Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.
Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.
Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.
Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.
Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji.
Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.
Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.
Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!
Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!
No już. Koniec tej traumy.
Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.
Bum-bum, bum-bum, bum-bum i tak sto razy na minutę. Mam tachykardię oraz cierpię na bezsenność. Małż wkopnął mnie już pod kaloryfer, bo staję się w nocy problematyczna. Moje sny przekraczają już wszelkie normatywy normalności w każdym kierunku. Chociaż dzisiaj, na ten przykład, miałam sen już spokojniejszy i dociągnęłam nawet do rana. Nie wystąpiłam w nim przed ludnością nago, nie zatkało mnie słownie, nie zrobiłam żadnego fopasa, ani nie spotkał mnie żaden inny kataklizm. Zaskakująca ulga trwała do czasu, gdy spostrzegłam, że zapomniałam się pomalować, a moja twarz zupełnie zatonęła w wysokich falach zmarszczek w ten sposób, że powyżej brody byłam nierozpoznawalna dla otoczenia. Ale może to i dobrze. Okaże się niebawem. Na razie oddycham w torebkę desiguala, defibryluję się okładami z kota i obżeram z nerwów do nieprzytomności. To koi moją duszę, a zalew endorfin i insuliny, którą produkuję na pełnych obrotach, tłumi tsunami hormonów stresu.
Jedząc pączki i golonkę, wszystkimi otworami tryskają mi głupawe limeryki.
Pewnej pani z miasta koziołków
plątało się w głowie od wątków.
I co się okazało?
Że w głowie miała siano,
bo jej mózg pozbawion był wrąbków.
albo:
Pewna pani z miasta Poznań
miała w życiu nadmiar doznań.
Więc na sposób się wzięła,
Dopływ bodźców odcięła
teraz Małż jej śpiewa sopranem.
lub też:
Pani Monika nie z miasta Chojna
od wielu dni jest niespokojna
dla świętego spokoju
zamknął Małż ją w pokoju,
teraz w domu jest "Pokój i wojna".
Niech mnie ktoś z litości dobije.
A'propos pokoju. Pokażę kuchnię, na której prężą się gary zdobyte ostatnio krwią i literaturą. Kaszmirowa by mi nie wybaczyła!
Gary miały cudowną moc! Małż, jak za dotknięciem przewodu z wysokim napięciem, ugotował w nich zupę dyniową, placki cukiniowe i rosół, po czym czar prysł na tysiąc lat i ja, jako Kopciuch powróciłam do swoich ustawień fabrycznych.
I chociaż mnie język świerzbi, nie powiem, dlaczego palą mi się obwody! Tere-fere! To będzie w następnym odcinku!
A nadmiar bodźców, uczuć i innych tajfunów wewnętrznych można produktywnie, za przeproszeniem, skanalizować w:
Wiecie, że te duże i dorosłe dzieciaki stoją już za płotem, przebierając nóżętami i czekają na Wasz mały gest? Odezwijcie się do nich! Jak miło zobaczyć, że się chichrają!
No dobra, to jednak nie zważając na istnienie słowa pruderia, napiszę o tym.
Widziałam bardzo wyraźnie, że Małż leży na czymś, obejmuje to, przygważdża brzuchem i podryguje przy tym niedwuznacznie. Jego włochate nogi są figlarnie rozrzucone na boki, ręce takoż i, co tu kryć - król jest nagi! Pupa jego biała jak szczyt Kilimandżaro, tak śmiesznie podskakująca, półkule pośladków jędrnie plaskające. I już, już miałam wybuchnąć rubasznym śmiechem nad tym ociekającym nieskrywaną frywolnością obrazkiem, gdy z całą mocą dotarło do mnie, że jednak, mimo, że jest zabawnie, to heloł! jednak mnie, bądź co bądź, ten Małż zdradza. I to z czym! Auuu! To coś było monstrualnych rozmiarów. Wypasione na najdroższych witaminach. Choćby nie wiem jak Małż się rozkraczył, to nie zasłoni tego zjawiska własnym ciałem. Błyskało spod niego to tu, to tam, swą nabrzmiałą i gładką czerwonością. Błyszczące, rumiane i pachnące. Roztaczające wokół siebie drżącą aurę letnich wypadów na łono, słodkości wypełnienia czary obietnic, ugaszenia nienasyconego głodu i erupcji nieposkromionych żądz. Pod podrygującym na wysokościach ciałem Małża prężyło się apetycznie tego wszystkiego ucieleśnienie. ONA! GARGANTUICZNA TRUSKAWKA!
Nakładanie się na siebie fonii i wizji w moim prywatnym ośrodku kojarzeniowym trwało bardzo długo i było procesem wręcz zapalnym, by nie rzec - nowotworowym. Dźwięki, obraz i wspólny wydźwięk zdarzenia nałożyły mi się wreszcie ze zgrzytem klucza w wiekowym i zardzewiałym pasie cnoty w jedną całość, której żmudne przepychanie pod górkę w zamkowej wieży mego organu zostawiło za sobą na schodach mokrą, czerwoną, pulsującą bólem smugę.
Stop klatka. Małż zamiera z rozrzuconymi na wszystkie strony świata członkami i wpatrując się maślanym wzrokiem w dal, rzecze głosem jak roztopiona czekolada:
-Wiesz, a może i ty chciałabyś spróbować? To nawet całkiem przyjemne.
Obrazek dzięki uprzejmości Malwiny Krusz. Ferenz z Dzieciowo mi :)
Pytanie Małża zrzucone z wysokości dwumetrowego owocu nawet nie wydało mi się aż tak idiotyczne. Tak samo z czynem, by wdrapywać się w fazie plateau na truskawkę. Kątem oka zarejestrowałam, że w strategicznym miejscu ma ona odpowiednio wyprofilowane wgłębienie, hm. Wdrapałam się na szczyt. Żeby nie spaść musiałam wzorem Małża, a nawet rozgwiazdy, rozrzucić swe kończyny jak róża wiatrów. Powierzchowność truskawki była bardzo przyjemna. Ciepła od słońca, nieco elastyczna, pachnąca tak kusząco... pachnąca... pachnąca... nie wytrzymałam więc. Nie mogłam się oprzeć i uległam. Rozdziawiłam swe usta, zawijając górną wargę nad czołem, błysnęłam perłą zęba i z rozmachem opuszczając głowę, wpiłam się z impetem w miąższ. Sok ściekał mi po brodzie, skapując obficie na dekolt. Mmmm truskawki w lutym! Orgia!
Mam nadzieję, że nasz trójkąt wyda owoce! Za jakiś czas nasza brzemienna truskawka zaowocuje i powije soczki w kartonikach.
Zgadnijcie z czego się składam? Dla ułatwienia powiem, że z dwóch modułów.
Brzucha i snu mianowicie. Oba moduły rozrosły się niemiłosiernie, co poznałam w sposób gwałtowny, gdy byłam z koleżanką w kawiarni. Spodnie tak mi uciskały aortę brzuszną, że Marini Bianco, które piłyśmy z lubością, zatrzymywało się na poziomie szyi, a tam, wiadomo, dużo śluzówek i wchłanianie większe. Wobec zaistniałego faktu musiałam dwukrotnie powstrzymywać stół przed odfrunięciem do innej sali.
A drugi moduł, zrośnięty na amen z pierwszym to wspomniany sen. Mogłabym wszędzie z onym. Na stole, na dywanie, podczas prania, nie mówić, że w łóżku. I dzisiaj Mat mnie oświecił, co ze mną. Postaram się w telegraficznym skrócie, bo za chwilę uderzę czaszką w klawiaturę, a gdy ją podniosę, zamiast rzędów uzębienia w kolorze zleżałego śniegu, będę miała rząd czarnych klawiszy. A wiadomo, że wtedy łatwo o połknięcie jakiejś litery.
Elena Merendelli
SEN.
Tak, już wracam na tory, podwinę sobie tylko powieki otwieraczem do sardynek.
Od kilku dni, tylko z poczucia wstydu nie powiem, że kilkunastu, dręczy mnie jakaś katatonia mocno zespolona z narkolepsją. Nie wiem, czy ma to związek z brakiem słońca, z tym, że kołderka taka ciepła, ze snem przerywanym dziwacznymi historiami (zakonnice, grzyby, ryby w dowolnych konfiguracjach), czy z niekontrolowanymi wyrzutami melatoniny. Coś się mojemu zegarowi pomięszało i wskazówki biegają po tarczy jak postrzelony królik. I właśnie dzisiaj dowiedziałam się od Mata, co mi jest. Otóż - im dłużej się śpi, tym bardziej się chce spać. Ja po prostu za dużo śpię!
A to wszystko zostało mi zaaplikowane w przystępnej formie papki z WuDeŻetu. Tajemniczy skrót oznacza ni mniej ni więcej, jak Wychowanie do Życia w Rodzinie. Zacukałam się, bo jak oni gadają w szkole o śnie, a ja o życiu w rodzinie w domu, to po kiego czorta te rewolucje w szkole?
Elena Merendelli
Dzisiaj niebywale krótko, bo chrrrrrrrrr.........
Może następnym razem Mat przyniesie z WDŻetu jakieś informacje, które podniosą nam ciśnienie.
A więc jednak to koniec. Zostawił ją. Elen, przygryza dolną wargę, wierzchem dłoni ociera mokre oczy. Od deszczu, od łez, od ich błękitu. Od tej pory nie ma już nic. Świat się zawalił, a nad jego zgliszczami pulsuje rytmicznie czerwone światło. Spływające strumienie migoczą na zaparowanej przedniej szybie samochodu, a zmoczone, długie włosy Elen, nie są tak jasne jak w pełnym słońcu. Automatycznym ruchem przekręca kluczyk w stacyjce. Silnik i jej dusza równocześnie wyją, przed nimi ogromna czarna dziura, nic poza tym. Nie ma światła, nie ma ruchu, nie ma życia. Nic. Pustka.
Czuje niepokój, a jej ciałem szargają żywe i bolesne wspomnienia czasu spędzonego z Marc'em.
Wyjeżdża do miejsca, które kocha. Kilkadziesiąt kilometrów pod miastem w dalszym ciągu stoi ich wspólny Eden. Skarbnica ich szczęśliwych lat.
Po dotarciu na miejsce, Elen staje nad urwiskiem. Patrzy.
Chwilę się waha, spod stóp wykrusza się kilka kamyczków, które podskakując na stromiźnie, wpadają z cichym rozpryskiem do jeziora.
Plum!
plum!
plum!
plum!
Elen zaciska pięści, nabiera powietrza do płuc, zatrzymuje je i - skacze. Wiatr próbuje ją jeszcze chwycić za włosy, ale wyślizguje mu się z powietrznego uchwytu. Próbuje jeszcze objąć ją w pasie, rozdmuchując sukienkę, ale smukłe ciało łączy się z taflą wody tak gładko, jakby składało się z niej w stu procentach.
***
Ciemność i zimno znikają, ustępując miejsca przyjemnemu ciepłu i jasności. Woda, co mile zaskakuje, jest cieplejsza, niż zazwyczaj i bardziej gęsta. Elen nie widzi w niej tak wyraźnie, kontury są zniekształcone, jak gdyby patrzeć przez szklankę z wodą. Pod jej brzuchem przepływają nierealnie olbrzymie, śliskie okonie i muskają jej skórę chłodnymi, gładkimi płetwami wielkości dłoni. Patrzą na nią swoimi nieruchomymi, rybimi oczami, w których zastyga nieme pytanie. Wokół nóg owijają się galaretowate wodorosty, głaszczą jej stopy i uda. Wodę przeszywają smugi błękitnego blasku, w świetle którego widać strukturę dna pokrytego po podwodny horyzont malachitową łąką. Elen płynęła tuż nad nią, nawet nie zauważając, że nie musi oddychać.
Wychodząc na brzeg, nawet się nie zdziwiła, że czekają na nią przyjaciele, przecież już od kilku dni próbowali ją pocieszyć. Bardzo spodobało jej się to, że przez jakiś czas pomieszkają razem. Uśmiechnęła się w duchu - a jednak udało im się wyciągnąć ją z takiego życia. Jest zmęczona i od razu kładzie się do łóżka. Pościel jest tak miękka i przytulna, że Elen zapada momentalnie w sen.
Nagle budzi się i zauważa, że nie jest sama. Obok niej leży Marc. Wspomnienia odżyły. Co się dzieje?! Przecież Marc jej nienawidzi! Jakim cudem mógłby się znaleźć tutaj? Razem z nią? Palące uczucie wypala jej dziurę w mózgu, a gorąca błyskawica przeszywa boleśnie ciało, przypominając w ułamku sekundy, gdzie jest i co się stało. Pragnę go zatrzymać, najbardziej na świecie, lecz wie, że stało się nieodwracalne i nie jest w stanie nic zrobić, by zmienić stan rzeczy.
Podczas, gdy Elen siedzi skulona w pogniecionej pościeli i gorączkowo tasuje myśli, słyszy, jak jej znajomi bawią się w... co? W "transy"? Dziwne. Co u licha się tu dzieje? Co to za nowa zabawa? Przecież wszyscy są już trzeźwi, na wczorajszej imprezie było tylko trochę niskoprocentowego alkoholu, zero dragów. Słyszy podniesione głosy, z których wyławia strzępy informacji, łącząc je zgrabnie w jednorodną całość. Podczas jednego z transów, któraś z dziewczyn ginie w gęstej, zielonej, żyjącej mazi. Maź wciągnęła ją. Po dziewczynie nie ma śladu. Rozpłynęła się. Odeszła.
Elen jest przerażona, ale uzmysławia sobie, że zniknięcie w tym świecie oznacza pojawienie się w innym. Bingo! A jednak istnieje możliwość zjednoczenia z Marc'em! Zjednoczenia duchowego, kojącej współobecności, zrozumienia i akceptacji.
Przecież przyjaciele często namawiali ją do przejścia w inny stan świadomości. To jest właśnie ta zabawa w transy! Niech i tak będzie.
Po wielu próbach, z Elen zaczyna się coś dziać. Ze strachem przekracza próg świadomości. Przechodzi przez bramę z własnego, wygiętego w łuk, ciała. Zapada się w siebie... Otwiera oczy i stwierdza, że jest w komnacie z luster. Czuje wewnętrzny przymus, by przejść przez jakieś i dostać się do innej komnaty. Które lustro wybrać? Które stanowi bramę? To łatwe. Na każdym z luster jest napis z białego proszku, które widzi tylko ona. Aby przez nie przejść, musi go zdmuchnąć. Elen wydmuchuje powietrze z piersi, a pył migocząc układa się na kształt tornada i po chwili rozpływa się w powietrzu, tak jak i wybrane lustro. Elen śmiało wchodzi do trójkątnej komnaty. Rozgląda się wokoło, gdy wtem, ze wszystkich stron oblewa ją niemal namacalny, ANIELSKI śpiew. Jest tak piękny! Każdy dźwięk dotyka innego fragmentu jej ciała, obmywa ją krystalicznymi fluidami o zmiennym natężeniu siły i temperatury. Niespotykane połączenie dźwięków, smaków, ciepła, zimna. Fluidy oplatają jej ciało, wpełzają do uszu i ust. Zostawiają na języku smaki, kolory i wibracje, wprawiając ją w duchową ekstazę. Elen uśmiecha się i czuje, że uśmiech przenika do realnego świata, o którym teraz nie chciała nawet myśleć. Ktoś pyta, dlaczego się uśmiecha. Widzę anioły - odpowiada.
Znajomi wołają Marc'a. Pojawia się momentalnie, siada naprzeciwko Elen.
- Ty idiotko! Nie pozwolę się wciągnąć w twój świat!
Elen nie dowierza. Czuje się tak, jakby ktoś uderzył ja w twarz. Nie, to nie może być prawda! Nie teraz, nie po tym, co przeszła! Musi być jakiś sposób, by go przyciągnąć do siebie! By skończyć tę makabryczną huśtawkę nastrojów, to frustrujące życie na granicy jawy i snu i przeplatającej się tęsknoty z ukojeniem. Te męczące, bolesne fluktuacje, gdy jedno znika, a pojawia się drugie.
Elen patrzy z napięciem w jego twarz. Marc pochłonięty jest rozmową z kolegą. Patrzy dalej, nie odrywając od niego wzroku. Napięcie rośnie, a ona czuje, że nie ma już własnej twarzy, że jest tylko dwojgiem ogromnych, okrągłych oczu. Dostrzega, że Marc jest rozproszony, nie skupia się na rozmowie, co chwila zerkając na nią. Elen zdaje sobie sprawę, ze coś go w jej twarzy przyciąga. Patrzy w nią coraz częściej i nagle widzi, jak mężczyzna unosi się nad krzesłem, przechyla się i wpada głową w jej głowę. Widzi, jak cały w niej znika - po głowie tułów, za nim nogi. Marc znajduje się teraz w jej brzuchu, a Elen doznaje olśnienia. Tak! Jakie to proste! Przecież tak niewiele trzeba, by mnie znowu pokochał! Muszę go tylko urodzić!
Teraz wydarzenia nabierają tempa. W okamgnieniu Elen rodzi Marc'a. Noworodek rośnie w zastraszającym tempie, dojrzewa w kilka minut, staje się dorosłym mężczyzną w kwadrans. Nowym, z czystą pamięcią, którą można zapisac od nowa.Jakie to proste! Ogromna ulga.
Elen i Marc żyją już na zawsze w jej świecie, chodzą ulicami, nie odróżniając się od innych par. Jest pięknie. W drodze do teatru Elen kupuje od znajomej lodziarki masę ciastek i lodów. Marc się śmieje, wie, że za Elen przepada za słodyczami tak samo, jak za nim. Jest bosko, wokół nich powietrze aż skrzy się od miłości. W Edenie pada ciepły, rzęsisty deszcz. Elen, wypełniona szczęsciem po czubek głowy kątem oka dostrzega czerwony neon. Śmieszne, ale czy tam jest napisane... Niemożliwe. Mruży oczy, ale litery żyją własnym życiem, wiją się jak węże i zamieniają się z sobą miejscami. Marc i Elen? Merci? Eden? MercElen? MercEden? Mercedes!. Mr Mercedes! To jego sprawka!
***
Elen patrzy z góry na sterylne, ciche pomieszczenie. W jej głowie tańczą efemeryczne wspomnienia, a może to tylko sny. Kluczyki, głęboka dziura, ryby, lustra, oczy, Marc. I nagle doznaje olśnienia. Widzi z góry, jak wygląda to naprawdę. Obok siebie, ale na osobnych łóżkach leżą oni. Starzy, pomarszczeni. Szpital, czerwony, jarzący się w półmroku wykres EKG na aparaturze podtrzymującej życie, wkoło ludzie, bardzo smutni. Synowie pochyleni nad rodzicami. W kącie ociekający niebieski parasol. Elen śmieje się i bezgłośnie krzyczy spod sufitu:
- Hej, co wy robicie?! Przecież nas tu nie ma!!!.
***
Nad nimi czerwone. Ocaleją ci, którzy patrzą inaczej.
Jeden na milion, pod kawałkiem suchego, ciepłego błękitu.
***
DIDASKALIA:
Właśnie dowiedziałąm się, że oba teksty... Wygrały!!!!!
Długo nie wiedziałam, czy wystartuję w konkursie Książkówki, w którym prosi Ona czytelnika o opisanie tego, co widzi na okładce "Pana Mercedesa". Aż wreszcie w niedzielne przedpołudnie, w przeddzień zakończenia konkursu, doznałam olśnienia. Jak zwykle w łazience, podczas mycia włosów.
Otóż 5 czerwca nad Poznaniem miało miejsce niecodzienne widowisko. Mieniący się kolorami zachód słońca. 9 czerwca nadciągała w sposób spektakularny, aczkolwiek mniej polichromatyczny, burza. Ale jaka! Aż dzieci chciały biegać boso po trawie! Musiałam to uwiecznić na zdjęciach.
A na deser, kilka dni temu odgrzebałam wspominki, wśród których znalazłam stenogram z mojego własnego, osobistego snu, który śniłam również całkiem samodzielnie, a który był wynikiem traumy, której doznałam po dramatycznym zakończeniu pięcioletniego związku. Moje kości zostały rzucone. I to wilkom na pożarcie. Bez podania powodu. Moje 22-letnie kosteczki! A wydawało się, że byłam królową życia! ;)
To ja, jeszcze przed rzuceniem kosteczek ;)
Kartę z damą serca zrobiłam samodzielnie ze swoich zdjęć i znalazłam pierwszy
i jedyny punkt w Poznaniu, gdzie robiono nadruki na koszulkach.
Na początku lat '90 była to mało znana nowinka!
Wybranek serca nosił tę koszulkę ze mną na piersiach ładnych parę lat ;)
A to sen, spisany prawie 20 lat temu :)
(Małżu, nie powinieneś być poirytowany, bo z Tobą łączą mnie o wiele gorętsze momenty, np. gdy nasz samochód buchnął żywym ogniem na ul.Szewskiej, a więc w samym sercu miasta, przy Starym Rynku).
Te wszystkie elementy wskoczyły mi na swoje miejsce podczas masażu głowy szamponem rumiankowym. Podskoczyłam na milimetr i poukładałam puzzle w kołtunie - czerwone niebo, deszcz, Mat i Mim pod - akurat, niebieskim, parasolem i na dokładkę Dwójca z zeszłego roku, z niebieskimi balonami w Warszawie. Przypadek? Nie sądzę :)
Ponadto nareszcie mogłam się wykazać raportem z małymi szczęściami czerwcowymi w comiesięcznym rozdaniu kuferkowym, również u Książkówki. Przez długi czas nie udzielałam się w nim, z oczywistego powodu, braku jakichś spektakularnych radości. Czekając na Godota, mającego przybyć w przykrótkim płaszczyku wielkiego szczęścia - pracy oraz zrażona brakiem reakcji na moje wielomiesięczne udzielanie się w kuferku (a była i poezja, i liryka, i dramat - bez efektu) być może nie doceniałąm tak bardzo, bardzo tych pomniejszych radości. Bo tak ich wiele! Pozwolę sobie je tu przytoczyć, gdyż jutro znikną jako sen jaki złoty:
"Dzień Dziecka z hukiem otworzył bramy czerwca, pachnącego truskawkami i
kuszącego corocznie obietnicą wakacji, do których prowadzi zarośnięta
bluszczem furta. Tego dnia były lody. Takie prawdziwe, robione domową
metodą, najlepsze w mieście. Po takie lody stoi się w klejącym się
asfalcie 45 minut, podczas których orgiastyczne wizje smaków rozpływają
się w gorących oddechach. Usiedliśmy na drewnianych piramidach przed
lodziarnią, w chłodnym cieniu. Mim zajadał waniliowe, brudząc
esencjonalnymi kroplami bluzeczkę. Pozostali - czekoladowe w wariantach z
truskawką i maliną. Pestki wesoło trzaskały pod zębami. Mam nadzieję,
że smak tych lodów pozostanie nam w pamięci na zawsze.
9
czerwca było parno. Powietrze stało nieruchomo, a drżąc zamazywało
kontury drzew. Wieczorem niebo nabrało w usta najpierw różu w liliowych
odcieniach, potem purpury i fioletu, by z hukiem piorunów chlusnąć nam
na głowy zawartością chmur. Dzieciaki biegały po trawie na boso i wesoło
piszczały. Filtrat dnia i esencja szczęścia w czystej postaci. Chwila.
10
czerwca to imieniny mojej Mamy. Tego dnia Służba Zdrowia obsypała Ją
hojnymi darami w postaci zespołu lekarzy, pigułkami i kroplami we
wszystkich odcieniach tęczy. Zabieg na oku trwał niespełna 15 minut, ot
rutyna. Rutynowo uszkodziła się część siatkówki, zator, problemy z
widzeniem, izba przyjęć. Na razie jest lekka poprawa w widzeniu, choć
leczenie będzie długotrwałe.
11 czerwca zachorował młodszy. Atak
alergii. Ostatni kaszel alergiczny trwał kilkanaście miesięcy. Wielka
radość, bo przechodzi, a nie minęły nawet 3 tygodnie.
23 czewca Dzień Ojca. Ciepło przy sercu, Tato, opiekuj się mną z Góry, jak przez ostatnie 18 lat.
23
czerwca, wieczór. Lód w sercu. Wujostwo w drodze nad morze uległo
drastycznemu wypadkowi. Przy prędkości 90km/h koleina wybiła ich w
powietrze, koziołkowali i dachowali w polu. Wygrali los na loterii
życia. Kolejny raz, bo ciocia 22 lata po wylewie, prawostronny
niedowład, afazja. Teraz tylko podbite oko, potłuczenia i zadrapania.
Samochód zwinięty w harmonijkę. Umrą za sto lat w ciepłym łóżku :)
Jutro
zakończenie roku szkolnego. Mat jest patentowym leniem, nie uczy się
nawet do sprawdzianów, chroni się jak może, by nie zaczęli uważać go za
kujona. Bez najmniejszego wysiłku, z lekcjami robionymi na kolanie w
niedzielę wieczorem, średnia 5,6 i wzorowe zachowanie. Kilka wygranych
konkursów ogólnopolskich, wojewódzkich i szkolnych. Młodszy bardzo
podobnie, chociaż to maluszek, druga klasa. Pierwsze miejsce spośród
klas drugich oraz 57 miejsce na 468 z całej Polski - z angielskiego. Matma w małym palcu,
zresztą jak wszystko. Mam dwa żywe cuda w domu.
Co jeszcze optymistycznego? Żyję. Mimo ciągłego wiatru w oczy, do przodu. Nie mogę inaczej. :)"
Dorzuciłabym do puli jeszcze jedno - ciepło i wsparcie, które otrzymałam od Braci Blogerskiej. I najważniejszy telefon miesiąca - Inwentaryzacjo, istoto o kryształowym głosie, wrzucam do kuferka nasze 56 minut :)
Cmok w kok!
PS
Pozwolę sobie tu zamieścić pracę konkursową Inwentaryzacji, bo szkoda, by przepadła w mrokach dziejów. Inwentaryzacja powinna pisać opowiadania!
"Kiedy pan Stefan po raz ostatni przed weekendem przypominał o czekającej
jego podopiecznych poniedziałkowej wycieczce, wspomniał też o
konieczności zabrania ciepłych kapotek i...parasolek.
- Pan chyba żartuje! – wykrzyknęła mała Królewska z pierwszej ławki. – To najcieplejszy, najbardziej upalny czerwiec od lat!
- Zobaczymy – mruknął pan Stefan.
Oczywiście
w poniedziałek żadne z dzieci nie przyniosło ze sobą parasolki, mimo,
iż od rana niebo było pochmurne, ołowiane. Pan Stefan był zmuszony
rozdać całej klasie jednakowe, czarne parasole szkolne. Tylko jedna
jedyna Królewska miała ukrytą w tornistrze śliczną, niebieską parasolkę,
ale pan Stefan odebrał ją dziewczynce stanowczo, wręczając
nieodróżniający się od innych parasol.
- Dla dobra ogółu – powiedział oschle.
Zanim
wyruszyli ze szkoły rozpadało się na dobre. Kiedy już stali przed
drzwiami wyjściowymi, pan Stefan przekrzykując grzmoty i szum ulewnego
deszczu nawoływał:
- Uformować zwarty szyk! Parasole razem!
Wyobrażał sobie, iż dowodzi armią małych żołnierzy, która tarczami osłaniała się przed gradem mokrych strzał z nieba.
-
Podążać za niebieską parasolką! – wrzeszczał, kiedy ruszyli i podniósł
niebieską parasolkę Królewskiej trochę wyżej, żeby dzieci ją widziały.
Pan
Stefan całe życie uczył przysposobienia obronnego i nie miał zamiaru
się poddawać czemuś tak banalnemu jak zła pogoda. A o deszczu zawsze
wiedział wcześniej, bo go łamało w kościach".
Zauważyłam przez brudne okna, że wiosna przyszła, o? Promyk słońca przebija się z oporem przez pajęczyny i muska jakiś zielony z lekka pęd, fiołek tu i ówdzie wystawia swą fioletową główkę i pochylając się nad kupką zwiniętych, mokrych liści dziwi się ich corocznej śmierci. Jaka niespodzianka. Czas wstawać? A takie miałam sny! Zieeeeeew. Wiem, wiem. Ja też nie lubię jak mi ktoś opowiada, co też mu się przyśniło. To zawsze jest takie żenujące i idiotyczne. Niestety, skoro tu wdepnęliście, to musicie swoje odsiedzieć i posłuchać.
Przebudził mnie w środku nocy stłumiony rechot. Chwilę to trwało, zanim zlokalizowałam jego źródło. A źródło, ku memu najwyższemu zdziwieniu, tkwiło we mnie. Z drugiej strony, zaraz tylko, gdy przypomniałam sobie, co mi się przyśniło, przyznałam sobie rację, że dobrze się jednak stało, że sama siebie obudziłam tylko po to, by zapisać ten sen w pamiętniczku. Otóż w moim śnie spotkałam Czechów. Czesi stali wokół mnie i rozprawiali o czymś z uczonymi minami, ale z ust ich wynicowywało się tylko smrt, brt, frfcl tudzież frt, st i hrwt. Ha! A najlepsze, że ich rozumiałam i to było podwójnie śmieszne.
Kolejny sen. Otóż los tak chciał, że dostałam pracę. Krótko jednak trwałą moja radość, bo praca nie była biurowa, ani nawet siedząca. Miałam objąć posadę primabaleriny. Zgodziłam się, ale pamiętam tę wewnętrzną walkę, którą toczyło moje zwierzęce Id z anielskim Superego. Z jednej strony zmuszałam się do milczenia, żeby pod żadnym pozorem nie zdradzić się, że nie znam się na tańcu, a baletowym w szczególności. Z drugiej strony, gdybym powiedziała prawdę, straciłabym tę posadę zanim bym ją otrzymała. Wyszłam więc na scenę. Ale pech chciał, że z boku było lustro. Oczom mym ukazał się widok zatrzymujący w miejscu krew w żyłach. Na scenie stała kolubryna o masie tucznika t=120kg w tiulowej różowej sukience i satynowych pointach rozmiar 42. Szerokie biodra, deska z przodu, cellulit ściśnięty rajtkami. Dobrze, że miałam przekrzywione, stare okulary, przez które bardzo źle widziałam co dzieje się na proscenium. Jak się okazało później, wzrok mój pogorszył się drastycznie i w sposób nagły, ponieważ bryle przykryte były drugimi, wielkimi jak talerze, w czerwonych oprawkach. Chociaż szkła były in minus, to cała optyczna kabała in plus, bo przynajmniej nie dane mi było widzieć wyraźnie tej żenady.
W następnym śnie, nieco starszym chronologicznie, Małż pił bawarkę ze znicza. Doradziłam mu przezroczysty, bo pierwotnie sączył z czerwonego z archaniołem Gabrielem.
Znowuż kiedy indziej brałam udział w ślubie. Na szczęście nie własnym. O dziwo ktoś nieopatrznie poprosił mnie o piastowanie roli świadkowej. Wszystko poszłoby w miarę gładko, gdybym nie musiała gonić pary młodej po całym mieście. Nie pamiętałam w którym kościele jest uroczystość, więc wpadłam w nerwowym popłochu do Bazyliki św.Piotra, ale okazała się pusta. Po czym doznałam olśnienia, pacnęłam się w czoło i z ulgą pognałam do Asyżu.
Dzisiaj rano Małż obudził się i obwieścił, że śniło mu się, jakoby dostał pracę. Praca okazała się o dziwo być biurową. Biuro Małża było nieduże, a nawet tak malutkie, że mieściło się w kontenerze na śmieci. Miało gustownie wycięty otwór podawczy, przez który było widać stosik papierków piętrzący się na biureczku. Ni z gruszki ni z pietruszki zmaterializował się Szef, a Małż jak nie zacznie mu płakać w rękaw! Jak nie zacznie prosić! Panie Szefie, ale ja się chcę uczyć!! Uczyć! Jak to tak, na szeroką wodę od razu, ja się muszę najpierw nauczyć! A Szef na to: Przecież ma pan skończoną podstawówkę! Po czym Małż oznajmia, że jest w szóstej klasie i że chyba znalazł swoją pasję: będzie dokarmiał bezpańskie koty na placu. Koty i gołębie gwoli ścisłości.
A tak bałam się o naszą przyszłość! Zupełnie niepotrzebnie!