mieszkańców, tłukła krzywe lustra. Kocie ławki w popłochu dawały drapaka, a mężczyźni, sięgając bruku, pocierali obolałe zadki i drapali się w porośnięte szczeciną głowy. Podmuch dwukolca wzbijał w powietrze kłęby kurzu i powodował przeciąg od jednej bramy miasta do drugiej. Ulice wymiotło do żywego.

     Ignis przyjechała, by zabić skrybę.

     Jadąc z powrotem, widziała uśmiechnięte, piękne kobiety ubrane w kwieciste sukienki. Stały w progach jasnych domów, niektóre siedziały na pustych skrzyniach. Poprawiały przycięte włosy, z wdziękiem wspierając bose stopy na obrośniętych kwiatami skalniakach z niebieskich kamieni inkrustowanych tu i ówdzie łzami skurczonymi do wielkości diamentu.

     Śmiech Ignis oprawiony w ramy błyskał teraz bielą w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał skryba. W bibliotece uruchomiono nowoczesną tkalnię, a materiały, które tam wytwarzali mieszkańcy stały się cenionym towarem eksportowym. Wyburzono część pustostanów, dzięki czemu można było budować warsztaty, dziedzińce i parki. Do miasteczka przyjeżdżali kupcy i turyści z odległych szklanych miast i zawsze częstowani byli herbatą, bo jak wiadomo, herbata jest dobra na wszystko. :)


***

No, to taka opowiastka na dziś, obrazek, który zakwitł mi rano na tylnym płatku mózgowia. A mogło być w sumie gorzej, bo oto co grozi od machania piórem. Są jakieś dodatki za pracę w warunkach szkodliwych?



     Poszłabym do kina na jakiś piękny film. Albo obejrzała coś w necie. Coś lekkiego, pięknego, ale nie naiwnego i bronciepanieboze pretensjonalnego. I żeby nie kończyło się źle, bo trochę mi już żyłka się napręża z wysiłku. Coś relaksującego, prawdziwego. Istnieje w ogóle taka kompilacja dla dorosłego?
Chyba proszę o bajkę na dobranoc. Tak, to coś takiego, tylko target inny :) Polecicie coś na porost dobrych myśli?

PS
O, coś takiego jak "Frida" z Salmą H. To apropopo prawdziwych.

niedziela, 11 lutego 2018

(257) 11. 02 .2018 - piękny dzień!

   I nadszedł ten wielki dzień.
   Dzień, którego koniunkcja planet i zbiegi okoliczności uczyniły wyjątkowym. Co jest wyjątkowego w 11.02.2018? Me przenikliwe trzecie oko od razu to zobaczyło. Przekazało impuls do drugiego mózgu, który w okamgnieniu przetrawił dane wypluwając w trymiga wynik:

dzień: 1+1=2
miesiąc 0+2= 2
rok: 2+0+1+8=11, a to jak wąż łyka swój ogon, dając obraz nieskończoności: 1+1=2

Dzień parzysty, dzień par, doskonałe konotacje na zrobienie czegoś w dwójkę. Dzisiaj wszystko się może udać!

No i właśnie dzisiaj o północy, w pierwszej minucie tego niesamowitego dnia, zakończyła się licytacja książki, którą w miesiąc piórem machnęła Kaczka, kolcem rył Skorpion, a nieboszczyk Tyrmand jako jedyny, normalnie, jak człowiek napisał długopisem. I to otworzyło drzwi postawione na progu krętej ścieżki kariery, wszak Tuwim odkrył już dawno, ze aby mieć u czytelników powodzenie trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie. Najlepszy zaś sposób to być zagranicznym perwersyjnym nieboszczykiem. 
Rola nieboszczyka była już obsadzona. A kto wziął się za perwersję w książce, też wiadomo. 

Licytacja "Wędrówek i myśli porucznika Stukułki", alternatywnej i kontrowersyjnej wersji drugiej wojny światowej toczyła się między dwoma Paniami. -->Momarta, jak Frankenstein, rażona życiodajnym piorunem licytacji zmartwychwstała z hibernacji blogowej, uszczęśliwiając swą obecnością czytelników. 

EEG zadała cios młotkiem do licytacji, oferując 130 złotych polskich, czym ustanowiła również rekord Guinnessa ceny książki napisanej przez trójce nie tak świętą. 

Laur z liści bobkowych należy się obu Paniom, bo Momarta, nie bacząc na wynik walki, od razu na początku wpłaciła na poczet rehabilitacji Michała okrągłą sumkę.

Dziękuję Wam moje Panie! Jesteście Wielkie!



No i dzisiaj jest rocznica ślubu Michała!

Po wtóre - Michał pojedzie na rehabilitację! Do zbiórki dołączyła Małgosia Południak. Przekazała na ten cel swoje książki, kapiące od pięknej, dojrzałe poezji. Bez Jej pomocy nie dalibyśmy rady. Dziękuję raz jeszcze, Małgosiu!
Dziękuję Wam wszystkim, którzy włączyliście się w akcję!!!!! ♥

Wyjazd Michała to nie wszystko, czego potrzeba, by zahamować chorobę. Bo nie o wyleczenie chodzi, to choroba nieuleczalna, tylko o to, by nie posuwała się tak szybko. Najlepiej byłoby ją zatrzymać teraz. Michałowi potrzebna jest też rehabilitacja domowa, pieniądze na leki. Cały czas można wpłacać na konto Zrzutki 

TUTAJ:


Można tez przekazywać Michałowi 1% swojego podatku. Trzeba jedynie wypełnić dwa pola w deklaracji podatkowej PIT:

KRS 0000338878
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

EEG, daj proszę znać na uslugiliterackie[małpa]gmail.com, dogadamy szczegóły :)

No, a teraz lećcie robić tak, by ten dzień stał się jeszcze piękniejszy! Cmoook!


piątek, 2 lutego 2018

(256) Dlaczego przykułam się łańcuchem do kaloryfera i nie mogę swobodnie olśniewać (jeszcze)

     Za dwa tygodnie... Jezu, nie! Już za tydzień! Za tydzień, w związku z moją zawrotną karierą literacką i nie tylko, mam odbyć sesję fotograficzną. I dodam, że to nie ja będę robić zdjęcia, żeby była jasność.
     Zostałam uprzedzona, że będę musiała przebierać się i to chyba kilkukrotnie, w zależności od światła i innych czynników przyrodniczo-fotograficzno-socjologicznych. Ja tam bym wolała w całkowitych ciemnościach, żeby skryć swe rysy i nie mówię tu o wyniosłości biustu npm, bo to ledwo Gubałówka. 
     W związku z powyższym zostałam zmuszona przez wewnętrzne, naglące głosy, które założyły mi skutecznie nelsona na moją odzieżową ignorancję, do wędrówki przez knieje, chaszcze, kręte dróżki upstrzone wilczymi dołami jak lustro w ośrodku pomocy socjalnej, do przedzierania się przez ostępy najeżone ostrokołami, pokonywania smoków i szalonych wiewiórek z zębami jak dłuta, nie mówiąc o drapieżnych pająkach wielkości bernardyna. No, krótko mówiąc zmusiły mnie do zrobienia porządku w szafie. Jak Skorpioczytacze zapewne się domyślają, skończyło się katastrofą, bo kto jak kto, ale ja celuję w życiowych katastrofach. Takie mam hobby jakby. No. 
     Pierwsza katastrofa, której kwaśny smak jest znany wszystkim Paniom, pulsuje mi na języku czerwonym neonem: ALE JA NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ. Może dlatego, że wyrzuciłam z szafy jakieś 300 kilo niepotrzebnych, jak się okazało, ciuchów, to znaczy wyleciało prawie wszystko, prócz sukienek, koszul, białych spodni i dżinsów, bowiem kto zna Skorpiona, ten wie, że odziewa się on w koszule i takież spodnie notorycznie.
     Ale to by było pół biedy. 
    Druga tragedia ścina krew w żyłach i miesza zmysły w ciągu nanosekundy: JESTEM GRUBA. No niby stan znany Paniom również, ale w moim wydaniu stało się to NAGLE. Sama nie wiem kiedy, bo do tej pory piżama, w której chodzę całą dobę, ciągle na mnie pasuje. A jednak stało się. Potrzebuję na gwałt namiot. Dwójkę. No, może nie na gwałt, ale na sesję. Wolałabym chyba sesję z genetyką i biochemią, a więc z przedmiotami, które wchodziły mi na studiach tak boleśnie jak wchodzi drzazga pod paznokieć albo wątróbka. A tu będzie sesja jeszcze gorsza. 

     Zwłaszcza, że uznałam, że mam złą fryzurę. Jakoś mi nie pasowało coś. Przycięłam sobie zatem trochę boki przy uszach. No nie, żebym miała takie opony sięgające wysoko pod uszy, no nie. Włosy podcięłam. Musiałam wyrównywać. Potem wyrównałam grzywkę, która stałą się jakoś nienormalnie długa. No i ją też musiałam wyrównać. A potem jeszcze raz. Na końcu okazało się, ze włosy były ok, nie ok za to było z twarzą, no ale jakby nie mam drobnych na operację plastyczną, a nawet gdybym miała, to nie zdążę się zagoić. Cóż. Czytałam, że akurat rozpoczął się konkurs na projekt plakatu promującego Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych. Moje szanse rosną.

     Cóż bis... Wyciągnęłam zgrzewkę wody z garażu, zapleśniałe suchary zza szafek i przykułam się grubym łańcuchem do kaloryfera, po czym związałam sobie dla pewności ręce sznurem do bielizny, uprzednio wyrzuciwszy nożyczki, żeby mnie nie kusiło wyrównywać ponownie. Moi synowie mają zakaz reagowania na moje ciasteczkowe rozkazy, zakaz ulegania błaganiom i szantażom różnej treści, a także mają nie lękać się moich gróźb karalnych. (Ja tam bym się bała strasznie). Pod żadnym pozorem nie mają dać się zwieść mojemu słodkiemu głosowi syreny, mamiącemu, że tylko to jedno maleńkie i to z wydłubaną czekoladą. NIE. Żadnej wydłubanej czekolady z piegusków! Zakaz jabłeczników, serników i ciastek pod groźbą wydziedziczenia i wprowadzenia ostrych restrykcji czasowych w korzystaniu z xboxa. Co jak co, ale to ostatnie działa niewymownie. Od godziny łkam, żeby mi ktoś odgarnął włosy z oka. Paluszkiem.

     Boże! Świeć Panie nad moją tuszą!

A one się tak do mnie śmieją!


środa, 20 grudnia 2017

(251) Piekło w buraczkach

To było piekło na ziemi. 
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zaczęło się w zasadzie niewinnie, moje spóźnienie wyniosło tylko jakieś circa dwie-trzy minuty, praktycznie nie było o czym mówić, nie był to nawet przedsionek piekła, chociaż droga do niego wybrukowana jest dobrymi chęciami, a ja dobre chęci raczej zawsze mam. No i teraz też miałam, ale cóż. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, a Diabłu ogarek, czy jakoś tak. W ogóle skandal, żeby pociąg zza granicy przyjeżdżał punktualnie, co do minuty. Kto by się spodziewał! Ale, (tu jednak uprzedzę fakty), na szczęście kolej poprawiła się w drodze powrotnej, omijając rozkład jazdy szerokim łukiem o 40 minut, potem o 80, następnie obiecała skrócić męczarnie do 70, czym momentalnie zaskarbiła sobie ciepłe uczucia oczekujących podróżnych na całe 3 minuty, by po upływie tego czasu zrzucić ich w krainę chaosu i rozpaczy wynoszącą 115 minut. Plus z Berlinie kolejne kilkadziesiąt. No. A już się zaczęłam martwić o kondycję taboru, jak się jednak okazało, zupełnie niepotrzebnie.

     Diabeł w buraczkach czekał cierpliwie na peronie drugim i  nawet jakby nieco ucieszył się na  mój widok. Szok. Gdyby nie stał sam, tylko w morzu ciżby ludzkiej, to i tak poznałabym go po rogach. Serio, chcę taką czapkę. Kopytka Diabeł ukrył sprytnie w obuwiu, więc nie stukał po bruku, ogon schował pod pięknym grafitowym seterkiem, dzięki czemu można było zapomnieć, że to Diabeł z krwi i kości. Jacie! Ta myśl przeszywająca i jasna walnęła mnie dopiero teraz: Diabeł bardzo szybko i całkowicie uległ mi i oto już był w Poznaniu! Ecce diabolus!
Wyprowadziłam niezwłocznie Diabła na manowce, a więc na Dworzec Zachodni, który od niepamiętnych czasów bardzo skutecznie straszy zasłonami z płyt paździerzowych, wyrwanymi płytami z kolejowego trotuaru i nieziemskimi odgłosami nawiertów dochodzącymi zza płyt. Taka lokalna płytoteka poznańska. Ta szopka, która tam się odstawia, to chyba jakaś zasłona dymna, bo tak naprawdę to właśnie w Poznaniu znaleziono złoty pociąg i teraz tną go na kawałki, plotą z nich na miejscu łańcuszki i inne precjoza, a finalnie wynoszą po fajrancie na własnych szyjach i w miejscach po ekstrakcji trzonowców. W przeciwieństwie do uzębienia, ekipa pracująca jest zawsze w komplecie. O ile w ogóle jest, bo czasami w kazamatach dworca zalega niepokojąca cisza. Połowa załogi, ubrana w waciak stała właśnie na rusztowaniu na zewnątrz i zajmowała się elewacją. Dokładnie nie wiem co robiła, ale z ruchów dłoni odczytałam, że chyba głaskała spękany tynk i pocieszała nadwątloną budowlę, by nie obróciła się raptownie w mak i perzynę.

     W sumie spóźnienie moje wróżyło dobrze, trawestując powiedzenie, że dobre złego początki. Dlatego o ciąg dalszy pobytu byłam raczej spokojna. I tu teraz zza pleców dochodzi mnie chichot historii i ducha Skorpiolandu, którą to fuchę piastował Mat. Podczas niespełna trzydniowego pobytu Diabła w Skorpiolandzie, Mat wychynął raz jedyny ze swojej pieczary, odziany li i jedynie w piżamę i kapelusz kowbojski, skrywający higienicznie nadwątlone chorobą owłosienie. Wychynął na wózku inwalidzkim, który jest od dłuższego czasu, jak wiecie, bardzo intensywnie eksploatowany przez Mata, Mima i kota.

     Skorpioland powitał gościa miłym ciepełkiem wsączającym się z ogrzewanych podłóg bezpośrednio w stopy, a potem już wprost do krwioobiegu. Górna część Diabła została zalana rosołem. Chwilę później dojechały, tak tak! Kalina i Izabelka, na tę okoliczność została wykonana stosowna dokumentacja fotograficzna. Dostałyśmy od Diabła relikwie w postaci dwóch malunków, jednego kamiennego magnesu z Sardynii oraz plakatu rybiego, którego pożądanie można zaspokoić i posiąść go w Le Szopie. Kwików i szaleństwa było po pachy, bo wiadomo, że każdy ich pożąda, by sprzedać za jakiś czas po cenie zbytu Damy z łasiczką, a tak naprawdę z gronostajem.
     Po konsumpcji i bogato zdobionej konwersacji zapadła noc, która nie objęła w Skorpiolandzie swym ramieniem ani Izabelki, ani Kaliny. Może i miały szczęście...
    Głuchą nocą łóżeczko było miłe, godziny przelewały się leniwie po tarczy Księżyca, błoniaste skrzydła snu muskały znaczną część domowników, duch kaszlał gruźliczo co minutę, a moje ciało nie mogło wpaść w koleiny snu. Tymczasem... piekło jakby zamarzało, by o poranku osiągnąć temperaturę mrożącą krew w żyłach i soki trawienne, czyli niespełna 17C. Dramat, albowiem Diabeł przyjechał się głownie ogrzać i leżeć na golasa na podłodze, by wchłonąć megadżule ciepła, skumulować je i uwolnić dopiero we własnym domostwie. Na domiar złego ciężkie, wiszące nisko chmury rozpruły się i z dziury zaczął wysypywać się ten parszywy biały puch i ilościach po miliard płatków na głowę każdego mieszkańca od zera do 114 lat.
W Skorpiolandzie odbywały się w tym samym czasie sceny dantejskie (sic!) na temat ogrzewania i może tutaj napomknę dlaczego. Otóż cąły Skorpioland działa na paluszki, prąd i fale radiowe. Aby włączyć ogrzewanie, trzeba zsynchronizować elektronikę, która połączona jest bezprzewodowo magicznym eterem fal radiowych ze sterownikiem, który raczył paść. Głowili się nad tym mędrcy świata, monarchowie, którzy pospieszyli do Skorpiona bez tchu, rzucając to, co mieli w rękach, za co jestem im dozgonnie wdzięczna (napomknę tylko, że podlewanie ziem przynależnych do posiadłości jest również automatyczne, a wręcz skomputeryzowane, obejmuje zasięgiem pięć sektorów, ale nie żeby tu były hektary, o nie. Trzy skrawki ziemi wielkości latającego dywanu każda, roszone były równo od godziny trzynastej określoną ilością monotlenku diwodoru, w określonych sekwencjach i nie ma że boli, nawet w czasie deszczu. Tak się nagłowiłam nad tym komputerkiem, łącząc się z NASA, że już przez całe lato nie ruszałam tej enigmatycznej, a zarazem jednak skutecznej sekwencji, bo nie pamiętałam w jaki sposób ją ustawiłam. Tak więc, deszcz nie deszcz, podlewanie musowe. Tak napomykam, bo Skorpioland idzie pod młotek, więc  może ktoś akurat pragnie mieć takie zbytki? Na nic tu płacz Skorpioniątek i pęknięte maleńkie serca, można ustawiać się w kolejce. Selawi, jak mawiają Rosjanie.

     Ad rem. Piekło jakby zaczęło się ocieplać, więc udałyśmy się na wystawę Fridy Kahlo, polecam gorąco! Kto jeszcze nie był, niech bieży!
     Po wystawie czekały na nas nieprzebrane, wielorękie i mnogonożne tłumy, ale po chwili już wiedziałyśmy, że to nie nas będą podziwiać, tylko Festiwal Rzeźb Lodowych na Starym Rynku. Miałyśmy miejsce w loży honorowej, z okien pierwszego piętra zabytkowej kamieniczki, zajadając pierogi i popijając je winem patrzyłyśmy na ustrojony bożonarodzeniowo Stary Rynek, podświetlane rzeźby, padające wielkie płaty śniegu na lodowe żelki Haribo nadnaturalnych rozmiarów, czyli wielkości stojących na sobie dwóch krasnali (tak, Kaczko!). Bajka! I jak w bajce wracałyśmy w malowniczej śnieżycy, która ścigała Diabła aż zza Odry i dopadła tutaj. Było biało i magicznie. A po powrocie do domu, okazało się, że piekło znowu zamarzło.... Ale w nocy buchnęło żarem, dochodzącym do temperatury panującej na Bora Bora w okresie urlopowym. Piekło na ziemi!

     Po wyjeździe Diabła piec osiągnął apogeum aktywności, po czym wszystko wróciło do normy... I tak trwa do dzisiaj.


piątek, 8 grudnia 2017

(250) List w butelce

    Na świecie żyje tylu fantastycznych ludzi. Taki truizm wypowiedziany w nocnej godzinie, kiedy nikt nie słucha, może nie zabrzmi jak truizm? Wszystkich podziwiam. Niektórzy mnie inspirują, wielu mnie ciekawi, a pozostałym zazdroszczę :) Garstkę znam osobiście. Dla Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie napisałam opowiadania, które spięłam w książkę. Powstały na kanwie rozmów, jakie przeprowadziłam z pracownikami IgF z okazji 60-lecia powstania Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie, a które dotyczyły ich niesamowitych przygód, nie tylko polarnych. To właśnie tej książki się spodziewamy, Skorpioczytacze. I to między innymi właśnie grupka tych niesamowitych ludzi, naukowców, odcisnęła się we mnie liniami papilarnymi swoich historii. Na przykład ----> ten Pan. W opowiadaniu w książce występuje jako Mag Lavender. Bo są to opowieści różniste literacko :)

    On zwraca się do mnie per Moniko, ja do Niego Marku. I o ile ja dla Niego jestem może i jakąś tam Moniką, tak On dla mnie jest Profesorem. Otóż wpadł On na pomysł. Genialny i śmiały - taki, o którym mogą myśleć tylko naukowcy i dzieci:







     I wiecie co? Zrobię sobie taką kapsułę czasu. Zakopię tylko w sobie znanym miejscu, daleko stąd, butelkę po szampanie, który tam wypiję, wśród zieleni. W środku będą listy i zdjęcia. Włos. I moje marzenie - zorza. Może się spełni. Myślę, co jeszcze...
Nie przetrwa ona pól miliona lat, raptem może kilkadziesiąt, a to i tak w sprzyjających warunkach, o ile ktoś nie zechce tam postawić bloku, lub odwrotnie - może przyroda nie wyda swojej tajemnicy już nikomu. A może butelka stłucze się, papier się rozłoży, zostanie wchłonięty przez korzenie drzewa, które potem zetną, zrobią papier i wydrukują na nim jakąś książkę. Może tak tu wrócę, kto wie. 

A Wy co byście włożyli do swojej kapsuły czasu?




Kakslauttanen Arctic Resort w fińskim Lapland



sobota, 25 listopada 2017

(249) Odgrzewane kluchy i Skorpion w TV

    Cztery lata tamu napisałam dobry tekst. Mam kilka takich, które uważam za dobre i cenne. Jeden mi się tak spodobał, że przemyciłam go w całości do Bazanka.
    
     W zeszłym tygodniu miałam urodziny, moje włosy zamieniają się barwą z oślim mlekiem, pszenica za grykę, miód za kredę. Młodość to echo życia, obija się o ściany poczekalni.
       Dzisiaj obudziłam się z myślą o poniższej notce, zaskoczona tym, jak jest kompatybilna z moją sytuacją życiową, mimo że minęło już sporo czasu. Wklejam ją tutaj, ale odsyłam do ----> źródła, bo tam są komentarze, które w świetle bieżących wydarzeń brzmią jeszcze silniej. 



poniedziałek, 29 lipca 2013


(79) podróż w czasie

   Sto lat temu beztrosko cięłam krajobraz, bryzgając kolorami na słoneczne pola rzepaku po prawej i fiolety ogórecznika po lewej. Moje dłonie odkładały skiby puszystych szmaragdowych zarośli i rozchylały kłujące gałęzie strzelistym sosnom. Przesypywałam przez palce miliardy ziaren piasku z dzikich plaż, nabierałam w płuca ciemne, pachnące jeziorem powietrze, a jedyny świadek nocnych kąpieli bezwstydnie wpatrywał się we mnie opalizująca tarczą. Wpychałam w oczy zachody słońca, spadające gwiazdy, polne drogi inkrustowane migoczącymi kałużami i kocimi łbami. Wcierałam w skórę zapach miodu i morskich wodorostów. Biegłam łapczywie na wprost, szybko, upojnie, a  wyciągniętymi do góry rękami orałam niebo i darłam paski błękitu. Biegłam przez pagórki, z młodzieńczą ciekawością co dalej, co za horyzontem. Jak gdzie indziej pachnie ziemia, jak słychać szelest leśnych cieni i jak smakuje nieznane. Tajemnica czaiła się za każdym zakrętem,  po skórze skakało to, co niecodzienne i niezwykłe, muskając ją każdą ze stu łaskoczących łapek. Lecznicza akupunktura małych niespodzianek. Wszystko zależało od losu, on rozdawał karty - gdzie i kiedy się obudzę, co zjem na kolację, jakie widoki zobaczę. Która stacja przytuli mnie na 3 godziny albo 3 dni.
Sto lat temu pod puchową poduszkę i przez dziurki w skrzynce wpływały strużki wierszy: Siedząc na małej stacyjce czekam na pociąg, trzymając głowę na udach ukochanej kobiety. Marzę tylko o tym, by ten pociąg nigdy nie nadjechał.

   Kalendarze zafurkotały i przerzuciły mnie o dziesiątki lat świetlnych naprzód. W XXI wieku nie jeżdżę już koleją. W szoferce cichutko szumi klimatyzacja, a śliskie podmuchy przefiltrowanego chłodnego powietrza omywają opalone ramiona. Zmęczona nieustannym brzękiem ciągniętych za sobą kotwic, zakładam kosmyk włosów za ucho niezmiennym od lat, płynnym ruchem i wyciągam strudzone stopy z pedantycznie pomalowanymi paznokciami. Cel podróży - wiadomy. Zaplanowane posiłki 3 razy dziennie, a ściany hotelu nie pachną brezentem i dymem z pizzerii.

Za oknami auta wieczór tasuje migające w pędzie krajobrazy. Już nie kantuje i nie przechowuje asów w rękawie. Do środka wpada miarowy pomruk silnika kabestanu zwijającego liny kotwiczne, które wciągają mnie do doku.

Po wycieczce na tylna kanapę rzucam podejrzanie lekko pytanie: i jak, podobało się Wam?

 

- Super! - woła uradowany Mim

- Noo.- mruczy do szyby Mat. - A mały, obleśny rachmistrz siedzący w mojej metryce, śliniąc wskazujący palec, skrzypiącym piórem dodaje w słupku kolejne 10 lat.

Bo nagle świat objawił mi z rozbrajającą szczerością swoją prawdę - Mat jeszcze tylko kilka razy spędzi z nami wakacje. Potem będą ważniejsi koledzy, dziewczyna. Teraz jego kolej fastrygować ścieżki swoimi krokami, i wysiadywać jajka niespodzianki na małych polanach.
 Tymczasem wydaje mi się, że mój patchwork jest gotowy.

Z tyłu głowy matka Nieuchronność ciągnie za cieniutkie żyłki i zaciska na mej twarzy siatkę zmarszczek.

***

A z innej beczki, to w październiku zostałam zaproszona jako 


do programu profesora Jana Miodka "Słownik polsko@polski", który będzie transmitowany  na falach TV Polonii dzisiaj o godz.17.00. Można go będzie oglądać w wersji nonstopicznej tutaj: ----> https://vod.tvp.pl/video/slownik-polskopolski,25112017-1700,34693147

W bibliotece Instytutu Geografii Uniwersytetu Wrocławskiego było mniej więcej tak:



Ja obejrzę post factum, bo nie mam TV Polonii i skończyła mi się waleriana. Dajcie znak jak było, czy nie poodpadały Wam guziki od koszul i nie pękły odbiorniki. Si ju! ♥

poniedziałek, 18 września 2017

(245) Zaraz wiosna!

     Juhu! A wiecie, że jeszcze trzy miesiące i dzień zacznie się wydłużać? I to ekspresowo! My już szybko odfajkowaliśmy pierwsze jesienne przeziębienia, a może i zaraz zrobimy Wigilię łączoną z Sylwestrem, żeby już mieć to za sobą i uniknąć tłumów w aptekach i sklepach, no i wyłącznie dla nas pozostanie czyste cieszenie się czekaniem na wiosnę. Calusieńkie dla nas, nietknięte brudnym zębem czasu i nierozprute wskazówkami zegara. Że też na to nie wpadłam wcześniej! Wszyscy będą biegać, uwijać się jak w ukropie z zakupami, prezentami dwunastoma daniami, a my spuścimy ze smyczy nasze życie, które położy się pod drzewem i wywalając mokry różowy jęzor będzie czekać na fiołki, upał i cień rzucany przez zielone listowie. Będziemy je klepać po brzuchu, a czekanie umilimy sobie od niechcenia szkołą, ale nieprzesadnie, herbatą z cytryną, będą koledzy, tenis i łucznictwo, a ja jednym okiem będę spozierać na to miłe bractwo, a drugim łypać w swoje litery i pasać teraźniejszość, aż nabierze wagi i kolorów.
      A gdy dzień nareszcie zacznie się wydłużać jak paznokieć, niezauważenie, z zawrotną prędkością mikrona na godzinę, nasze życie ruszy się spod lipy, otrzepie się radośnie, podskoczy może nawet, ale my będziemy się już trzymać krzepko w siodle, jak rasowi kowboje, którzy mogą z podniesionym czołem zniknąć w malinowej salaterce zachodzącego słońca.

     Po tym nader optymistycznym wtręcie, mam dla Was wieść cuchnącą odorem tragedii. Otóż nie mogę umyć okien. I nawet już nie z powodu wrodzonego lenistwa. Na parapecie łazienkowego okna siedzi bowiem bydlę. Wielkie, spasione i włochate. Stoi, macha halabardą i mówi - dalsze nielzja! Skandal. Wlepia we mnie te czarne niewinne oczęta i halabardą dłubie sobie w zębie, w którym utknęła czaszka ofiary. Nawet nienadgryziona. Spluwa kością udową jakiegoś nieszczęśnika, który kiedyś coś tam chciał zmajstrować przy oknie, ale już nawet najstarsi mieszkańcy domu nie pamiętają co to było... (halo, mamo! ....mamo!..... MAMO??)
- Czego? - pada z góry.
- Dzień dobry - poprawiam chusteczkę pod brodą i wycieram ręce w granatowy kitel z drelichu. Wbijam wzrok w swoje stopy ozute w obuwie marki ortopedki, w których macham swobodnie odkrytymi paluchami pod wielką kokardką - ja tu tylko sprzątam, czy można?
- Nie teraz! Nie widzi, że hamakuję?
- No... widzę, ale to chyba nie takie pilne? Może pan przesunąć nogę? Chociaż machnę tu szmatą, co? - zerkam na jego długie kończyny całkowicie pokryte bujnym owłosieniem. Brunet niefarbowany, myślę. Faceci się nie depilują, no ale, żeby włosy na stopach również? Hm. Może wtedy się cicho stąpa, albo nie trzeba już używać skarpetek - myślę sobie - albo nawet na butach przyoszczędzić. I już wiem, że sama zapuszczę włosy na stopach.
- Jak nie pilne? Bardzo pilne! Niech przyjdzie później!
- Yyy, jest 23.07, to kiedy?
- A nie wiem, później niech spróbuje. Koło niedzieli pewnie.
- W niedziele to ja mam wolne - próbuję wypertraktować jeden dzień wolnego.
- A kto latał w zeszłą niedzielę na miotle i omiatał pajęczyny, hę?
- No tak. Człowiek wyrywny, zamiast siedzieć i nakładać maseczkę na twarz, ma jakieś dziwne fantazje na temat porządku.
- No właśnie, to niezbyt normalne.
- Nie? Jak zaniecham, będzie tu śmietnik, muchy będą latać... - krzywię usta, jeden kącik spada mi na brodę.
- Przepraszam, a gdzie ja jestem?! - włochaty wstaje z hamaka i rozgląda się rozpaczliwie na boki- miałem wszelkie podstawy by tak mniemać!
- Yyy, muszę niestety zniweczyć pańskie nadzieje. Chociaż niedużo mi już brakuje, serio. Jeszcze ciut i czuję, że już osiągnę ten stan.
- Brawo, kobieto. Oby tak dalej. Chociaż, jak cię oglądałem w niedzielę, na czworakach, z wypiętymi we mnie pośladkami, to zwątpiłem już w ludzkość.
- Dziękuję. Dlatego pana nie zabiłam.

No i widzicie, nie mogę umyć tego okna, bo on tam ciągle siedzi i siedzi. I czeka na muchy. Na razie chyba żyje miłością i rosą z pajęczyny.

A my czekamy na wiosnę!




czwartek, 14 września 2017

(244) Huragan Irma

     Siedzę w cieple, silnik autobusu linii 74 mruczy cichutko i wibruje pod siedzeniem potrząsając lekko moimi udami. Wszystkie siedzenia puste, jestem sama. Patrzę przez okno i widzę, jak Irma biegnie chodnikiem, wiruje obłędnie połami beżowego swetra i z łopotem akrylowych skrzydeł dopada do drzwi, zagarniając do środka mikrotornada pierwszych suchych skórek liści. Osiada miękko dwa miejsca przede mną, wyciągając przed siebie zgrabne, bose nogi oprawione w ludzką, nieco garbowaną skórę. Opiera czoło o szybę i widzę jak wychodzi z niego rządek maleńkich przezroczystych Celsjuszy, którzy wbiegając w zimną taflę, przeliczają słupki rtęci w swych kajecikach i tworzą rozlewającą się plamę ciepła. Irma zdmuchuje pył z rękawa, patrząc gdzieś ponad moją głową szmatkami mokrego nieba. Nagły podmuch wzbija mi w powietrze włosy jak stado wróbli, ale przywiązane za nóżki do cebulek, szybko opadają z powrotem na oczy słodkim ćwierkoblondem.
 
     Na każdym skrzyżowaniu Irma zamyka oczy i porusza palcami pukając magnolią w okno. Srebro spada do jej krtani otulając struny cienką warstwą oksydowanej chrypki. Odchrząkuje, a za oknem błysk kroi niebo w grube plastry, które spadają z łoskotem jak kości domina. Pierwsze krople spuszczone ze smyczy wybiegają z nieba Irmy wprost na jej skrzydła. Pióra furkoczą w ulewie jak husarskie, podnoszę szybko to, które wypadło na brudną podłogę i chowam pospiesznie do torebki. Miasto tasuje się na zewnątrz, dachy uchylają kapelusza, a świerki chyboczą kryzami w takt melodii sączącej się z brzucha Irmy. Parapam pam pam rapapam...  Wijemy się serpentynami zakrętasów jego wnętrza godzinę albo rok, a Irma skrapla się na szybie, ciągle nieświadoma mojej obecności. Miasto z piskiem hamulców rodzi nas na pętli Mobiusa. Koniec drogi. Irma wypada na zewnątrz, podrywając z ziemi starą gazetę i okiem cyklonu rzuca na kierowcę. Podmuch porywa jego czapkę, więc biegnie za nią jak gnany wiatrem, zupełnie nie wiadomo po co, bo po co mu stara czapka, pal ją licho.

     Irma idzie po chodniku i stawia stopy równo, w jednej linii, jakby balansowała na skraju wszystkiego co niesie na plecach. Zostawia mokre ślady i znika w maleńkiej uliczce ukrytej w ramionach flory, rozglądając się na boki, czy aby nikt jej nie śledzi. Znika w zamszowym rękawie. Przemykam niepostrzeżenie i chowam się za jej cień. Z jednej strony szpaleru młode jarzębiny drżą wabiąc dojrzałością koralowych ust i chowając je za pierzastymi wachlarzami, a z drugiej równy szereg klonów w wysokich kepi zmienia zieleń dolarów w złocisze i płaci jarzębinie rzucając jej do stóp drobniaki. Panny pochylają się, szurając sukniami o chodnik, a Irma rozpościera ręce na cała szerokość szpaleru i idzie, muskając ściany zieleni, które z szelestem uginają się pod jej smukłymi dłońmi. Zatrzymuje się i rozgląda na boki, po czym nabiera powietrza i niespodziewanie spluwa na śnieguliczki. Białe kulki kiwają się na boki, uchyliwszy się przed porcją śliny. Irma ociera łzy skrzydłem, układa język w rurkę i spluwa ponownie. Trójka. Napiera powietrza i wypluwa pocisk ponownie z odgłosem, jaki wydobywa z siebie karabinek pneumatyczny. Szóstka. Wdech, rurka, splunięcie, osiem. Z uśmiechem spluwa dalej - dziewięć. Dziesięć! Dziesięć! Dziesięć! Mistrzostwo świata, medal i śmiech spada gradem śnieguliczek. A Irma idzie dalej, potem biegnie i śmiejąc się, ociera błękit szmatką nieba i rzuca się na wiatr słowami prosto z mostu.

     Podchodzę do niej, wyjmuję z torebki pióro i wbijam w serce Irmy. Potem zdejmuję niebieską szmatkę z jej oczu i oglądam pod światło. Nie widzę tam ani furii, ani złości huraganu. Szmatka jest mokra od rozpaczy. Wykręcam jej ręce, wkładam do kieszeni i idę ściąć włosy. 


środa, 2 sierpnia 2017

(241) Trzeba Ż czyli Skorpion odkrywa karty

Priwiet riebjata, że tak zagaję z francuska!

     Szalenie podoba mi się reklama pewnego płynu bogów, która nakłania do tego, by Ż, bo jest już później niż myślimy, a żona bez Ż to tylko ona. Ach, ekwilibrystyka słowna, tak prosta, a jakże fascynująca! I ja, wyobraźcie sobie, powinnam opływać w dostatek i złocistą ciecz (nono!) począwszy od dzisiaj, aż po kres dni moich, albowiem wyłapałam i bezbłędnie wypełniłam ten przekaz niemal podprogowy w stu procentach, stając się tym samym znakomitym targetem dla owej kompanii, zwłaszcza podczas piekielnych upałów. Kompanię tę, gdyby nie mur i roślinność wysokopienna, nieomal widzę z okna, więc winszowałabym sobie, by w nieodległej przyszłości kompania rozpieszczała mnie dostawą ciągłą czasowo. I to nie kroplówką, ale - powiem posługując się językiem z wyżyn marketingu, że coś jak door to door. Ż nie umierać, co?

     I ja właśnie już jakiś czas temu postanowiłam Ż. Pełną piersią, a nawet dwoma, którymi w końcu mogę nabrać powietrza tak głęboko, że falują mi troczki w szortach i falbany pod nimi.

     Oto biorę moje Ż we własne ręce. Obracam w dłoni i patrzę że, kurczę, tu się wyklepie, tu podmaluje, tu polakieruje i będzie jeszcze prawie jak nówka! Jako Żona zabieram więc całe swoje Ż i zostawiam tylko oną. I pewnie w tym momencie skórę potylicy drąży Wam myśl jak świerzbowiec i nie wiecie, czy się podrapać, czy od razu walić młotkiem. Podrapcie się ze spokojem, przygładźcie przedziałki, bo i tak wieść ta Was ogłuszy. Czy to oznacza to, co myślicie? Tak. Wystąpiłam o rozwód. Nie da się dłużej grać wyłącznie niebieskimi kartami. Ktoś musi powiedzieć: atu!

A to jeszcze nie koniec rewelacji!

     Najpierw jednak pozwólcie, że skondensuję tę moją drogę po kocich łbach do wielkości stwierdzenia, że warto było po nich jechać, choćby po to, żeby po 20 latach wrócić do siebie, tej prawdziwej. Błysnę zatem diamentową myślą, która krystalizowała się w warunkach podwyższonej temperatury i ponadnormatywnie wysokiego ciśnienia przez tyle lat, a zmieniła się w brylant kiedy to odpoczywałam sobie na ganku i patrząc w niebo słuchałam bicia własnego serca. Zadałam sobie tylko jedno pytanie: Skorpionie, czy chcesz się zestarzeć z tym człowiekiem? W tym momencie świat z wielkim zgrzytem giętych w swym jądrze blach z niklu i żelaza stanął w miejscu, bo odpowiedź była jednoznaczna: NIE. Świat z ulgą odetchnął wiatrem i poturlał się dalej.

     A mówię o tym wszystkim nie bez celu. Otóż okazuje się, że jestem tą osobą, dzięki której będziecie mogli zrealizować swą fantazję, by móc demotywator wcielić w czyn, zwłaszcza, że bardzo pomaga w tym wujek Alzheimer. Wejdziecie do księgarni i bez pardonu zapytacie o niebieską książkę. Człowiek nigdy nie wie kiedy, co i kogo spotka, prawda?



A skoro spotyka się Newę, która po mistrzowsku włada niebową kredką, zakochuje się bez pamięci, to nie mogło być inaczej!


Tadaaam!


Przedstawiam Wam nasze dziecko, które już we wrześniu ukaże się w księgarniach całego kraju nakładem wydawnictwa Akapit Press, czyli wydawnictwa, w którym rodzi się dla świata Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Należy kliknąć Bazanka w pępek, by przenieść się w nieodległą co prawda, ale jednak - przyszłość.


Kłaniamy się nisko! 

ilustracje:
Ewa Newska czyli -------> Newa!


tekst:
Monika Krauze, choć jeszcze Dyrlica (stąd na początku notki dygresje), czyli ja - Skorpion pandeMonia (co bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie zmianę szyldu w prawym górnym rogu. Wraz ze zmianą nazwiska zmieniło się logo firmy i sukcesywnie zmieniać się będą dekoracje na stronie -----> USŁUG LITERACKICH, także na fb. Jeśli komuś się zachce opowiadania dla połowicy, bajki dla wnuka sąsiadki, biografii albo innych wiązanek słownych, zapraszam :) ).



     Tym, którzy będą tęsknić do Dyrlicy, przypominam, że ciągle w księgarniach jest dostępna książka, którą popełniłyśmy z Kaczką, wygrywając w cuglach konkurs na dokończenie powieści Leopolda Tyrmanda. Tym, którzy boją się powieści historycznych powiem, że ani Kaczka, ani tym bardziej ja nie znamy się na historii. Tak więc wszystkie fakty zostały wyssane z wydatnej piersi weny.



    To może teraz wyartykułuję podziękowania, a kiedy książka się ukaże, po prostu je skopiuję, co? :)

Bardzo dziękuję tym, którzy pomagali mi zawodowo i prywatnie, wiele Wam zawdzięczam: przetwory w słojach, miody, imbir, sery, książki, rysunki, maile, prawdziwe listy, porady wszelkiej maści, liczenie cyfr w słupku, mądre rozmowy, także znad Tamizy, odwiedziny w realu i wirtualne, naprawy psujących się urządzeń, naprawę kolan, zakupy, sprawdzanie literówek, wiarę we mnie, ocieranie nosa, gdy było ciężko i kopanie w tyłek, kiedy było jeszcze ciężej. Nie dałabym rady bez Was ♥

Bazanek ma dwie matki chrzestne, które namawiały mnie na książkę od wielu lat. --->Katachreza uzmysłowiła mi, że młodzieżówki to jest to, w czym czuję się najlepiej, a bohaterów i tematy mam w domu postaci Mata i Mima, --->Bebe od zawsze równolegle mówiła to samo.

Ojcem Bazanka jest Kaczka. Akuszerkami Ela Wasiuczyńska, Jarecka i Alcydło Kr.

Podziękowania dla Kaszmirowej, Kaliny, Diabła w buraczkach, Izabelki, mRufy, Kanionka, Momarty, Dorotki, mojej Madzi PS, Magdy G., Ani, Kingi, Marcina, Mariusza.

A największe podziękowania wkładam do maczanego w słonecznej herbacie dzioba kosa i wysyłam w podniebną drogę na południe. ♥ DZIĘKUJĘ ♥



Wieprzu - dziękuję. Odrzucamy człony rakiety!

3... 2....1....0.... 

START!!!!!!!!!!





Tym, którzy nie lubią młodzieżówek (chociaż chyba tu nie ma takich?), powiem na ucho, że jesienią* ukaże się też mój zbiór opowiadań dla dorosłych :) Chyba jeszcze nikt nie zrobił czegoś podobnego, bo partner jest zacny i szacowny!

*a może wiosną

środa, 26 kwietnia 2017

(240) Siała baba mak

     Powoli kończy mi się zapas liter, które noszę w środku. 

     Jestem jak dwustronna łodyżka maku. Na jednym końcu pusta makówka, w której grzechoczą ostatnie ziarna, owoce sezonu który mija. Pisałam maczkiem, pilnie. Orałam białe pola stron, siałam historie. Wypisałam cały atrament z klawiatury, aż mnie pióra bolą. Jestem obolała i chcę zasnąć makowym snem.

     Z drugiej strony łodyżki jestem zielonym i prężnym pąkiem, z pulsującym sokiem pod omszoną skórką i jeszcze złożoną czerwoną, pomarszczoną spódniczką, która tylko czeka na to, by wysunąć się z futerału i rozkwitnąć szkarłatem. Czekam na plony. Jestem pełna nadziei i nie chcę zasypiać. Szkoda czasu, trzeba w końcu urodzić samą siebie. To ja jestem początkiem do każdego celu.


     Ostatnio jestem bardzo do środka, podszewką do góry. Strasznie przyklejają mi się do niej paprochy świata, z których w środku toczę perły jak beczki. Toczę beczki śmiechu, czasem toczę łzę i wojny.

Zobaczymy, jak to się potoczy. Bądźcie ze mną ♥





środa, 8 marca 2017

(238) Wyznanie z okazji Dnia Kobiet

     Zdarzyło mi się pewnego razu, że byłam z koleżanką w kawiarni. Przy stoliczkach siedziały grupki ludzkie w konfiguracji liczebnej miłej memu sercu, czyli zazwyczaj pary. Układ doskonały, wymagający skupienia wyłącznie na drugiej osobie, więc można oddać się jej całkowicie, ale tez mieć do niej całkowity dostęp. Oczywiście czasowo, werbalnie i atencyjnie, chociaż jak stoliczek jest odosobniony, to kto wie. 
      
     Tworzyłyśmy grupkę płciowo niezróżnicowaną, natomiast obok nas, zupełnie blisko, tak na odległość sterczącego na skórze włosa, siedziała para mieszana. Na oko i ucho trochę jakby zakochana, znająca się od niedawna, to widać. Pan około pięćdziesiątki, nawet trochę po, w okularach, łysiejący, siwiejący, z brzuchem, więc wszystko klasycznie, a obok niego trochę młodsza partnerka, okulary, pierwszy siwy włos pokryty szczelnie farbą, więc też wszystko jak należy. Para sączyła białe wino, z ich ust sączyły się zdroje elokwencji, erudycji i czego tam jeszcze na e, na zmianę z pocałunkami, które są na p. Wsiąkali w siebie wzrokiem, słuchem, uczynkiem i zadbaniem. I nagle nad ich głowami zafurkotało zdanie, które drapie me wnętrze do tej pory, a które wypłynęło z ust pana, wybrzmiewając tak:
- Ach, jaka ona jest fajna ta nasza koleżanka, mam z nią wspólne zainteresowania. Mógłbym z nią być i może byłbym.- rzekł. Po czym chyba się zreflektował, że to faux pas i dodał - oczywiście, gdybym Cię nie znał i nie był z Tobą - spojrzał na panią gorąco i zdziwił się okrutnie, że pani spuściła oczy i wbiła wzrok filiżankę, bardzo długo mieszając jej zawartość i zagryzając wargę.
- Nie mówi się takich rzeczy kobiecie, z która jesteś - powiedziała.




     A mnie się zrobiło tak... No właśnie, jak? I drugie pytanie do Was - co zrobiła pani?

Wszystkiego najlepszego, Kochane! Bądźcie silne, dobre, samodzielne i piękne, czyli nie zmieniajcie się! ♥ Ja tam lubię Dzień Kobiet :)

środa, 22 lutego 2017

(237) Maskara

     Zakrawa wręcz na cud miary tego w Kanie fakt, że piszę post raptem dwa dni po poprzednim. Nie przetrzymam Was tym razem ani w miesięcznym rozkroku, ani w napiętym oczekiwaniu, kiedy coś się tu pojawi. Ale muszę napisać teraz, bo sprawa nie cierpi zwłoki. A zwłoki nie cierpią spraw zaległych. Zwłoki nie cierpią, poprzestanę na tym.  
     
     Otóż dostałam ulotkę z firmy kosmetycznej Y, w której cyklicznie zaopatruję się w kosmetyki, w tym tak zwane kolorowe (cykl wynosi jakieś dwa i pół roku) i oko swe zawiesiłam na towarze powoli deficytowym w mym koszyczku, mianowicie na tuszu do rzęs zwanym maskarą. Nie używam terminu maskara, żeby słowo nie stało się ciałem, ponieważ mnie nazwa kojarzy się z dwoma kolejnymi: masakrą i maszkaronem. Widocznie to wyrazy bliskoznaczne. 

     Cóż wyczytałam w ulotce? Czuję podśluzówkowo, że płoniecie żądzą poznania tej tajemnicy. Otóż pierwszą część czytam gładko, mój wzrok mizia literki w takim ekwilibrystycznym układzie: Tusz zwiększający objętość rzęs 360 stopni z proteinami migdała. I tutaj następuje pierwsze zawieszenie zwojów, nawet wielokrotne. Objętość rzęs? Zwiększa? No dobra, o ile procent? Nie procent?! Stopni?! Jak się mierzy objętość rzęs? Wszystkich? Jednej? Chodzi o grubość pojedynczej rzęsy, tak? Wytłumaczcie mi, proszę Ale dlaczego w stopniach? A może te 360 stopni wycięto w tym jednym migdale? Stopnie z proteinami. Fakt, jestem blondynką, w dodatku, na moje nieszczęście naturalną, a więc wrodzoną i może dlatego do mnie to nie dotarło aż tak wyraźnie jak to, co przesylabizowałam potem: Efekt otwartego oka 360 stopni. Hmmm. Szok i niedowierzanie, jak mówi Mat. Maluje się tym oczy na powiekach, kiedy się śpi w pracy? Aż boję się wyobrazić, co się musi dziać z powiekami za gałką oczną. Bo one chyba uciekają do tyłu, skoro cała gałka, czyli kula 360 stopni jest na wierzchu? I to ma mnie upiększyć? I to za 25,90? Może się skuszę... Zauważyłam, że zaczynają mi opadać powieki.  

Oryginalny japoński patent.Nie trzeba konturówki.
Źródło zdjęcia ginie w mrokach dziejów i internetu.

      Po tym odkryciu na miarę Indii, które okazały się Ameryką, od razu przeczytałam całą ulotkę bardzo dokładnie, czego nigdy nie robię, w poszukiwaniu innych kuriozów. Ale nie, nie znalazłam niczego szczególnego. No, może zafrapowała mnie trochę Praktyczna kosmetyczka na weekendowy wyjazd i nie tylko. Po zapoznaniu się z wymiarami zauważyłam zgryźliwie, że mogłabym ją faktycznie, wziąć na wyjazd, ale w charakterze torby na ekwipunek, nie kosmetyczki i nie na weekend, ale na co najmniej tydzień. Boję się teraz pomyśleć co można targać na dwutygodniowy urlop w Kenii. Dlaczego akurat w Kenii? A nie wiem, to pierwszy kraj, który skojarzyłam z dwulitrową flaszką repelentu. 

Ale wiadomo przecież, że ja nie potrzebuję upiększeń! Proszę, dowód! Tak mnie zdybano na plaży!


Ela Wasiuczyńska

sobota, 31 grudnia 2016

(234) Ostatnie dywagacje w 2016

     Każdego roku człowiek chce być lepszy, zrobić więcej, coś poprawić. No, powiedzmy... Więc piszę ten post, by pozostawić w archiwum o ten jeden więcej, niż w roku za chwilę ubiegłym. Czysta kalkulacja, podnoszenie własnych rankingów, gównie po to, by ponieść skarlałe blogerskie morale. Jakież to niskie pobudki!

     Jak to bywa zwykle na przełomie lat, znowu zarejestrowałam to samo - że rokrocznie mam zaskakująco pozytywny horoskop, chociaż powinnam napisać jednak zażalenie, bo mój kawałek zodiaku był w tym roku momentami horroskopem, ale na szczęście tylko z jednej, jesiennej strony. Poza tym powiedzmy roboczo, że raj, nenufar na tafli jeziora, ptasie mleczko i delicje, trochę tylko przeterminowane. Mógł mnie czekać przecież laparoskop, albo, co gorsza, kolonoskop. Więc, reasumując, przyjmijmy, że jestem z horroskopu  umiarkowanie zadowolona.

     Rok 2017 będzie lepszy, to akurat jest pewne. Muszę powymieniać gumki w rajtach, Wam też to radzę, bo ciśnienie podskoczy nam do 1020 hektopascali, a nie wiem czy wszyscy mamy tak elastyczne naczynia. 
Tu mogę gładko nawiązać do poprzedniego posta i zakomunikować, że, choć trochę wody w Warcie upłynęło, to butelka czerwonego wina w dalszym ciągu jeszcze nie świeci pustką, co więcej daleko nam do dna. W każdym znaczeniu na szczęście. Ale przecież nie wyleję, nie? Poumartwiam się trochę, największa radość z alkoholizowania się będzie jak nareszcie kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, skończę tę butelkę. Podejrzewam już nawet, ze ktoś złośliwie przekleił etykietę i to wcale nie jest wino, tylko ocet balsamiczny albo, co bardziej możliwe, jabłkowy. Czasem wręcz jestem pewna, że to bejca do drewna z perhydrolem. Jak to człowiek ma tendencje do samobiczowania się ze skąpstwa. Dociągnę  z tym winem do Wielkiego Postu i dzięki temu już mam zaklepane miejsce w niebie. Ha! Główka pracuje!

A pracuje ciągle, bo kiedy tak sobie cierpiałam, a trwa to zawsze wieki, wymyśliłam szereg udogodnień dla ludzkości. Na przykład, hit Sylwestra i wieczorów panieńskich - czopki musujące. Oraz, uwaga, dziewczęta, takież globulki. I czekolada w iniekcjach.

Zafrasowałąm się także nad pokręconą etymologią i kalectwem językowym słowa ŚLISKO. Dlaczego mówi się ŚLIZGAWICA, POŚLIZGAĆ SIĘ, co się u licha dzieje z tym S i K?  Serdecznie współczuję zagranicznym studentom polonistyki, to wzruszające, ze tacy istnieją. Czysty heroizm.

Takie myśli krążą nad kieliszkiem z tą barwną cieczą o zapachu sfermentowanego moczu łasicy, która jednakowoż jest najpewniej utoczoną w odrażający sposób wydzieliną jakichś owadów lub,  co gorsza, skąposzczetów. Żaden ssak nie chce tego ssać. A ja muszę! Ale potem życie moje wyda mi się kolorowe jak bollywoodzki film, czego i Wam życzę.

Udręczona planuję zajęcia i wydarzenia na rok 2017, mam już zapełnione 228 dni, więc gdyby ktoś się chciał jeszcze ze mną spotkać, to proszę klepać mnie po terminach.

I co by tu jeszcze..

No, mogłabym tu napisać o czym marzę i śnię w 2017, ale nie będę obnażać przyszłości, po prostu sami zobaczycie co mi się zmaterializuje. Na razie zmaterializowały mi się makowiec i mieszanka wedlowska i to w sposób bardzo symptomatyczny dla szwów moich spodni.  Reszta okaże się niedługo. 

     I na koniec muszę się do czegoś przyznać, mianowicie, że bardzo nie lubię Sylwestra. Zazwyczaj w Sylwestra jestem uwiązana łańcuchem do kaloryfera i z jakąś rzewno-dekadencko-irytującą nutą obserwuję rozbłyskające w oddali iluminacje. Miałam to zawsze, od dzieciństwa, to nostalgiczne wrażenie, ze cały świat się bawi, tylko mój się wali. Takie jakieś smutne ciągnięcie za nerw duszy. Samotność, pustka, żal, jakiś dziwny zlepek uczuć, mimo, że dookoła ludzie. Zero beztroskiej radości kapiącej z TV. Hm. Po latach dowiedziałam się, że moje odczucia są raczej typowe. Albo mnie pocieszacie?


Srebrne żywe lisy, migotliwa aura, malnięte oko
 - czyli wizualny poradnik jak to bez wchodzenia z domu
stwarzać pozory szampańskiej zabawy.
Coś jak Sylwestrowa Noc z Polsatem w kapciach. 



Kochani Czytacze!

Niech 2017 obsypie Was szczęściem, dobrem i miłością,
nie dajcie się złemu światu!



piątek, 28 października 2016

(231) Hodowcy ptaków

     Rzadko mam okazję się zajechać. Fizycznie zajechać, tak do zmęczenia mięśni, drżenia ud, pustki w głowie i padnięcia na pysk. Zajadę się, myślę, z głową, bo nie na śmierć, pójdę z centrum ze dwa przystanki per pedes. Jak się zajeżdżać, to tylko piechotą.

    Przystanki. Jeden, dwa, trzy. Zgiełk, pisk tramwajów. koła turkocą po bruku. Cztery, pięć, dziewięć. Trzask drzwi autobusów, mijani ludzie rzucają mi pod nogi bomby z opóźnionym zapłonem, wybuchając śmiechem ranią uszy. Brnę dalej, dalej. Po entym staję na moście. W oddali dachy, po których chodziłam, gdy byłam jeszcze młoda, jakoś latem. Nad nimi blaszane, pomięte chmury. Patrzę na leniwie pełznący nurt rzeki, na stalowe języki liżące betonowa nieckę. Opieram się o barierkę i trzymam zimną poręcz, jakoś się trzymam. W piersiach czuję trzepot i rozdzierający ból. Mój ptak orze dziobem moje wnętrzności. A ja nie mogę nic zrobić, więc patrzę, pocę się na zimno i blednę z bólu. Panta rhei, rzeka i krew, jakie to pretensjonalne, że właśnie teraz. Pełen dramatyzm chwili, he. Rozpinam się i macham skrzydłami swetra, ale jakoś nie odlatuję jeszcze. Ból odpływa w niebyt, odzyskuję oddech, wchłaniam w siebie pot i z powrotem nabieram łyżką na twarz trochę kolorów jesieni. (Pamiętasz, co ma wspólnego łyżka z jesienią? Je się nią).

     Idę dalej, ze dwanaście już, rzeka zostaje daleko za mną, przede mną jezioro, w głowie przyjemny przeciąg, a w nogach kilometry. Z szumu samochodów wpadam w szum liści. Powoli zanurzam się w mój szeleszczący świat. Zieleń wybrzmiała tu ostatnią nutą, złoto i brąz dźwięczą szlachetnie. Idę coraz wolniej, bo w kącik oka wpada cud numer jeden. Nade mną błękitne niebo, choć jeszcze przed chwilą były na nim draperie z wilgotnej brudnej waty. Po lewej szum. Jezioro migoce, jednym brzegiem trzyma fason, drugim lustro; przegląda się w nim szpaler znajomych drzew w złocistej koronie wrośniętych w garbaty pagórek przykryty chusteczką z koca w kratę.

     Siedzi na wodzie. Ptak-cudak. Pierwszy raz widzę tu kormorana. On pierwszy raz widzi mnie. Stoimy cierpliwie obserwując się wzajemnie, bardzo dokładnie i wnikliwie. Uśmiechamy się, wymieniamy zdawkowe dzień dobry na grosze, on sam na boi, ja sama na brzegu się boję. Dwa czarne samotne ptaki ubabrane w złocie i błękicie.
Zostawiam czarnemu w darze worek problemów, naklejam na niego etykietę ze słów i mówię, rób co chcesz, najlepiej utop.

     Lżejsza idę dalej, przechwytuje mnie cieniem klon jawor i zaraz koronuje. A w koronie na mych skroniach miły trzepot piór, maleńkie kropelki spadają z góry i osiadają mi na twarzy. Na gałęzi kołysze się sroka, a nieruchomiejąc zmienia się z nastroszonej szyszki w smukłego eleganta we fraku. Prrrrrysznic, madame! Prrroszę barrrdzo, pokrrrrropię cię jeszcze, bo to takie okrrrropnie fajne.
A ja mam nadzieję, że to jednak tylko woda.
Dziwne te ptaki, dziwaczne spotkania.

     Chłonę słońce i wilgoć przez pory skóry, nade mną pojawia się klucz do nieba. Ogromny, gęgający, pięknie uformowany, jak grzebień w błękitnych włosach. Stoję i patrzę na te ptasie pokazy, mkną równiutko, na wschód, jak strzałka na mapie. Pokazują kierunek, bo na zachodzie przecież ciągle bez zmian. Trzeba mi zatem na wschód.

    Słońce, kormoran, sroka i klucz. Woda, niebo i powietrze. Wiem, że będzie dobrze, wszystko ma stać się wolne. Powoli. Oddycham.
     Staję w lesie, słońce przenika świetlistymi pasmami na ukos między drzewami, aż do wilgotnej ziemi, której wstrzykuje energię na wiosnę. Liście spadają do mych stóp, wirując obłędnie. Zadzieram głowę, tnę nosem złocone niebieskości i wiem co muszę zrobić.

Odpinam sweter, otwieram klatkę. Leć!

Nie wzbija się, nie trzepocze skrzydłami. Patrzę zdziwiona w swoją ciemna czeluść, że nie orzeł, nawet nie sowa. Na ziemię z otwartej piersi wypada mała kolczasta kula. Tupta pod stertę liści i zagrzebuje się w niej.

Wcześniej ktoś w ten sposób wypuścił kormorana, który nurkował w przeszłości i wyławiał ościste ryby.
Chytrą srokę co piekła żywym ogniem i warzyła kaszę.
Pęk kluczy do szczęścia i sukcesu, który nie zakwitł.


Jest mi lekko i nie kłuje.

Kormoran przestanie łowić i rozpruwać żyły.
Srocze łzy wyschną i przestana piec.
Klucze wszystko otworzą.

A kolczasta kula obudzi się wiosną gdzie indziej.

Na wschodzie zmiany.