Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychodne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychodne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 lipca 2018

(266) Kadr dnia - małe rzeczy Natury



     Siedziałam na zarośniętym łonie natury, odizolowana od jej bezwstydnej bliskości jedynie mikrometrem bawełny letnich majtek i folią bąbelkową. Bezpośredni kontakt naszych fizyczności eksplodował przy każdym ruchu dobiegającym spod pośladków  wstydliwym pyk! pyk!
Nie wiem, gdzie natura ma swoje pośladki, przypuszczam, że albo w Bieszczadach, bo one są tak ułożone pośladkowo, wypięte drzewiastymi półdupkami do słońca, albo w Tatrach, tuż pod Giewontem, bo nad nimi krzyż.
     Ale z całą pewnością wiem, gdzie Natura ma twarz. Patrzę w nią, a ona patrzy w niebo, marszczy wodne czoło, a tuż pod jego powierzchnią przepływają myśli jak szybkie okonie. Raz po raz pomiędzy zmarszczkami odbija jej się słońcem i chmurami. Latem jest ciągle pijana od barw i zapachów.

- Pyk! Pyk! - odpowiedziała uwalniając spod wody sznureczek bąbelków.

Ciekawie mówi - wstając, odklejałam nieśpiesznie folię z pośladków. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, że wyglądam tam teraz pięknie, niczym biedronka siedmiokropka do kwadratu, gdy zjawił się przy mnie ON.

- Bardzo ciekawy wzorek - zagaił i znikł za szuwarami. Był nędznej postury, na perkatym nosie dźwigał wielkie okulary, a na wąskim odwłoku wytarte dżinsy.

Pojawiał się to tu to tam, wychylając głowę znad szuwarów i chowając się za drzewem. 

Hej, myślisz, ze będę się z tobą bawić w ciuciubabkę? Nie ze mną te numery, jestem na to za stara. - Odwróciłam wzrok, bo co się będę z młokosem ścigać, trawa wszak taka kłująca, piasek drapiący, kamyki boleśnie odciskają piętno na piętach. 

- No chodź do mnie, duszko! Chodź! Pocałuję cię w uszko! - droczył się dalej, to padając w trawę, to przysiadając na chybotliwych drewienkach. 

Co za idiota, doprawdy. 

Podeszłam bliżej, a Natura zaciumkała błotniście i liznęła mnie mokro w stopy. Poczułam jak moja skóra robi się dla mnie za duża. Kurczyłąm się i bardzo mnie swędziało pod łopatkami. Chciałam się podrapać, ale kątem oka zauważyłam, że nie mam już rąk, tylko przezroczyste skrzydła. 

No, dobra, jest nieźle, pinglarzu. Tu kwiatek, a tu ty, ok. Kieszonkowe rzeczy, które Natura kitrała po kątach, stały się wielkie. 
A co to dopiero będzie, jak się zaręczymy pierścieniami makro! 


To ON. Samiec ważki rudej, na moje oko.




Tężnica wytworna




sobota, 14 lipca 2018

(265) Kadr dnia - święty, święty




Wracałam z Mimem do domu, gdy wtem!

Jan Chrzciciel wydawał się znużony czekaniem. Dwa tysiące lat z hakiem to nie przelewki. Zmieniła się moda, pojawiły smartfony. Jordan jakiś wąski teraz, w betonowej niecce, pod sznurek, tak jak chcieli hydrotechnicy. A może nie chcieli, tylko tak im wyszło. 
Ludzie się nie garną, każdy zajęty jest swoimi sprawami, a jakby im podsunąć pod nos drzazgę z drabiny jakubowej, to powiedzą, że na stacji drewno za 9,90, sto razy lepsze i spieprzaj, dziadu. 

- Czekajcie, ja wyduszę wam tego diabła spod skóry. Trzeba zmyć komuś głowę na to, co się dzieje na świecie i w mieście - wojny, gwałty, góry śmieci, obojętność, Święty Marcin rozkopany. Woda w chrzcielnicy już podgrzana, by nie wywołać szoku termicznego - myśli sobie, wspierając się o udo. - Jakoś ciągle nie widać, tego, który maczał w tym wszystkim palce. Jeździ osiemnastką czy jedynką? Przyjedzie? Pewnie jest zabiegany. Na tafli wody.
Poczekam, mam czas, ławkę i reklamówkę z chlebem.

środa, 8 marca 2017

(238) Wyznanie z okazji Dnia Kobiet

     Zdarzyło mi się pewnego razu, że byłam z koleżanką w kawiarni. Przy stoliczkach siedziały grupki ludzkie w konfiguracji liczebnej miłej memu sercu, czyli zazwyczaj pary. Układ doskonały, wymagający skupienia wyłącznie na drugiej osobie, więc można oddać się jej całkowicie, ale tez mieć do niej całkowity dostęp. Oczywiście czasowo, werbalnie i atencyjnie, chociaż jak stoliczek jest odosobniony, to kto wie. 
      
     Tworzyłyśmy grupkę płciowo niezróżnicowaną, natomiast obok nas, zupełnie blisko, tak na odległość sterczącego na skórze włosa, siedziała para mieszana. Na oko i ucho trochę jakby zakochana, znająca się od niedawna, to widać. Pan około pięćdziesiątki, nawet trochę po, w okularach, łysiejący, siwiejący, z brzuchem, więc wszystko klasycznie, a obok niego trochę młodsza partnerka, okulary, pierwszy siwy włos pokryty szczelnie farbą, więc też wszystko jak należy. Para sączyła białe wino, z ich ust sączyły się zdroje elokwencji, erudycji i czego tam jeszcze na e, na zmianę z pocałunkami, które są na p. Wsiąkali w siebie wzrokiem, słuchem, uczynkiem i zadbaniem. I nagle nad ich głowami zafurkotało zdanie, które drapie me wnętrze do tej pory, a które wypłynęło z ust pana, wybrzmiewając tak:
- Ach, jaka ona jest fajna ta nasza koleżanka, mam z nią wspólne zainteresowania. Mógłbym z nią być i może byłbym.- rzekł. Po czym chyba się zreflektował, że to faux pas i dodał - oczywiście, gdybym Cię nie znał i nie był z Tobą - spojrzał na panią gorąco i zdziwił się okrutnie, że pani spuściła oczy i wbiła wzrok filiżankę, bardzo długo mieszając jej zawartość i zagryzając wargę.
- Nie mówi się takich rzeczy kobiecie, z która jesteś - powiedziała.




     A mnie się zrobiło tak... No właśnie, jak? I drugie pytanie do Was - co zrobiła pani?

Wszystkiego najlepszego, Kochane! Bądźcie silne, dobre, samodzielne i piękne, czyli nie zmieniajcie się! ♥ Ja tam lubię Dzień Kobiet :)

piątek, 28 października 2016

(231) Hodowcy ptaków

     Rzadko mam okazję się zajechać. Fizycznie zajechać, tak do zmęczenia mięśni, drżenia ud, pustki w głowie i padnięcia na pysk. Zajadę się, myślę, z głową, bo nie na śmierć, pójdę z centrum ze dwa przystanki per pedes. Jak się zajeżdżać, to tylko piechotą.

    Przystanki. Jeden, dwa, trzy. Zgiełk, pisk tramwajów. koła turkocą po bruku. Cztery, pięć, dziewięć. Trzask drzwi autobusów, mijani ludzie rzucają mi pod nogi bomby z opóźnionym zapłonem, wybuchając śmiechem ranią uszy. Brnę dalej, dalej. Po entym staję na moście. W oddali dachy, po których chodziłam, gdy byłam jeszcze młoda, jakoś latem. Nad nimi blaszane, pomięte chmury. Patrzę na leniwie pełznący nurt rzeki, na stalowe języki liżące betonowa nieckę. Opieram się o barierkę i trzymam zimną poręcz, jakoś się trzymam. W piersiach czuję trzepot i rozdzierający ból. Mój ptak orze dziobem moje wnętrzności. A ja nie mogę nic zrobić, więc patrzę, pocę się na zimno i blednę z bólu. Panta rhei, rzeka i krew, jakie to pretensjonalne, że właśnie teraz. Pełen dramatyzm chwili, he. Rozpinam się i macham skrzydłami swetra, ale jakoś nie odlatuję jeszcze. Ból odpływa w niebyt, odzyskuję oddech, wchłaniam w siebie pot i z powrotem nabieram łyżką na twarz trochę kolorów jesieni. (Pamiętasz, co ma wspólnego łyżka z jesienią? Je się nią).

     Idę dalej, ze dwanaście już, rzeka zostaje daleko za mną, przede mną jezioro, w głowie przyjemny przeciąg, a w nogach kilometry. Z szumu samochodów wpadam w szum liści. Powoli zanurzam się w mój szeleszczący świat. Zieleń wybrzmiała tu ostatnią nutą, złoto i brąz dźwięczą szlachetnie. Idę coraz wolniej, bo w kącik oka wpada cud numer jeden. Nade mną błękitne niebo, choć jeszcze przed chwilą były na nim draperie z wilgotnej brudnej waty. Po lewej szum. Jezioro migoce, jednym brzegiem trzyma fason, drugim lustro; przegląda się w nim szpaler znajomych drzew w złocistej koronie wrośniętych w garbaty pagórek przykryty chusteczką z koca w kratę.

     Siedzi na wodzie. Ptak-cudak. Pierwszy raz widzę tu kormorana. On pierwszy raz widzi mnie. Stoimy cierpliwie obserwując się wzajemnie, bardzo dokładnie i wnikliwie. Uśmiechamy się, wymieniamy zdawkowe dzień dobry na grosze, on sam na boi, ja sama na brzegu się boję. Dwa czarne samotne ptaki ubabrane w złocie i błękicie.
Zostawiam czarnemu w darze worek problemów, naklejam na niego etykietę ze słów i mówię, rób co chcesz, najlepiej utop.

     Lżejsza idę dalej, przechwytuje mnie cieniem klon jawor i zaraz koronuje. A w koronie na mych skroniach miły trzepot piór, maleńkie kropelki spadają z góry i osiadają mi na twarzy. Na gałęzi kołysze się sroka, a nieruchomiejąc zmienia się z nastroszonej szyszki w smukłego eleganta we fraku. Prrrrrysznic, madame! Prrroszę barrrdzo, pokrrrrropię cię jeszcze, bo to takie okrrrropnie fajne.
A ja mam nadzieję, że to jednak tylko woda.
Dziwne te ptaki, dziwaczne spotkania.

     Chłonę słońce i wilgoć przez pory skóry, nade mną pojawia się klucz do nieba. Ogromny, gęgający, pięknie uformowany, jak grzebień w błękitnych włosach. Stoję i patrzę na te ptasie pokazy, mkną równiutko, na wschód, jak strzałka na mapie. Pokazują kierunek, bo na zachodzie przecież ciągle bez zmian. Trzeba mi zatem na wschód.

    Słońce, kormoran, sroka i klucz. Woda, niebo i powietrze. Wiem, że będzie dobrze, wszystko ma stać się wolne. Powoli. Oddycham.
     Staję w lesie, słońce przenika świetlistymi pasmami na ukos między drzewami, aż do wilgotnej ziemi, której wstrzykuje energię na wiosnę. Liście spadają do mych stóp, wirując obłędnie. Zadzieram głowę, tnę nosem złocone niebieskości i wiem co muszę zrobić.

Odpinam sweter, otwieram klatkę. Leć!

Nie wzbija się, nie trzepocze skrzydłami. Patrzę zdziwiona w swoją ciemna czeluść, że nie orzeł, nawet nie sowa. Na ziemię z otwartej piersi wypada mała kolczasta kula. Tupta pod stertę liści i zagrzebuje się w niej.

Wcześniej ktoś w ten sposób wypuścił kormorana, który nurkował w przeszłości i wyławiał ościste ryby.
Chytrą srokę co piekła żywym ogniem i warzyła kaszę.
Pęk kluczy do szczęścia i sukcesu, który nie zakwitł.


Jest mi lekko i nie kłuje.

Kormoran przestanie łowić i rozpruwać żyły.
Srocze łzy wyschną i przestana piec.
Klucze wszystko otworzą.

A kolczasta kula obudzi się wiosną gdzie indziej.

Na wschodzie zmiany.



wtorek, 25 października 2016

(230) Statek-widmo

     Podkręciłam wąsa, wzięłam dziateczki pod pachy jak rasowy bosman majtki i ruszyłam w kipiel. Kipiel falowała, unosiła nas na grzbietach fal, targając przy okazji fale mych loków i grzywy młodych samców. Raz nie było widać Mata, raz Mima, którzy nurkowali między mackami odmętów ludzkich i wili się jak morskie węże, zmierzając ku wyspom szczęśliwym widocznym w oddali w rejonach oceanu bardzo spokojnego. 
    
     Wyspy szczęśliwe miały ściśle określone położenie geograficzne: rząd 1- miejsce 31, rząd 2 miejsce 31 i 32. Przepływaliśmy naszą szalupą przez gąszcz żywych wodorostów oplatających łydki, by dzięki skurczom partym tłumu osiąść na rafach sali Centrum Kongresowo Dydaktycznego Uniwersytetu Medycznego, tuż przy mostku kapitańskim, na którym za chwilę miał się pojawić bosy ale w ostrogach Wu Cejrowski. 
    
     Morze charknęło mokro i wypluło nas pod scenę. Nasze ruchy stały się coraz bardziej gwałtowne, a myśli zdesperowane, bowiem trzy komplety oczu na naszym wyposażeniu, ujrzały coś strasznego. Byliśmy już nawet gotowi dokonać niecnego abordażu na rząd trzeci, albowiem... rząd pierwszy i drugi okazały się rzędem-widmem! Trójkąt Bermudzki naszych trzech miejsc wciągnął w odmęty niebytu dwa rzędy sali, pozostawiając w wykładzinie wymowne dziury. Dziury, jak to dziury - uparcie milczały, patrząc prosto w sklepienie i to bez najmniejszego mrugnięcia kłaczkiem. Mnie za to drgnęła nerwowo powieka i rozbujała się noga w kolanie, porwałam więc majtki na biodra, torebkę na szyję i pognałam ratować świat, albo przynajmniej wyspy szczęśliwe i pozyskać posiłki, bo słodka woda Mima nie starczyła na długo. Do butelki zamierzaliśmy włożyć list i wysłać go do Kup.Bilecik.pl by puknęli się nią w czółko. Sprzedać miejsca, które nie istnieją - wirtuozi marketingu!

     Niagarą schodów na dół, ziuuu po poręczach, dwa nokauty i osiem farbowanych wielorybów później stoimy już przed rekinami imprezy. Rekiny okazały się mimo młodego wieku bezzębne i niegroźne, a wręcz przyjacielskie i już po krótkiej chwili zamieniły się usłużnie w Szerpów niosących dla nas wyściełane krzesła z podłokietnikami i wygodą w pakiecie. Nie, to co ta biedota z drugiej strony sali - na drewnianych dostawkach! Szerpowie wpuścili nas wejściem dla VIPów, odgrodzonym od fal mózgowych ciżby plastikowym łańcuszkiem, wnieśli 1/3 krzeseł, ponieważ drugi rząd jednak wyłonił się z odmętów jak Wenus z piany. Usiadłam więc przy scenie w fotelu i mogłam niemal dotykać bosych (na wypadek podniesienia się wód) stóp WC.
Nadmienię tylko o pozyskaniu u rekinów informacji o czasokresie niebytu pierwszego rzędu. Mianowicie pochłonęła go nicość 5 lat temu. Pięć. Lat. Temu. 
Ha. 
Haha.
Ha.

No.

Mandacik dla Bilecika.

     Za to  widok z fotela miałam przedni - lewym okiem patrzyłam na kapitana Bosa Nova'k, prawym na całą salę, dzięki zezowi rozbieżnemu nic z rejsu mi nie umknęło; co więcej - nasz kąt zdołał przemycić kilka celnych ripost słownych, ośmielony tym moim tronem, wiecie. Byt kształtuje świadomość i tępi zmysły, a odwaga w ławicy szprotek ryczy lwem. Zwłaszcza, że wkoło ciemno, a WC oślepiony szperaczem. Zero ryzyka.

     Po rejsie spłynęliśmy w dół, by pobrać autografy, a jako, że jest to już nasze trzecie spotkanie z WC, Mim ośmielił się zadać pytanie o ulubione zwierzę (zapach bydła plus szop pracz, ponieważ jest zabawny), a ja - gdzie pisze książki - w RP czy USA (w USA, ponieważ tam ma spokój. Hmm). Mat jak zwykle nie zapytał o nic, tylko pobrał autograf i zdjęcia. Zdjęcie robiłam ja, więc jest poruszone. Mamy więc imperatyw, by powrócić za rok.

2013, Wojciech Cejrowski w Zamku za zasiekami ludzkimi.
Jak widać, świecką tradycją zdaje się być nieostry osąd sytuacji.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co? 

niedziela, 22 maja 2016

(209) Ławeczka

Cierpię. 
Cierpię na zatwardzenie twórcze. Wyjałowiłam się z mikroflory blogowego płatu mózgu. Brakło mi pożywki, na której spleśniałabym malowniczo i nawiozła sobą ten ugór. Wybaczycie?

     Muszę się do czegoś przyznać. Z powodu tej twórczej niemocy wpadłam w nałóg. Nałóg trzyma mnie od bodajże kilku tygodni, każe wychodzić z domu i spotykać się z dilerem. Kupuję od niego kilo i idę na ławeczkę, by pozażywać przyjemności graniczącej z rozkoszą. Przyjemność jest wielopoziomowa. Truskawki mają boski aromat, takąż konsystencję i smak. Owoc doskonały. Siedząc na ławeczce mogę oddać się kilku przyjemnościom równocześnie. Nie mam małych dzieci, więc siedząc niedaleko piaskownicy nie muszę martwić się, że podczas sprawdzenia, czy mam w torebce klucze, zawieruszę najmłodsze dziecko pod hałdą, a wieczorem z powodu braku niepokojących odgłosów, będę miała wrażenie, ze o czymś zapomniałam... mogę spokojnie obserwować nie swoje dzieci, wózki i akcesoria, a potem po prostu, ot tak, wstać i mieć wolne ręce i głowę. Mogę zamknąć oczy i nie bać się, że kiedy je otworzę, krajobraz będzie pozbawiony owoców moich lędźwi, które wychowuję dużym nakładem rodzicielstwa i finansów. Ale nawet teraz łapię się na tym, że w papierowej torebce szukam owoców tych mniejszych, bardziej zielonych, z niedoskonałością, te najdorodniejsze i czerwone zostawiając dla nich. Brzemię macierzyństwa wbija się w kark w najmniej spodziewanych momentach. 

     Siedzę więc tak, łącząc płynnie krew z owocem i zszywam błękit nieba z tym, co mam pod powieką. Czerwone do czerwonego, niebieskie z niebieskim. Omiatam wzrokiem pieska w abażurze i łapką w zielonym gipsie. Czego to weterynaria nie wymyśli! Dzieci bawią się na boisku, dorośli noszą siatki z chlebem naszym powszednim, gołębie robią kupy, wszystko na ziemi przesuwa się miarowo i przewidywalnie jak igła po płycie.

     Maźnięciem oka zaniebieszczam sąsiednią ławkę, na której, o raju!- same koronki. 

    Staruszeczki siedzą lekko nachylone ku sobie. Złote słońce wylewa na nie swą ciepłą poświatę. Obie delikatne, z białymi loczkami. Wokół ciał muślinowe falbanki, delikatne gipiurki, beżo-biele i kość słoniowa pod białą skórą. Wokół ławeczki lśniło srebrzyście promieniami pajęczych nitek. Głosy miały ciche jak srebrne dzwoneczki przy saniach. Ich świat miał może jakieś metr pięćdziesiąt średnicy i kręcił się wolniej niż nasz. Były w jego wnętrzu, stąpając po jego powierzchni od środka i napędzając go siłą własnych mięśni oddechowych.

    Siedziały tak zanim przyszłam i siedziały jak odchodziłam. Jak w poczekalni przed schodami do nieba. Daję słowo, że pod białymi sweterkami poprawiały skrzydła.
Myślałam, że nazajutrz spotkam je ponownie, żeby zobaczyć, czy są jeszcze bielsze i bardziej przezroczyste niż były dzień wcześniej. 

     Słońce tak samo złociło powietrze, niebo było tak samo błękitne. Ale spóźniłam się chyba, bo na ławce leżało jedynie kilka piór. 


poniedziałek, 9 maja 2016

(208) Skorpion miesza nogami w garze męskich zmysłów!


     Na początek wszyscy niech staną pod ścianą i wyznają mi szczerze jak nad grobową deską, kto mi zabrał te moje 60 milionów? Bo, że kolektura lotto mnie oszukała, to wiem. Ale ktoś był w zmowie, przecież te worki musiały być naprawdę ciężkie.
     Co byście zrobili z taką ładną, tłuściutką sumką? Nawet jedna trzecią sumki? Tej bez ości, od ogona? 

     Och, ja bym najpierw oszalała, potem wyleczyła zawał własny, czubkiem buta popchnęłabym ciała padłych trupem denatów, by wkulnęli się do dołka, ciała kazała zakopać suto opłaconym grabarzom i dla pewności przywalić drogim, a ciężkim marmurem. Po tym wstępie zassałabym grosiwo i wypluwała je wąską strużką w miejscach egzotycznych i kuszących. Co z pozostałą sumką mojej jednej trzeciej, czyli z 19 milionami, nie wiem. Na pewno jesteście w potrzebie, co? Ktoś mądrzejszy ode mnie bardzo rozsądnie stwierdził, że pieniądze szczęścia nie dają, ale rozwiązują wiele problemów.

     Apropopo problemów pierwszego świata. Pragnę nadmienić, że odzyskałam swoją odzież. Nie, żeby mi ją ukradli na basenie, ale radość podobna, bo znowu się w nią mieszczę. Od razu skojarzyłam fakty, kiedy to obywatelka Wasiuczyńska zdradziła mi swojego czasu sekret wzbudzenia szczerego zachwytu nad własnym zdjęciem. Jest bowiem faktem niezbitym, że podoba nam się co dziesiąte zdjęcie własne. Żeby polubić pozostałe dziewięć, należy je schować przed samą sobą na jakiś czas, dajmy na to na dekadę. Po dziesięciu latach wyjmujemy je i nadziwić się nie możemy własnej urodzie! To samo, znam to z empirii, funkcjonuje z wagą. Otóż wróciłam z dalekiej zsyłki wewnętrznej do granic rozmiarówki i wróciłam w swoje własne spodnie sprzed półtora roku. Moja banicja nie trwała dekady, co za radość! Za dekadę bowiem nie będę już chodzić w sukienkach, chociażby dlatego, że mi nie wejdą na gorset ortopedyczny. A sukienki mają przecież MOC!

     Odbyłam dziś piesze tournee długości kilku kilometrów odziana w sukienkę długości mini i zrobiłam furorę! Zatrzymałam się przy kiosku Ruchu z groźnie wycelowanym w kioskarkę Magnum o smaku waniliowym w białej czekoladzie z zamiarem nabycia kart piłkarskich, gdy wtem za moimi plecami przystaje samochód rasy peżo wypełniony po brzegi płcią męską brocząca młodym testosteronem. Kończyny górne gibały im się na boki w gestach powitalnych, kąciki ust nawijały sie na uszy, a głowy, słowo, były na sprężynach. Ręce wychynęły poza kontury wozu i machały, wyraźnie do mnie, mimo, że twarze były mi całkowicie nieznane. Odmachiwałam im zapalczywie, a co!

     I wyobraźcie sobie, wczoraj (również sukienka mini, lecz inna) zrobiło mi się to samo! Co chwila podchodził do mnie osobnik płci raczej męskiej i mówił dzień dobry. I tak każdy z piątki podpierającej płot. Potem cyklicznie, w ustalonej w poprzedniej turze kolejności, pytano mnie która godzina. I zaprawdę, powiadam Wam, najmniej ważnym był tu fakt nieposiadania przeze mnie zegarka i braku informacji zwrotnej, a zarazem głównej.



     W obu przypadkach byłam bardzo zadowolona poziomem erupcji własnej furory! Wszystko ma jednak swój koniec. W pierwszym przypadku samochód pojechał w siną dal, ale jeszcze przed zakrętem zobaczyłam, jak rodzice uspokajają swoich synków, a w drugim - zadzwonił dzwonek, oznajmiając koniec przerwy w osiedlowej podstawówce.  


niedziela, 20 marca 2016

(204) Lot nad miastem

     Z zaskoczeniem stwierdziłam, że na wiosnę odrosły mi nogi. Przeniosłam wzrok z zagłębień ud na peryferyjne pięciolinie palców, które zakwitły już dojrzałą czereśnią na paznokciach. Do-re-mi-fa-sol! O sole mio! Nareszcie słońce. Zwinęłam skrzydła pod ciepłym swetrem i  poleciałam.
   
     Latałam wysoko pomiędzy kamienicami, zaglądając do talerzy siedzącym w ich oczach ludziom. Widziałam z góry dziury w chodnikach, trawniki bez trawy, gąsienice ludzkiej ciżby na zebrach, psy na smyczach z przyczepionymi do nich szczekającymi ludźmi. Obniżyłam loty, by z ulicznymi grajkami i żebrakami zagrać w monetę. Tym razem wygrał zarośnięty młodzieniec koło czterdziestki. Z uśmiechem ukłonił się pięciozłotówce łączącej złotym łukiem moje palce i futerał na gitarę. O mało nie wpadłam pod kare konie galopujące pod maską niskopodłogowego krążownika szos, którego okiełznywał chłopak niewiele starszy od mojego syna. Prrrr! Fruwać jest jednak łatwiej.
    
     Omiotłam wzrokiem odrapane elewacje, zachwyciłam się kolorowymi szybkami nad bramami, furkotałam przez dłuższą chwilę na opustoszałym przystanku, po czym śmignęłam z wiatrem wzdłuż ulicy. Spojrzałam w okno pubu, którego już nie ma od lat. Przy moim stoliku zobaczyłam uśmiechniętą blondynkę grającą z grupką przyjaciół w Ryzyko. Uśmiechnęłyśmy się do siebie. Chciałam jej jeszcze powiedzieć, żeby nie zakochiwała się w tym brodaczu na amen, że  ale mój czas się skurczył w 20C.
    
     Wciągnęło mnie do tramwaju. Jak tu jasno, cicho i ciepło. Poprawiłam skrzydła i usiadłam pod oknem. W zużytym powietrzu wirował kurz. Grzałam tak pączek głowy, opierając ją o ścianę szklarni i kwitłam. Zasłoniłam powieki, wyjmując zza nich wszystkie ziarna ciężkorozumnych myśli. Położyłam je na kolana. Pokulały się z cichym tur-tur ku starszej pani z wózkiem na zakupy, zahaczyły o młodzieńca z zakolczykowanymi ustami, omiotły młodego mężczyznę ze stygmatami życiowej niedorajdy. Zaczęły wrastać we mnie. Rozmowy za moimi plecami, do tej pory mgliste i bezkształtne,  nabrały rysów i soczystości. Spoza barykady sprośnego śmiechu czterech młodych mężczyzn strzelało krótkimi seriami zdań:

- No i lizałem się z tą świnią!

-Buhahahaha!

- A miała mokro?

- A chuj wie. Buhahahaha!

     Rykoszetem dostali wszyscy. Krew wylała się na ich policzki od wewnątrz. Mój pąk zakwitł karminowym makiem zasiał.



piątek, 21 sierpnia 2015

(184) Platformówka na trzy życia


     Dziedziniec otoczony wałami i ostrokołem. W budce strażniczej rozgotowany w upale halabardnik. Zadzieram głowę i przypatruję się wielkiej zwalistej budowli sięgającej chmur. Zamek błyska w bezlitosnym słońcu niezliczonymi kryształkami okien; nie widzę, czy ktoś patrzy i kiwa do mnie, czy to tylko gra światła i cienia.

    Mijam dziedziniec, ignorując pociągającego z bukłaka halabardnika, a brama sama rozchyla się zapraszająco jak usta kochanki. Tuż za nią, na posadzce, narysowana białą kredą gra w klasy. Pod szklanym dachem patio nie wita mnie śpiew ptaków, choć zauważam kilka szarych kos na tle błękitu. Mrugam kilkukrotnie. Kosów.
     Ale nawet, gdyby fruwały po tej stronie, ich trele i furkot skrzydeł zagłuszyłby szept ludzkiej ciżby, przetaczającej się wolno pełzającymi po kamiennej posadzce tasiemcowymi napęczniałymi kolejkami. Targ wymienny trwa w najlepsze. Za karteczkę i numerek inna karteczka i numerek - przepustka do drugiego etapu. Muszę cofnąć się o trzy pola i wylosować swój. Trzymając go w ręce, po odczekaniu karnej kolejki, dostaję zielone światło, z tym, że błyskające na czerwono. Mogę teraz podejść do okienka i wymienić papierki na numerki. I odwrotnie. Numerek działa. Okazuje się jednak, że mój papierek nie jest prawidłowy, nie uprawnia mnie do niczego, cofam się więc o trzy pola z zadaniem zdobycia odpowiedniejszego papierka. W tym celu udaję się do innego królestwa, dobrze, że na zewnątrz panuje upał, a halabardnik ma zmrużone oczy. Omijam go dwukrotnie - w tę i później z powrotem, pokonuję dziedziniec trzema susami i ponownie staję pod szklanym dachem patio. Czerwone światełko mruga, papierek okazuje się prawidłową przepustką do numerka, mogę przesunąć swój pionek na inny poziom. Papierki-numerki-papierki-numerki, aaaa! Kamień, papier i nożyce.
Mam jeszcze trzy życia. Zawiłość zasad gry zaciska się na nadgarstkach.

     Zamek pocięty jest systemem korytarzy i wydycha grozę z każdego z nich. W powietrzu czuć siarkę, a może chlor, z oddali dobiegają pomruki smoków, odgłosy pikania rycerskich pik i westchnienia zwykłego, wpatrzonego w nich z nadzieją, ludu. Rycerze, zawsze w białych zbrojach, z emblematem węża na piersi szukają pieczar, w których drzemią smoki. Te, żyjące tutaj, słyną z wyjątkowo twardych łusek na żółtawych, poruszających się rytmicznie, spasłych brzuszyskach. Najtłustsze brzuchy mają te, którym rzucane są na pożarcie młode dziewki. Rano często widać ich puste łóżka, a z pieczary dochodzi obleśne mlaskanie sinego, lepkiego jęzora. Ci, którzy pozostają nietknięci, chyłkiem przemykają wzdłuż korytarzy. To ci odważniejsi i silniejsi. Reszta leży pod kocami i stara się być cichutko, cichuteńko. Wszyscy z ulgą przyjmują wizytacje białych rycerzy, którzy penetrują zawiłość korytarzy połączonych fikuśnie kręconymi schodami i cichymi windami. Łatwo się skryć smokom w tak skomplikowanym zamczysku. Ale i rycerze nie są bez szans. Dysponują szeregiem łacińskich zaklęć, ciągle doskonalonych przez siwych alchemików z podziemi. Muszą nadążać za zmianami behawiorystycznymi smoków, znane są bowiem ich niezwykłe przystosowania do zmiennych warunków otoczenia, umiejętność partenogenetycznego rozmnażania i niezwykła cierpliwość, jaką wykazują się, czyhając na ofiarę. Znane są przypadki, że potrafią czekać na upatrzone ciało wiele, wiele lat. 
   
   Mijam na korytarzach służki kiwające główkami w kolorowych chusteczkach. Z wielkimi niebieskimi oczami i szczuplutkim ciałkiem wyglądają jak maki i stokrotki.
 Uśmiech dla kwiatów dodaje trzy punkty mocy i przepustkę do kolejnego etapu.

     Boczny korytarzyk zakończony jest ślepo. Na ławeczce siedzi ona. Skrzyżowanie księżniczki z gwiazdką burleski. Z daleka wygląda na niewysoką, szczupłą kobietę. Czarne fale włosów zatapiają pochyloną twarz. Wąskie ramiona Damy Pik okrywa czarny, koronkowy szlafroczek, spod którego błyska atłasem czarna, krótka koszulka nocna. Długie, różowe paznokcie splecione w misterne gniazdko spoczywają na kolanie. Noga na nogę. Stopy skryte w welurowych pantoflach w kolorze burgundu zakończonych puszystym, króliczym futerkiem. Palce u stóp poruszają się jak stadko różowych emaliowanych dżdżownic. Łydki pulsują fioletowym gąszczem nabrzmiałych żył. Nie wiem, czy to księżniczka, czy zła królowa, a może mechaniczna zabawka, bo ponad jej lewą piersią zauważam zielony wentyl z rurką miękko zagłębiającą się jej ciało. Pik. Pik.
     Króliczy puszek wiruje z każdym krokiem i cały kobiecy ląd omywany morzem czarnym odpływa i znika za drzwiami. Z daleka dochodzi pomruk smoka. Po kwadransie następuje odpływ damy Pik, robiąc miejsce dla mnie. 

      Moja kolej. Czeka już na mnie skryty panującym tu półmrokiem. Pod językiem rozpuszcza się jego czekoladowy męski głos. Bezwolnie rozbieram się i kładę na białym piasku. Plecami wyczuwam jeszcze ciepło ciała Damy Pik. Powoli wmasowuje w moją skórę zimne galaretki z meduz. Gęsia skórka. Nasłuchujemy razem, patrzymy na monitor zawieszony nad linią zmarszczonych brwi. I... cisza. Mój smok śpi.

     Lżejsza o kamień, wychodzę ze ślepego korytarzyka i kieruję się ku bramie. Słońce wisi niżej i oślepia mnie swą jasnością. Zauważam na posadzce grę w klasy. Kwiatowe główki kiwają się w podskokach:


raz-dwa-trzy - ty będziesz żyła, a umrzemy my.


   
     Uśmiech dla kwiatka, trzy pola do przodu. Raz-dwa-trzy. Wygrałaś zachowując trzy życia. Dostajesz w bonusie pamięć absolutną i swój kamień z powrotem.


    Opuszczam dziedziniec, życie toczy się ze zgrzytem kół czasu dalej.
    Na ulicy nie czuć smrodliwych wyziewów nienażartych smoków.
        Z każdego okna zamku zwisają smutno długie, jasne warkocze. 






piątek, 5 czerwca 2015

(178) Jak ten czas leci czyli Komunia Mima i inne przypadki.

     Świat na bezdechu mknie do przodu zatracając się w ruchu wirowym i obrotowym, płyty tektoniczne napierają na siebie z wielką mocą, Himalaje wypiętrzają się rocznie o 1cm. Kwitnie piwonia, mocarstwa upadają i rodzą się gwiazdy filmowe, bociany są już wielkości kurczaków (podglądam tutaj! klik! oraz inwigiluję rodzinę rybołowów tutaj klik!). A tymczasem Skorpion siedzi i pisze, i pisze, i pisze (na przykład chwytliwe, łamijęzykowe i łamigłówkowe poematy:

Cytryną skropion w rosole pływał
Skorpion i na cytrze grywał).

  Oraz wykonuje szereg czynności zastępczych, jak wychowywanie dzieci czy robienie muffinek. 
      
    W zasadzie ostatnio mój instynkt macierzyński dogorywa pod taboretem, zatłuczony laczkiem. Ożył jakby trochę kilkukrotnie, bo musiałam zawlec synów do szczepienia. Niestety, nie zaszczepili ich przeciwko wściekliźnie, a przydałoby się, bo te chłopięce zabawy zahaczają poważnie o "Szybkich i wściekłych". Tak szybkich, że, gdyby pani doktor nie znała nas wcześniej, założono by nam kartotekę w niebieskiej linii. Mim miał starcie pierwszego stopnia z posadzką na tarasie, rysę na czole (do tej pory nie mogę wywlec z niego nawet przy pomocy rozpalonego na upale żelaza, skąd owa rysa na nieskazitelnej masce się wzięła. Nadmienię, że Mat nie jest zarysowany, co w zasadzie pieczętuje jego winę). 
     
    Instynkt macierzyński mój skarlały doznał także neurotycznych elektrowstrząsów, gdy Mim wymógł na mnie pieczenie dziś o świcie (godz.11) muffinek. Nie wiem, po kim to dziecko tak ma. Mówię o zamiłowaniu do garów. A jeszcze bardziej to zamiłowanie zostało podrasowane prezentami na 9-te urodziny. Uroczyście na ręce Mima została bowiem złożona książka kucharska "Dzieciaki gotują", papilotki do muffinek w barwach Anderlechtu, miłości Mima niebotycznej, blachy do pieczenia tychże i fartuszka kuchennego z tkaniny w robale, który uszyła mistrzyni Jarecka. (I w tym momencie przypomniało mi się, że o prezentach pisałam. Trudno, utrwalimy to sobie). 

Z nowości i zaskoczeń - wygrałam! Mój wierszyk (klik!) zdobył brązowy medal w Konkursie Świerszczyka i wgramolił się na pudło! Na półeczce z nagrodami robi się ciasno, ale półeczki mam wszak pojemne.

     Z tematów minionych nie wspomniałam o Komunii Mima! Do najważniejszego punktu programu należy zaliczyć to, że mój kręgosłup był na tyle skromny, że się nie ujawnił! A zamówiłam sobie przewidująco in blanco domowa wizytę masażystki. Masażystka moja okazała się w wysokim, wręcz alarmującym stopniu ciężarna, co dopełniło kolorytu imprezy.
  
     W uroczystości wzięli udział starcy i dzieci. Kobiety i mężczyźni. Dotarł wujek z metalowymi nogami i ciocia po wylewie. Dwie osoby przybyły o kulach, jedna została wniesiona, były dwie schizofreniczki, niestety, nie skonfrontowały się werbalnie, a szkoda. Pierwsza bowiem dostała wiadomość telepatyczną, że właśnie mordują jej psa, a ciała niesprezyzowanych bliżej sąsiadów pływają w Warcie. Nacisnęła zatem na głowę peruczkę, kłapnęła sztuczną szczęką (wszyscy, którzy zasiedli przy nawietrznej zostali uraczeni opowieścią o niedopasowanej protezie, która miała ugniatać wyrostki zębowe, co kompletnie uniemożliwiało posługiwanie się garniturem. Pełnił on zatem wyłącznie funkcje reprezentacyjne.
Niestety, impreza nie osiągnęła maksimum kolorytu, bowiem na imprezę nie dojechała gałąź niemiecko-arabska rodziny, ale brak muzułmanów równoważyła barwna obecność agnostyków i dewotów. 

Fotografie dla smakoszy są w linku Tavaa, więc tutaj kwiatki :)

    To może słowo o menu? Na początek pojawiły się przystawki, które momentalnie wypaliły konsumentom dziury w czaszkach. Ale już chwilę potem dziury zarosły i wszyscy rozkoszowali się hojnymi darami Sziwy roznoszonymi przez kelnerki odziane w sari. To była orgia smaków! Tavaa bowiem dysponuje prawdziwymi, żywymi okazami kucharzy z Indii. Prawdziwe perły kuchni, skrzynia skarbów wyłowiona z leśnej wioski blisko granicy z Nepalem. Jak wyciągnięci z baśni. Tego naprawdę trzeba skosztować! Zobaczcie jak tam jest fajnie!



***


A w formie PSu dodam, że trwa konkurs na imiona dla wzmiankowanych dzieci rybołowów. 

- Ziarnko, Ziarnek i Ziarnka! - wali z miejsca Mim.

- Ależ Mimie, rybołowy są mięsożerne!

- Zatem Mięso i Mięsak.


Brrrr... Nazwać małego słodkiego ptaszka czymś z bogatej nomenklatury onkologicznej - finezyjne.


czwartek, 21 maja 2015

(176) O moim odmiennym stanie i niechybnym ozłoceniu

W zasadzie pół postu jest aneksem do posta o mej rozwiązłości, TUTAJ.

     Otóż nadludzkimi siłami ukończyłam kurs, na którym młody wykładowca usiłował nauczyć nas sprawnego biegania przez gospodarcze płotki. Wszyscy byli dla siebie bardzo mili, a w szczególności dla mnie, co brałam za niezbity dowód oszałamiającej mieszanki uszanowania z racji mojego wieku, porażającej urody i pozycji społecznej. Czyli horyzontalnej.

Elżbieta Wasiuczyńska 

     Z racji rotacji i peregrynacji (acji acji acji - włącza się tu yntelektualne disco polo) między salami, zmuszona byłam do wyboru krzesła, które trzymałoby przez 8h mój zwinięty w tutkę kręgosłup w pozycji typowej dla homo sapiens w twarz prowadzącego, a nie sapiens w blat. Dlatego też za każdym razem, bladym świtem szarp 8, szłam na wojnę by złupić krzesło w wyściółką, gdyż drewno i metal saute rozpłaszczają zanadto me jędrne pośladki i wypychają dyski znad miednicy. I za każdym razem czyjeś pomocne ręce przysuwały krzesełko oraz targały je dwa piętra wyżej. Już dwa dni później dowiedziałam się dlaczego:

- A kiedy dzieciątko przyjdzie na świat? - zastrzeliła mnie śliczna brunetka z prawej. Oglądam się na drzwi, czy się kogoś spodziewa, ale nie, jesteśmy w komplecie, 10 osób jak w pysk strzelił.
I pod przedziałkiem poczułam najpierw pieczenie, a potem już tylko swąd smażonych cebulek, kiedy zajarzyły mi styki. Wystrzeliłam pionowo w górę, a gdy opadłam na swoje miejsce powodując tsunami falowaniem falbanek rozkloszowanej bluzeczki, rozszczelniłam się, puszczając parę uszami i rzekłam z wdziękiem:

- Wcale nie przyjdzie. Nie jestem w ciąży, jestem po prostu gruba!

W tym momencie brunetka przybrała na twarzy, bardzo korzystny z punktu widzenia wizażystki, kolor dojrzałej  poziomki, uderzyła nosem o blat i straciła przytomność. Nie cuciłam jej, bo na kursie nie było aż tak ciekawie, by żałować. Sama walczyłam, by nie zemdleć z nudów i udręki przez 50 planowych godzin. Niech sobie odpocznie, dziewczyna.

     W zasadzie mogłabym poprzestać na tym incydencie, ale jak się okazało później, ośmiu pozostałych uczestników i dziewiąty, choć enigmatyczny prowadzący, byli identycznego zdania. Ale ich już nie wyprowadzałam z błędu. Kiedy się może kiedyś nasze drogi skrzyżują, okażę Mata jako wyrośniętego noworodka.

     Tymczasem Mat jako absolwent szkoły podstawowej w wieku lat 12 i 8 miesięcy osiągnął gabaryty. I to gabaryty młodego goryla. W kłębie ma 165cm, numer buta 42. I nie powiedział nawet przedostatniego zdania w temacie podziałów mitotycznych. Jeśli zaś chodzi o mejozę, to żywię nadzieję, że wstrzyma się z jej użyciem chociaż do pełnoletności.
 Zaprawdę, powiadam Wam, matki chłopców, nastawcie się na to, że podaż wiktuałów do paszczy można pominąć, przechodząc najlepiej od razu na podaż dożylną w sposób nieprzerwany. Jesteśmy ostatnio zmuszeni kupować dwa chleby dziennie! Nie mówiąc o obiedzie. Co staje się dla mnie kolejną udręką, gdyż chronicznie staram się migać od gotowania. Miganie jakoś mi wychodzi średnio, bo jeszcze się nigdy nie zdarzyło, by w domu nie było obiadu. Ech.
I tu się wzięłam na sposób.
     Mat nie grzeszy skłonnością do kucharzenia, ale Mim już tak. I ja, szczwana lisica, złożę na ręce Mima, majowego jubilata, hojne dary z podwójnym denkiem i zminiaturyzowanym koniem trojańskim. Otóż Mim otrzyma książkę kucharską, fartuszek (Jarecka - składamy Ci pokłon i śpiewamy chwalcie łąki umajone), blachę do pieczenia muffinek, którą moja psiapsióła ma na zbyciu oraz papilotki (nowe słówko zapisuję w kajeciku). Za moich czasów papiloty to się nosiło na głowie, a nie w muffinkach, nawiasem mówiąc. W planach miałam jeszcze stemple do ciastek oraz maszynkę do wyciskania ciasteczek (znacie to i to? Sprawuje się?), ale na koncie pozostało mi 19zł na ten chleb właśnie.


I drugi apdejt:

     Teraz czekamy ze stężała krwią w żyłach na deszcz dukatów, albowiem spieszę donieść, że mój Midas zajął 3 miejsce w kraju naszym, który sięga od Bałtyku aż po Tatry i z powrotem, aż po Londyn i Dublin.
Mat jako Midas oraz tutorial jak zrobić maszynkę do robienia pieniędzy TUTAJ, a dla leniwych i biednych poniżej fotka dokumentacyjna jak to usilnie czekamy (z flamingiem Rico).



czwartek, 30 kwietnia 2015

(173) Leżąc w trawie

     Ciepło. Upał oblewa mnie jak złoty miód. Leżę w soczystym morzu chybotliwych traw. Wiatr mierzwi ich wierzchołki muskające niebo i chłoszcze nimi dupska puchatych chmur. Patrząc tuż znad powierzchni ziemi, wszystko ma inna perspektywę. Słychać jednostajne brzęczenie skrzydeł pszczół i muszek, które poruszając powietrzem, huśtają się na lince horyzontu. Dźwięki tak znane i sielskie, że uginają się pod nimi powieki. Dynamiczna cisza upleciona z odgłosów lata zawisa nad bezkresną oktawą traw. Nic nie muszę, donikąd się nie spieszę, po prostu leżę. Część mnie ulatnia się i unosi tuż nad łąką, część roztapia się i wsiąka w mięsistą ziemię. Wystrzelę pąkiem w mak, nakarmię wiechlinę. Tymczasem topię się w oceanie zieleni. 

fot. Ruud van Empel

     Przymykam oczy. Rozciągam się na ziemi tak, że wpełzam między każde źdźbło. Słońce przypieka brązową skórę, która staje się pod jego wpływem sucha, ściągnięta, ale pod spodem kryje pulsującą obietnicę spełnienia, esencjonalną wilgoć miąższu i życiodajne soki. Czuję przesuwające się po ciele lepkie spojrzenia dojrzałych kobiet i krótkie, wstydliwe zerkania młodych mężczyzn. Obchodzą mnie kołem, nie chcąc zakłócać intymnego procesu jednoczenia z naturą. Niekiedy ktoś podbiega do mnie bardzo blisko, na długość oddechu. Przesuwa nos tuż nad mym ciałem, prawie dotyka językiem, po czym odbiega odwołany damskim głosem. Patelniany skwar smaruje z bezzębnym cykaniem sprężynki w goleniach koników polnych.
      
     Po niebie przewalają się stada baranów, a ja leżę i pasę je. Pilnuję wężyka mrówek, słucham podziemnego źródła penetrującego wnętrza poliuretanowych rur. Nasłuchuję nurtu miejskiej Lete, w której mój kres. Ale to za chwilę, do pierwszego deszczu, może dwóch. Tymczasem patrzę w siebie, w bogate wnętrze możliwych wiązań. Rozwiązań chemicznych. Filozofii bytu. Skąd się tu wzięłam? Echem uderza we mnie odpowiedź bezkresnego kosmosu: z czarnej dupy.

     
    Tak pewnie rozmyśla kupa w miejskim parku, bo właściciele psów z pewnością nie myślą o niczym.


czwartek, 12 marca 2015

(168) Najpierw koronacja, potem defenestracja.

     Tak sobie siedzę i myślę, że z tą Wróżką Zębuszką to jakaś lipa.
    
     Wróżka wytrwale i systematycznie odwiedzała Mata, dopóty, dopóki nie wymienił uzębienia na stały garnitur. Po czym go rzuciła, oszacowując ich związek jako wysoce nielukratywny. 
    Mim, jeśli chodzi o braki w uzębieniu,  ruszył żwawo z kopyta, ale jakoś proces utknął w martwym punkcie. 
     Takoż byka za rogi wziął Małż.

- Zobacz, plomba mi wypadła. Hm. - rzecze ze zbolałą miną i wyciąga ku mnie trzęsącą się prawicę z  frapującą zawartością.

- Tobie nie wypadła plomba. Tobie cały ząb odpadł.- rejestruję na wysuniętej ku mnie dłoni coś na kształt archaicznego kaprolitu.- Tymczasem sprawdź pod poduszką, czy nie zmaterializowało się cudownym sposobem 20 złotych polskich. Może, choć nieznacznie, wzbogacimy się na tobie.

- Sprawdzałem. Nic mi nie dała, świnia.

Dziwne, A nasi synowie zarobili na tym interesie wspólnymi siłami O MATKO BOSKA CZĘSTOCHOWSKA circa 600 złotych! 

     Skąd taka szokująca kwota, Czytelnik zapyta. Przez głupotę. A potem już poszło. Skoro za pierwszy ząb zapłaciło się dwie dyszki, kolejne musiały również tyle kosztować.

     Mat bowiem strasznie przeżywał utratę każdego zęba. Bał się tego zlepka wapnia i fosforu jak duchów praprzodków i dostawał spazmów szaleństwa, kiedy ustrojstwo zaczynało się poruszać. Stan przedzawałowy nadchodził, gdy dziecię wkładało język między makabryczną szczelinę między wierzchołkiem zęba, a miękkim, słodkim i rozmemłanym nad wyraz czerwonokrwistym dziąsłem. Ząb wisiał na ostatniej niteczce, a Mat tracił język w gębie, bo musiał nim przytrzymywać trupa. Nie można się go było pozbyć ani prośbą, ani groźbą, a, żeby się nie zadusił nocą własnym zębem, musieliśmy się uciec do przekupstwa wysokim nominałem, który to nominał przynosiła w sakiewce cud wróżeczka. I niby człowiek się nie chce amerykanizować, ale jednak czegoś w tej kulturze słowiańskiej brak. I jest to jakaś efemeryczna dziwożona zębowa, albo stomatologiczna nimfa monetarna. Bardzo proszę miejscowych bajarzy i trubadurów o zbudowanie stosownej legendy, by można nią było zaszczepiać dziateczki, a jednocześnie hołdować tradycji wianków sobótkowych i  historii o kwiecie paproci.

     Jak światło kolejnych dni pokazało, Małż stracił całą koronę, ale już został koronowany ponownie, tym razem koroną porcelanową w cenie tysiąca stu dukatów. Małż z biegiem czasu nabiera wartości. Na pewno zapłaczę, gdy będą go zwracać matce ziemi.

     Tymczasem ja, nie zważając na pogodę, ciśnienie atmosferyczne i ćmiący ból w lewym oczodole, udałam się w siną dal, czyli uzupełnić dokumentację. Mocium panie na wezwanie. Aby podtrzymać obraz mojej osoby, jaki urząd zatrzymał pod powieką, tj. z lekka nierozgarniętej artystki, dodałam kolorytu czerni odzieży jaskrawozielonym obuwiem i takąż torebusią Desiqual. Jest to jedyna torebusia na przestrzeni dekady, która nabyłam jako dziewiczą nówkę. Dlatego się chwalę. Torebusia konweniuje szplinem i fiołem z obuwiem, do którego mam słabość, ale nie mam portfela.




(Zastanawiałam się jakie zdjęcie ma ilustrować niniejszy post. I pomyślałam, że ząb Małża nie zaspokoi pewnie Waszych żądz, a podarta koszula nie ma w sobie pozytywnego ładunku emocjonalnego. Postanowiłam więc go Wam dostarczyć pod postacią torebki. Stąd ta decyzja, a poniekąd nawet chwyt marketingowy, gdyż widząc torebkę i tytuł, pomyślicie, że oszalałam, wyrzucając ją przez okno, wdepniecie więc, a moje blogowe statystyki poszybują jak kondor w Andach.

No dobra, nie wiedziałam jak się pochwalić).


   Uznając, że sweter ze skórzanymi guzikami dziergany jest na tyle fikuśnie, że przyćmi korporacyjność czarnej koszuli, zdecydowałam się opuścić klepisko chałupy.
Tedy śmiało przekroczyłam gliniany próg i znalazłam się po drugiej stronie, gdzie kwitną krokusy w spalinie, a samochody rozjeżdżają gołębie i ich kupy. Niestetyż, nie sama. Za mną, w ten dziki świat, śmignęło coś zielonookiego i dało dyla. Z cichym miauknięciem radości Lima pocwałowała wzdłuż muru z zamiarem opuszczenia nas na wieki. Nie ze mną te numery, proszczaku! Chcesz nas zamordować poprzez wyłzowienie z rozpaczy! Z dzikim okrzykiem KICI KICI ŁAAA!, skoczyłam na nią skokiem iście tygrysim. Dopadłam ją, rozduszając w runie i upodabniając do zwierząt spoczywających przy kominku z rozdziawioną paszczą i wyprężonym na sztywno ogonem.
     
     Jeszcze w powietrzu poczułam, jak problematyczna koszula sama rozwiązuje moje tekstylne rozterki, drąc się rozdzierająco i wypuszczając moją lewą łopatkę i alabastrową pierś na wolność. Zniewolone do tej pory ciało, w dzikiej ekstazie błysnęło golizną, ale zaraz zostało otulone kotem i wróciło do ciemnej izby. Okutane w bluzkę w stylu crazy art, udałam się do jaskini lwa, konweniując już stylistycznie i wyrzucając koszulę do kontenera.
    O czym nie omieszkam donieść, jak tylko zarżnę tego lwa spinaczami biurowymi i nożykiem do korespondencji.

środa, 4 marca 2015

(166) Leczenie impotencji francuską hydroterapią

    Zauważyłam, że Skorpionowi ostatnio urosło kilku członków. W samą porę, moje miłe Panie - Egzemo, Kalino, Klaudio, w samą porę, bowiem, wstyd przyznać, jestem ostatnio impotentem twórczym.

A nic tak dobrze nie robi na impotencję, prócz członków, rzecz jasna, jak wizyta w kolejnym urzędzie.

     Zdarłam więc z twarzy woal pajęczyn, wyrzuciłam z buta gniazdo myszy i odryglowawszy pierwsze drzwi, a zrywając skobel z drugich, czując powiew wiatru na kędziorach w nogawkach, udałam się ruchem posuwistym,  wręcz powłóczystym w świat. I tak oto, zostawiając za sobą domową strzechę z gniazdem wróbli pod powałą, świat rozwarł się szeroko przede mną otworem. Wyczuwając smród spalin, bez pudła poznałam, którym dokładnie. Do centrum wielkiego miasta z wielkimi budynkami i wielką kupą ze szkła i stali,  dotarłam, przepłynąwszy nurt Warty. Mostem, co prawda. 
 
   Budynek urzędu, który był tego dnia moją Mekką, zawala swą posępnością kilkanaście metrów przylegającego, upstrzonego tu i ówdzie psim moczem, chodnika, który łączy go posępnie szarą wstęgą z zakładem pogrzebowym. W zasadzie powinni zawiązać sobie wzajemnie jakiś krawat triumwiratu i oferować wzajemnie kwiecie zniżek dla ludności z racji wspólnej gałęzi, na której socjologicznie wiszą. W kolejności dowolnej.
 Będąc jeszcze po tej stronie zasłonki, po której potrzeba ciała, choćby do wstawiennictwa, ślepy na marniutki widok, jaki przedstawiała moja soma, los, chciał, by dostarczyć ją na poddasze gmachu, będące trzecim i ostatnim piętrem posesji. Jako, że przypełzłam spóźniona o circa półtorej minuty, nie dałam ciału się wysapać i takie sapiące i dzikie wprowadziłam na salony.
 
     Bystry czytacz zapyta o windę. Winda, owszem, istnieje. A nawet funkcjonuje. Do drugiego piętra, więc i tak czekałoby mnie zdobywanie saute trzeciego. A, jako, że jestem z gatunku twardych, zdobyłam ten promilotysięcznik bez protez i ułatwień.
   
     Prawie zemdlawszy, opadłam pod wpływem wysiłku, zahaczając żuchwą o klamkę, tym samym zgrabnie torując sobie drogę do celu wizyty. Całe szczęście, że za drzwiami trafiłam wyłącznie na istoty mojego gatunku i płci, na które mój przyspieszony oddech, rozszerzone źrenice i rozwiany włos na piersiach nie zrobił wrażenia. Ku mojemu zdumieniu okazało się jednak, że osobnik, który zajmował m o j e krzesełko przy m o j e j urzędniczce, czmychnął czym prędzej przerażony. Osobnik mógł jednak pierzchać spokojnie, bowiem był kompletnie nie w moim typie. Generalnie kto nie jest Sebastianem Karpielem-Bułecką, może nie pierzchać. Skoro pierzchnął jednak, uwalniając 30cm kwadratowych służbowego siedziska, spowiłam je zatem swoją sutą i okazałą... eeeee materią. Materią dżinsową, skrywającą materię organiczną i jej perystaltykę. Stop. Materią. Poprzestańmy na materii.


     Moja urzędniczka państwowa wstała, wyciągnęła państwową prawicę i przepisowo przedstawiła się. Wysapałam swe nazwisko, które i tak jest niezrozumiałe, nawet, gdy się nie sapie i mogłyśmy płynnie przejść do wypełniania kwestionariusza. Szło nam średnio gładko, nudno i bez ikry. Do czasu, gdy wyraziłam swoją wątpliwość, czy w dobrym kierunku zmierzamy, albowiem jakiś czas temu trzy kondygnacje niżej złożyłam stosowne, a tu kluczowe dla sprawy i jednakowoż rzucające światło na to, co tu niemrawo wyrabiamy, podanie. Pani urzędniczka spięła pośladki, które radośnie wybiły ją pod sufit, i plasnąwszy nimi w powietrzu, a może dłońmi, opadła na krzesło z okrzykiem ulgi:

 - Wiedziałam! Mogła pani od razu mówić! Pani mi od początku nie wyglądała normalnie, tylko na artystyczna duszę! O, to teraz zupełnie co innego!

    I tak oto nastąpił cud nad Wartą - jako, że pani kończyła drugi fakultet w Paryżu, rozmowa przybrała wartki bieg. Szemrała sobie srebrzyście jak Loara, poruszając burtami wszystkich swoich barek w promieniu 5km od Notre Dame i otwierając z łoskotem wszelkie urzędnicze wrota. Na koniec spotkania urzędniczka uścisnęła mnie serdecznie, obdarowała wiedzą zaklętą w schludnie spięty skoroszyt i, machając ręką, z uśmiechem życzyła powodzenia.

Wot i ludzka twarz biurokracji.




sobota, 1 listopada 2014

(150) Pod i nad

     Październik mignął żółtym liściem jako sen jaki złoty. Ale, że podobny w składzie do listopada (40% deszczu, 20% wiatru, 20% zimnych nóg i 20% smarków), posłuchać można i teraz. Zatem pstryk i nasiąkajmy dźwiękami jak gąbka:


     W tle U2, kubas z herbatką w ręce, ciepła kołderka, to teraz pokażę Wam co me modre oczęta ostatnio wchłonęły, a główka przefiltrowała.

     Czasami jest wszystko na opak. Góra myli się z dołem, a siedząc na pomoście nie za bardzo wiemy, czy moczymy nogi w wodzie czy w niebie. Bo wyciągamy je tak czy siak sinoniebieskie. Po pewnym czasie zmysły się przyzwyczajają i akceptujemy sznur ptaków sunący pod wodą i wodorost na niebie. Nie dziwimy się, że szuwary rosną w przeciwną stronę, a krople deszczu wpadają w niebo. Korony drzew penetrują toń, a korzenie wrastają w chmury.







Ale wystarczy chwila, by światy powoli zaczęły się rozdzielać.


I to co pod staje się równie ważne z tym, co nad. Równoważne. Ważne.




     Pod i nad, a w tym wszystkim my. Czasem z tej strony, czasem z drugiej. Niekiedy myli nam się góra z dołem, ważne z nieważnym. Ale wewnętrzny, skalibrowany ster, zawsze w końcu kieruje nas w słuszną, wyznaczoną przez gwiazdy, stronę.* Nawet, gdy dookoła się wali i pali, mamy włączonego automatycznego pilota. I ciągle jeszcze tu jesteśmy. Jeszcze od nas zależy, czy jesteśmy pod, nad, w, czy pomiędzy.
     Mimo wszystko miło ciągle jeszcze być tu, na tej huśtawce, prawda?


PS.
Przed chwilą przypomniał mi się ten utwór: (chyba przeżyłam teledysk, co? A mówią, że nic dwa razy się nie zdarza ;) )



* teraz (3.11), po publikacji posta przez Diabła w Buraczkach, nie byłabym już tego taka pewna:



piątek, 17 października 2014

(149) Przychodzi baba do urzędu

     Przyszedł ten dzień, kiedy musiałam pojawić się w urzędzie w sprawie nie cierpiącej zwłoki. Bo zwłoką byłam dłuuugo. Aż za długo i zaczęłam się rozkładać po kanapach. Trzeci rok się zaczął, gdym odpoczywała po fyfnastu wizytach w urzędach rozmaitej maści, notariuszach i urzędasach natury karłowatej, czyli pomniejszej, jak telefonia, gazownia czy prądownia.

     Ale od początku.
Jak niektórzy wiedzą, mieszkam w moim, takim najmojszym na świecie miejscu na tym łez padole, od dwóch lat z hakiem. Nota bene jest to moje piąte miejsce, z którym związałam swoje  CV, jednakże, dwa palce w górze, konsekwentnie obracam się w obrębie jednego miasta, odbijana tylko ze wschodu na zachód i apiat' naabarot. I nic nie zburzyłoby mojego spokoju egzystencji, dalej piłabym sobie herbatkę przez słomkę zakąszając tiramisu i baklawą, dalej zawiazywałabym komórki tłuszczowe na wysokoenergetyczne kokardki z fakturą skórki pomarańczowej, gdybym pewnego dnia nie zobaczyła swojego dowodu osobistego. Otóż tego dnia odkryłam, że mój dowód osobisty umarł śmiercią naturalną w czerwcu roku pańskiego 2014. Dla niezorientowanych, z Małżem i ze mną na czele, przypominam, że mamy październik, a nawet za chwilę, co za niespodzianka, listopad. Ta wiosenna pogoda to jednak może człowieka zmylić i otumanić.

Bo my z Małżem, to jakieś z innej planety jesteśmy.
  
Na pierwszy ogień i jako mięso armatnie omówimy Małża. 
Małż nie nosi zegarka. Nigdy. Odgaduje czas po koniunkcji planet, pi razy drzwi, z dokładnością do godziny zegarowej. To mu starczy. Uf, na razie nie uwiąd starczy, hosanna! Kolejna archaiczna cecha Małża to nienoszenie komórki. Małż wyswobodził się całkowicie z brzemion kapitalizmu i komórki nie nosił. Teraz komórka służbowa jest wyłączana po przyjściu do chałupy, albowiem robota to robota, dom to dom. Albowiem mieliśmy jedną komórkę do spóły, dla wszystkich członków rodziny, przedpotopową wierną Nokisię, która mruga niebieskim oczkiem, gdy ktoś coś od niej chce.

Ja.
Na moim lewym przegubie, prócz kajdan i żył tętniących cholesterolem zauważyć można chronometr, ciągle ten sam, który wygrałam za krzyżówkę w roku pańskim hmmm circa ebałt 1995. 
Zegarek jest ładny i ma światełko. A datownik stanął na liczbie 14, która jest dniem mojego urodzenia, mojego Taty, a także numerem domu. Generalnie znając moją datę urodzenia można mnie podrzucić pod wskazany adres. Bo tu pies pogrzebion. Patrząc na mój dowód osobisty, jestem od czerwca nikim znikąd. Termin przydatności do spożycia upłynął, a pod widniejącym na kawałku plastiku adresem od 2,5 roku mieszka zgoła kto inny. Gdyby mnie znaleziono bez zmysłów w parku, tulącą drzewo i wiewiórkę do łona, uznano by mnie z pewnością za NN.

     Basta, rzekłam. Skoro dowód osobisty mi się skończył, trzeba zmartwychwstać dla świata i Zusu! Chociaż dla Zusu, to jest się wiecznym i niezniszczalnym (dowód? Oto dowód: gdy wezwano mnie na rewizję L4, wzywano mojego nieżyjącego wtedy od 15 lat Tatę, dlatego wchodziłam z dreszczem jako ostatnia, czekając aż wreszcie mnie wyczytają. A tu - nic).

    Ażeby wyrobić nowy dowód osobisty, cóż trzeba zrobić? Bingo! Najpierw pójść do fryzjera, aby w terminie późniejszym, ale nie później niż fryzura oklapnie i zrobią się odwieczne rogi bawołu afrykańskiego, pójść wykonać zdjęcie lewego półprofilu. I tu już wszystko, co sobie wypracowałam, legło w gruzach. Zmuszona dostosować się do regulaminu III RP w zakresie co można, a czego nie, na zdjęciach dowodowych, musiałam założyć grzywę za ucho i odsłonić je w całej, imponującej okazałości, a także odkolczykować się. Wyglądałam więc tak jak wyglądam na co dzień. Czyli nic nadzwyczajnego.
 Pani zrobiła mi kilka/naście fotografii. Uf. Klęska urodzaju. Na pierwszy ogień - problem stulecia, czy mam się uśmiechać, czy być stateczną starszawą panią. Wersja z uśmiechem była godna politowania, był to uśmiech, za przeproszeniem końskiej dupy do bata. Tak więc powaga, z lekkim uśmiechem Mony Lisy. Kolejny problem, niestety już nierozwiązywalny, czy w okularach, czy bez. Nie mogąc się zdecydować i skuszona 50%-ową zniżką, zakupiłam dwa pakiety fotografii własnej facjaty. Będzie co położyć na kominek, chyba, że ktoś chce do pamiętniczka? Zbiór fotografii okularowych jest zbiorem pełnym i nierozdziewiczonym.

Ale.
Aaaby wyrobić sobie nowy dokument tożsamości, muszę zmienić na nim adres zameldowania. Ale aaaby to zrobić, muszę się zameldować. Aaaby się zameldować muszę posiadać akt. Niestety, nie artystyczny, tylko własności ziem, którymi władam pospołu z Małżem oraz szereg pomniejszych dokumentów, w postaci aktu (czułam się już jak w pinakotece) tym razem zawarcia małżeństwa, a także dowodu wymeldowania się z miejsca poprzedniego zameldowania.

Ażeby nie przedłużać i nie mięszać w zmysłach Czytelnika. Cudem znalazłszy się w posiadaniu analogowego pliku niezbędnych dokumentów, odważyłam się pobrać numerek (numerek, dwa akty i ja yhyhy, orgia!).
 Będąc w urzędzie od razu czuję się jak podejrzana i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że mnie zamkną w areszcie na zapleczu i wyrzucą klucz do fosy. Znacie to uczucie? Człowiek jeszcze nic nie zrobił, a już chyłkiem przemyka pod ścianami bezowocnie szukając kawałka cienia, już czuje się jak podejrzany, a nawet oskarżony i skazany. Te urzędy są takie onieśmielające!
O dziwo, mój numerek zaczął migotać na czerwono, rozwinął się czerwony dywan i skierowałam swe kroki prosto do jaskini lwa. Wręczyłam lwicy dokumenta, a lwica ryczy zza krat:

- Dowód osobisty proszę!

- Nie dysponuję. Albowiem mi się skończył. Doprawdyż, patowa sytuacja. Ale numer pesel się chyba nie zmienił?

Lwica ryknęła, że nie mogę posługiwać się nieaktualnym dowodem osobistym i zażądała paszportu. Paszport też mam z bombażem od dłuższego czasu, pisnęłam skulona pod okienkiem.

- W takim razie nie mogę pani zameldować, skoro nie ma pani dowodu - zza pancernej szyby ryknęło.

- Jezu, a ja muszę być zameldowana, by móc posiąść dowód. Mam jeszcze prawo jazdy (z adresem poprzednim rzecz jasna, ale prawko nieśmigane i co najważniejsze, wystawione dożywotnio). To w takim razie mój jedyny dokument, stwierdzający że ja to ja - wyłkałam cichutko, leżąc wykrwawiona na kamiennej, zapewne bardzo drogiej, posadzce.

- Jeszcze nigdy nikt się nie legitymował prawem jazdy!

No i, drogi Czytelniku, wiedz, że ja jestem pierwsza!

     Na miękkich nogach opuściłam lokal, ściskając w ręku dowód, że oto mam dach nad głową. Stąd już tylko krok, by porzucić wstydliwe inicjały NN.
Wyszłam niedaleko, bo tylko do hallu, by pobrać kolejny numerek. Uf, teraz to już będzie bułka z masłem! I tu - ponownie skandal - bo znowu nie czekałam wcale, tylko od razu zaczął migać mój szczęśliwy numerek. Skandal, bo wykupiłam postój na godzinę, a minęło dopiero sześć minut!!!
Zdezorientowana, jak to się teraz w urzędach pracuje, że nie ma kolejek, lwice mają serca, choć nie wiem, czy nie wyrwane petentom, stanęłam przed okienkiem. Tutaj obsługiwała dla odmiany gołąbeczka. Podniosła pierzastą brew, zakokosiła się na krzesełku, bo już komputer jej doniósł z trzecią prędkością kosmiczną, że zameldowałam się na podstawie prawka (ja się boję pomyśleć ile wiedzą o mnie służby specjalne) i grucha mi w ucho:

- O, spóźniła się pani.

- No właśnie, czerwiec tak mi mignął, jak wypłata, której i tak nie mam.

- Pani ma nieaktualny dowód od dwóch lat z okładem! Gdyż/albowiem automatycznie traci ważność po upływie 3 miesięcy od momentu wymeldowania się.

Świat mi zawirował i poczułam jak podłoga uderza mnie z impetem w plecy.

***

     Po przyjściu do domu Mamina przynosi mi gazetę otwartą na artykule z migającym na czerwono tytułem:
"Od 1.01.2015 nowe wzory dowodów osobistych! Nie trzeba wpisywać adresu zameldowania".

***

Teraz muszę tylko Małżowi powiedzieć, że wzrośnie nam opłata za wodę i wywóz śmieci.