niedziela, 29 kwietnia 2018

(262) KOCIM PAZUREM: nie trzeba jechać do Peru, żeby mieć perskie dywany, czyli jak łatwo pozyskać gada

[z offu dochodzi pukanie w mikrofon przerywane zmiennie posapywaniem przeplatanym z ocieraniem się o kable z płynącym w nim strumieniem miziających elektronów, co ładuje atmosferę dodatnim ładunkiem, bo plus do minusa, te sprawy. Aż w końcu gładką taflę ciszy z tej strony ekranu rżnie głos...]


Halo? Słychać mię?!


[szur szur, mrrr, kkkrrrkkkk]


Atansją! Tu Lima. L I M A. Mówiem! 

Moja Matka Zastępcza jest zajęta, więc obejmuję dowództwo nad tym kawałkiem intehnetu. Thudno, nie trzeba było zostawiać otwahtego komputeha...
To ja może szybko napiszę, chociaż mi thochę thudno pukać w klawiatuhę, bo znowu uhosły mi paznokcie. Hybhydowe! A ponieważ ja się dobrze żywię w tym siedmiogwiazdkowym hotelu o inthygującej nazwie Skohpioland, więc to zhozumiałe, że mi wszystko ładnie hośnie. Dzięki czemu hasłem naszego domu jest hasło "Tu żywią i bhonią".  Bhonią to akuhat mowa o mnie, bo jestem świetnym sthóżem. Wystahczy, że śpię w wiathołapie i żaden obcy nie ma odwagi przekhoczyć phogu, zważając nawet tylko na moje gabahyty i ghoźny wygląd bultehieha. Ale o czym ja, aha. Przycina się, przycina te moje paznokcie, maniukiuhy hobi, a one spod spodu pyk!, wyłażą jak sztylety. Ja tam nie narzekam, bo spoko się takimi hybhydami orze krzesła, ale moja Matka tego chyba nie lubi. No nie wiem, mnie tam się podobają te krzesła tehaz. Takie thochę indiańskie, a thochę kowbojskie. Podobnoż fhędzle są ciągle w modzie i ja w tym domu jako jedyna staham się nadążać za modą. Oczywiście nikt tego nie docenia, banda skostniałych oldskuli!

No ale o czym to ja. Aha.

Mama przyszła do mię w czasie sjesty popołudniowej, hozkosznie przeciągniętej do hana dnia następnego, ze wzhokiem mętnym, z jednym okiem wywalonym na lewą sthonę, że to białe tak ładnie błyskało i już już miałam chęć skoczyć na to, bo przypominało mi bahdzo piłeczkę pingpongowa, ale whóciło na swoje miejsce, czyli niebieskim do przodu. A to już przygasza jakby zabawę, atmosfeha siada, hozumiecie. Popęd w dół, postawa nocnego sthóża, mahazm, nihilizm, phawie zgon, czyli stan konstans czy jakoś tak, z tendencją jakby zniżkową.

Matka najpiehw mię skrzyczała, to znaczy nie, że wokalnie, bo ona spojrzała tylko tym swoim krzywym okiem z błyskającym białkiem i powiedziała - oj Lima, Lima, jaki ty masz ghuby tyłek. A sami wiecie, a już szczególnie osobniki ze zdublowanym chhomosomem X, jak się odbieha takie uwagi. GHUBY TYŁEK. No nie. I to tylko dlatego, że wygniotłam thochę krzaczki lawendy, tak na amen, czyli dokonałam wielokhotnej deflohacji. Zdeflohowałam oghódek, uszczuplając go haptem o dwie do trzech lawend i połać skalniaków, któhe tak cieszyły to kaphawe oko mej Matki Zet. Ale moje ciało cieszyły bahdziej, o koci haju, jakie one były puszyste! Tehaz muszę namówić Matkę na powtóhny zakup tych dywanów, bo thochę ciągnie od klepiska i jeszcze się pochohuję.

Ale o czym ja, aha.

Matka po tych przydługawych dyghesjach na temat mej wagi pióhkowej i jej ponoć thagicznych konsekwencji dla oghodu i finansów (haha, dophawdy), przeszła do klu: łopocząc rzęsami, dosyć długo hozpływała się nad tym, jak to w sklepie zoologicznym trzymała w hęce i tu uwaga, bo pojawi się stek bzduh, mętnych dywagacji balansujących na poghaniczu zdhowego hozsądku, wahiacji emocjonalnych i taczka przesadnej puchatości. Otóż dowiedzieliśmy się bahdzo dokładnie, przez jakie to stany emocjonalne przepływała, gdy trzymała w hęce... DZIECKO GEKONA. Otóż miał być ponoć słodki, śliczny, mięciuchny, miał konsystencję żelka Haribo i tehaz uwaga, najlepsze - MIAŁ DELIKATNE, CUDNE HĄCZKI i cały był kochany, co wphawiło Matkę w stan uniesienia i hozdętej czułości. Jeszcze się nabawi odmy od tego i zemrze w kwiecie wieku.
Ołmajgad...

Tehaz widzicie, co się może stać z człowiekiem, kiedy trzyma w hęku ohizdnego jaszczuha. Jak można popadać w taką emfazę nad gadem? Thochę się obawiam,  że go tehaz przywlecze do Skohpiolandu i będzie hołubić jak zamohską księżniczkę, a wiadomo, że księżniczka jest tylko jedna - JA. Konkuhencję staham się dyskhetnie likwidować, w czym pomaga mój wydajny układ pokahmowy.

Muszę zmykać, bo Matka whaca, nie mówcie jej że pisałam, dobha? Jeszcze wrzucę zdjęcie, żebyście zobaczyli, w jakich skandalicznych wahunkach muszę tu spać. Spahta, jak phagnę zdhowia. I nie daj kociborze (kocibóh to takie kocie bóstwo, któhe hozdaje siedem do dziewięciu żyć, no ale to każdy gópek wie), że zmuszą mnie do odstąpienia od łoża na rzecz tego pahchatego gada!

No to pa! Idę deflohować oghódek! Wschodzące piwonie są takie kuszące! Meh!


PS
Jakby wasi szefowie mieli otwahty komputeh, to piszcie do mnie! Kotki i kocuhy, opanujmy intehnety! Chomiki, szynszyle, ptaszohy też mogą, w końcu co. Oghanicza nas tylko bhak przeciwstawnego kciuka! (Nie dotyczy węży, ale węże i tak nie są hozmowne). Hyby niech może dyktują migowym.


sobota, 14 kwietnia 2018

(261) O kobiecie, która zawróciła bieg rzeki kijem

     Uliczka skręcała łagodnie w lewo i obniżała swój bieg płynnie jak koryto górskiego strumienia. Maleńkie domy zrośnięte wspólną ścianą z kamienia stłaczały się po obu stronach niewzruszenie, grzejąc swe blaszkowate grzybie daszki w popołudniowym upale i próbując oddać nagromadzone ciepło skostniałym murom przez spoiny wapiennych żył. Skóra domów  z wyprażonych na słońcu kamiennych łusek grzała w plecy mężczyzn siedzących na ławkach przed każdym wschodnim wejściem, zachodnia strona pozostawała w zziębniętym cieniu. Kocie łapy ławek wysuwały i chowały pazury, i mrucząc z lubością, prężyły grzbiety pod dłońmi gładzącymi ich poręcze.
Małe okna porośnięte otoczakami patrzyły na ulicę wzrokiem bazyliszka i mrugały trzecią, mleczną powieką tiulu. Zza powieki wylewały się na ulicę, łza po łzie, życia mieszkańców, zagłodzonej mikroflory miasteczka i spływały suchymi kanałami burzowymi, plotąc historię, od wieków taką samą. Gdy umierali, chowano ich w piżamach, bo szli przecież na wieczny spoczynek, a nie na bal. 
     Na końcu cichej uliczki siedział skryba, machał drutami i plótł z niej andruty, które upychał ciasno w bibliotece. Mieszkańcy karmili się własnymi opowieściami i rośli jak na drożdżach. Nie chcieli znać nikogo spoza miasteczka, bo i po co? Byli samowystarczalni. Gardzili ichnimi, bo gorsi, mieli w poważaniu miasta ze szkła i stali, kto to widział, panie, żeby mieszkać w akwarium. Zimą ubierali się w puchate kożuszki z pleśni wyhodowanej samodzielnie w winnej piwniczce, gdzie warzyli piwo, którego sami nie mogli wypić, więc wylewali ukradkiem do zlewu. W piwnicach pachniało stęchlizną, wszystkim odbijało się wczorajszym. W miasteczku wszystkie lustra pokazywały wypaczony obraz. Kobiety miały podkowiaste usta, których kąciki obciążały niebieskie kamienie uwiązane na sercu. Każdego ranka kobiety wymiatały spod łóżek łzy na szufelkę i wrzucały do kufra z wianem, posag jak malowany. Związywały ciasno warkocze, by nie pękły na pół, by nie pojawiła się rysa na twarzy, rozpadlina, przez którą widać co mają w środku. Dlatego ich ściśnięta skóra była pomarszczona i matowa.

     Ignis Altero pojawiła się nagle. Jechała po ulicy jak burza, a wiatr wydymał jej czerwony spinaker koszuli. Spod metalowych kół dwukolca pryskały iskry, które dzieciaki z piskiem opon mózgowych chwytały w słoiki i karmiły słomkami przez cały wieczór. Pruła w dół, wychylała się na zakrętach, szurając kolanem o ulicę i  wysuwając w bok kij, przesuwała go po sztachetach płotów, robiąc w końcu wiele hałasu o coś. Po ulicach niosło się głośne: trrrrrrrrr! Waliła w parapety, budząc mieszkańców, tłukła krzywe lustra. Kocie ławki w popłochu dawały drapaka, a mężczyźni, sięgając bruku, pocierali obolałe zadki i drapali się w porośnięte szczeciną głowy. Podmuch dwukolca wzbijał w powietrze kłęby kurzu i powodował przeciąg od jednej bramy miasta do drugiej. Ulice wymiotło do żywego.

     Ignis przyjechała, by zabić skrybę.

     Jadąc z powrotem, widziała uśmiechnięte, piękne kobiety ubrane w kwieciste sukienki. Stały w progach jasnych domów, niektóre siedziały na pustych skrzyniach. Poprawiały przycięte włosy, z wdziękiem wspierając bose stopy na obrośniętych kwiatami skalniakach z niebieskich kamieni inkrustowanych tu i ówdzie łzami skurczonymi do wielkości diamentu.

     Śmiech Ignis oprawiony w ramy błyskał teraz bielą w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał skryba. W bibliotece uruchomiono nowoczesną tkalnię, a materiały, które tam wytwarzali mieszkańcy stały się cenionym towarem eksportowym. Wyburzono część pustostanów, dzięki czemu można było budować warsztaty, dziedzińce i parki. Do miasteczka przyjeżdżali kupcy i turyści z odległych szklanych miast i zawsze częstowani byli herbatą, bo jak wiadomo, herbata jest dobra na wszystko. :)


***

No, to taka opowiastka na dziś, obrazek, który zakwitł mi rano na tylnym płatku mózgowia. A mogło być w sumie gorzej, bo oto co grozi od machania piórem. Są jakieś dodatki za pracę w warunkach szkodliwych?



     Poszłabym do kina na jakiś piękny film. Albo obejrzała coś w necie. Coś lekkiego, pięknego, ale nie naiwnego i bronciepanieboze pretensjonalnego. I żeby nie kończyło się źle, bo trochę mi już żyłka się napręża z wysiłku. Coś relaksującego, prawdziwego. Istnieje w ogóle taka kompilacja dla dorosłego?
Chyba proszę o bajkę na dobranoc. Tak, to coś takiego, tylko target inny :) Polecicie coś na porost dobrych myśli?

PS
O, coś takiego jak "Frida" z Salmą H. To apropopo prawdziwych.

piątek, 6 kwietnia 2018

(260) Dla ludzkości jest nadzieja!

Mim, dziecię moje drugorodne, które dopiero martwą uniosło powiekę, zmachane życiowo influenzą przebiegającą z widowiskowymi hołubcami, które to dziecię wyczyniało po chwilowej utracie świadomości, a z której wyrywał je ratownik medyczny ujeżdżający karetą, to ten właśnie, ten sam synek mamusi po pierwszym dniu w szkole:

- Mamusiu (albowiem upatrzyli sobie obaj to słowo, uważając je chyba wielce żartobliwym). A więc - Mamusiu, mam dla ciebie dwie wiadomości - dobrą i złą. Którą chcesz najpierw?

- Złą oczywiście, bo potem będzie mi dwakroć przyjemniej. A ja lubię jak mi jest przyjemnie - co jest najszczerszą prawdą, ponieważ jestem hedonistką pełną gębą i chciałabym, żeby zawsze było mi dobrze, a świat mówił do mnie kici-kici i smerał pod pulchną bródką różowym piórkiem. 
No i teraz chciałam być pomiziana różowym piórkiem, to się od razu nadstawiłam.

Mim wciągnął powietrze do swych wymizerowanych chorobą płucek, które przed chwilą przeganiał po Orliku, i z których mogłyby wydostawać się okrzyki niewybredne, jakie tylko niespełna dwunastolatek wydobyć potrafi, z cyklu - no podaj, jak podajesz ośle garbaty, tudzież kaloszu parchaty, psia twoja nać. No mogłyby, ale niestety gra w ciszy. 
No więc wciągnął i używając tego powietrza, przedmuchał je przez struny głosowe, artykułując tak oto:

- Zacznę zatem od dobrej wiadomości, która brzmi: nie dostałem kropki za nieprzygotowanie z religii.

- Brawo, synu! Hosanna! Cóż za spektakularny sukces! - napuszyłam się od razu, bo nie dostać kropki jest rzeczą wielką, zwłaszcza przy zaawansowanej sklerozie i postępującej wybiórczej demencji Mima. - To teraz ta zła wiadomość, nic nie może zmącić mej radości!

- A zła jest taka, że w wiadomości numer jeden skłamałem.


No, spuchłam z dumy. Rośnie mi niebywałej rangi dygnitarz państwowy. Tak powinno się przekazywać niewygodne wiadomości, o na przykład:

- O, ma pan syna, śliczny chłopak! Podobny do tego hydraulika, co to do państwa przychodził, prawda? Jaki on jest przystojny! Jak Adonis! Gratulacje!

Albo:
- Kupiłem mamusi cudne kolczyki, ale w tym roku przebijemy tylko uszy, dobrze?

Albo:
- Był wypadek samochodowy, nie udało się nikogo uratować, prócz pana. Ale pocięte zwłoki, które przewoził pan w walizce, ocalały!

sobota, 31 marca 2018

(259) Może skusicie się na książkę, jakiej nie było?

Kochani Skorpioczytacze!

Doprawdy, nie wiem, co jest w tych świętach, że na tuż przed mam w domu taki burdel. One zawsze przychodzą nie w porę. Jeszcze chwilę wcześniej miałam czyste okna (a potem złośliwie sikało po nich brudną wodą), miałam też czyste podłogi (dopóki nie spadł na nie mak, twaróg i kocie kłaki), czyste łazienki dopóki (noooo, dopóki się ich nie używało) i w ogóle wszystko było gites, świąteczne i pachnące. Powinnam chyba robić dokumentację fotograficzną, a potem złożyć sobie wszystko w HDR i napawać się sterylną czystością i ordnungiem. No niestety, takie luksusy to nie dla mnie. Wszystko na świecie jest labilne i nic nie lubi próżni, więc w Skorpiolandzie wygląda jak co dzień, ale co ja się mam przejmować. Ważne, że mamy drożne przejście do lodówki.

Tymczasem na świat powoli wystawia głowę dziecko, które zostało poczęte w efekcie ścisłej współpracy z naukowcami Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Jeździłam do Instytutu i miałam okazję rozmawiać ze światowej klasy specjalistami, z samego czubeczka Mount Everestu nauki. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Co to za ludzie! Co za historie! Jakie umysły!



Nasze dziecko składa się z 26 opowiadań powstałych na kanwie przygód, które przeżyli naukowcy. Muszę z satysfakcją przyznać, że sporo tam namieszałam piórem i nie są to reportaże. Zwiedzimy stację Hornsund na Spitsbergenie, popłyniemy z Antarktydy do Rio, popływamy po Narwi. Opowiadania są dowcipne, wzruszające, zaskakujące a czasami z niespodziewanym efektem łał. Można sobie we własnym fotelu poprzeżywać całą gamę emocji i dowiedzieć się przy okazji ciekawych rzeczy. Książka uczy, bawi i rozrywa. Będę zaszczycona, jeśli będziecie mieli ochotę sięgnąć po nią. Już za chwileczkę już za momencik! Aktualizacje na stronie Instytutu na Fb: https://www.facebook.com/igfpan/

Ale to jedna strona medalu. Radość i zadowolenie, że się udało. 

A było ciężko. Bardzo ciężko. Wtedy, kiedy trwały prace nad książką, już podjęłam decyzję o rozwodzie. Mąż robił mi piekło na ziemi. A ja - byłam zmotywowana jak nigdy w życiu. Pisałam w piekielnie trudnych warunkach. Jestem podwójnie dumna, że mi się udało i to na wysokim poziomie. Nie poddałam się. I nigdy nie poddam. 

A to, co przeżyłam, to materiał na świetny poradnik dla kobiet. Ale to już inna historia :) Cieszę się, że się do mnie odzywacie, gratulujecie odwagi. Ale odwaga to tylko przezwyciężanie strachu. Tylko i aż, bo to bardzo trudne. Dziękuję, że się ze mną dzielicie swoimi historiami, trzymam za Was kciuki, Kobiety. Dacie radę.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy z kolei trzymają za mnie kciuki, nawet nie wiecie jak wiele sił mi to daje. Bardzo potrzebuję :* Bo sprawa ciągle w toku od blisko roku, że tak sobie zarymuję frywolnie :)

Miejcie dobre dni, Kochani!



niedziela, 4 marca 2018

(258) Dzień Pisarza, który wszyscy obchodzili wczoraj, a ja dzisiaj


     Zaskoczę Was, ale wczoraj był Dzień Pisarza. Na razie jakoś obchodzę go nieprzesadnie, może z racji braku wielbicieli on line - bez czerwonych dywanów, wiechci kwiecia i sypania płatków róż na prześcieradło. Za różami nie przepadam, ale i tak byłoby to bardzo miłe, niemniej kto by to potem sprzątał? I tyle prania, bo kwiatki puszczają kolorowe soki, które trudno sprać.
     
     O, tu może wtrącę patent dla artystek z okolic, jak zrobić sobie metodą chałupniczą domowy batik bez wosku. Otóż na tkaninę kładziemy kwiatuszki i bezdusznie roztrzaskujemy je młotkiem, przez papier do pieczenia (woskowany hehe), aż do puszczenia posoki. Chabry mają ładną krew, bratki też. Odciskają swoje piętno piękna na przykład na bieluchnej pościeli. Potem trzeba to zaprasować, żeby utrwalić i przypieczętować związek chemicznie i termicznie. Czyli tak, jak w życiu. Lekki ciepły nacisk wzmaga homogeniczność.

     Wracając do Dnia Pisarza. Otóż w domu mam takie dwa pisarskie przypadki, które łechcą mnie mile w okolice serca i mózgu. I nie chodzi tu o zdolności nawet, ale o chęci i walkę na pióra zamiast pięści, o co w sumie nietrudno, jeśli ma się potomków płci męskiej.

     Znalazłam w swojej drewnianej skrzynce po winie, w której trzymam listy, kartki i dowody sympatii od Was, Braterską, acz Jadowitą Bitwę na Słowa, którą toczyli moi synowie rok temu, w imieniny Mima. 


Mim do starszego brata pisze:

Macie!
Nieudaczniku drogi,
Co stoi koło drogi.
Co z ciebie wyrośnie?
Chyba róża na sośnie.
Tyś żywej skolopendry* nie widział,
Bo jej niedowidział.
Jak masz żyć bez okularów,
Tak samo jak rolnik bez swych psów...Azorów.

* skolopendra jest ulubionym zwierzątkiem Mima.

Pisownia oryginalna.

A Mat, buchając obłoczkiem siarki z nozdrzy na początku i hamując epitety bezpośrednie, a skłaniając się ku tym zawoalowanym, spreparował taki oto odzew, który od połowy do końca skapuje już czystą miłością. Cały Mat!

Ze tak powiem, mój Braciszku,
Beznadziejne wiersze piszesz!
Wszystkie one są bez sensu,
A te rymy... bardzo dupne...

Chwalić Ciebie - jak tak można?
W końcu Tyś Mickiewicz nie jest.
Mimo wszystko ktoś Cię ceni,
komuś się podobać może.

Zajmij się czymś innym, Bracie,
Boś z wierszami nie po drodze.
Przyrodnikiem, ekologiem,
Byle nie wierszopisarzem!

Ach, mój Mimku, mój kochany,
Cóż o Tobie można mówić?
Że wierszami się zajmujesz?
Trochę Ci to nie pasuje...

Jednak powiem Ci w sekrecie:
Jak chcesz - pisz te wiersze dalej,
Mózg też ładnie swój rozwijaj,
Byś nie skończył jako prostak.

A ponieważ imieniny
Dzisiaj masz mój Mimku drogi,
Życzę Ci, byś ładniej pisał
I marzenia swoje spełniał.




Ale Mim chyba nie zostanie poetą, tylko pisarzem idącym własną ścieżką, choćby miała nurt przeciwny do mainstreamu.

Oto jakie słowa znalazłam pod jego ostatnim wypracowaniem z polskiego o Ani z Zielonego Wzgórza (nie mógł strawić). Adresatką jest polonistka:

PS
Wypracowanie nie jest długie nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że wybrałem taki krótki rozdział (niestety).

o_O


     Niech żyją zatem wszyscy pisarze - nieboszczyki, ci w fazie żyjącej, acz larwalnej, ci w kwitnącej i płodnej, i ci, którzy piszą do szuflady. Ściskam wszystkich Znajomych i Zaprzyjaźnionych Pisarzy! :*

    A kto pragnie, niech mi śle kwiaty i białe półsłodkie wino. Także bez okazji i w wielkościach nielimitowanych!



niedziela, 11 lutego 2018

(257) 11. 02 .2018 - piękny dzień!

   I nadszedł ten wielki dzień.
   Dzień, którego koniunkcja planet i zbiegi okoliczności uczyniły wyjątkowym. Co jest wyjątkowego w 11.02.2018? Me przenikliwe trzecie oko od razu to zobaczyło. Przekazało impuls do drugiego mózgu, który w okamgnieniu przetrawił dane wypluwając w trymiga wynik:

dzień: 1+1=2
miesiąc 0+2= 2
rok: 2+0+1+8=11, a to jak wąż łyka swój ogon, dając obraz nieskończoności: 1+1=2

Dzień parzysty, dzień par, doskonałe konotacje na zrobienie czegoś w dwójkę. Dzisiaj wszystko się może udać!

No i właśnie dzisiaj o północy, w pierwszej minucie tego niesamowitego dnia, zakończyła się licytacja książki, którą w miesiąc piórem machnęła Kaczka, kolcem rył Skorpion, a nieboszczyk Tyrmand jako jedyny, normalnie, jak człowiek napisał długopisem. I to otworzyło drzwi postawione na progu krętej ścieżki kariery, wszak Tuwim odkrył już dawno, ze aby mieć u czytelników powodzenie trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie. Najlepszy zaś sposób to być zagranicznym perwersyjnym nieboszczykiem. 
Rola nieboszczyka była już obsadzona. A kto wziął się za perwersję w książce, też wiadomo. 

Licytacja "Wędrówek i myśli porucznika Stukułki", alternatywnej i kontrowersyjnej wersji drugiej wojny światowej toczyła się między dwoma Paniami. -->Momarta, jak Frankenstein, rażona życiodajnym piorunem licytacji zmartwychwstała z hibernacji blogowej, uszczęśliwiając swą obecnością czytelników. 

EEG zadała cios młotkiem do licytacji, oferując 130 złotych polskich, czym ustanowiła również rekord Guinnessa ceny książki napisanej przez trójce nie tak świętą. 

Laur z liści bobkowych należy się obu Paniom, bo Momarta, nie bacząc na wynik walki, od razu na początku wpłaciła na poczet rehabilitacji Michała okrągłą sumkę.

Dziękuję Wam moje Panie! Jesteście Wielkie!



No i dzisiaj jest rocznica ślubu Michała!

Po wtóre - Michał pojedzie na rehabilitację! Do zbiórki dołączyła Małgosia Południak. Przekazała na ten cel swoje książki, kapiące od pięknej, dojrzałe poezji. Bez Jej pomocy nie dalibyśmy rady. Dziękuję raz jeszcze, Małgosiu!
Dziękuję Wam wszystkim, którzy włączyliście się w akcję!!!!! ♥

Wyjazd Michała to nie wszystko, czego potrzeba, by zahamować chorobę. Bo nie o wyleczenie chodzi, to choroba nieuleczalna, tylko o to, by nie posuwała się tak szybko. Najlepiej byłoby ją zatrzymać teraz. Michałowi potrzebna jest też rehabilitacja domowa, pieniądze na leki. Cały czas można wpłacać na konto Zrzutki 

TUTAJ:


Można tez przekazywać Michałowi 1% swojego podatku. Trzeba jedynie wypełnić dwa pola w deklaracji podatkowej PIT:

KRS 0000338878
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

EEG, daj proszę znać na uslugiliterackie[małpa]gmail.com, dogadamy szczegóły :)

No, a teraz lećcie robić tak, by ten dzień stał się jeszcze piękniejszy! Cmoook!


piątek, 2 lutego 2018

(256) Dlaczego przykułam się łańcuchem do kaloryfera i nie mogę swobodnie olśniewać (jeszcze)

     Za dwa tygodnie... Jezu, nie! Już za tydzień! Za tydzień, w związku z moją zawrotną karierą literacką i nie tylko, mam odbyć sesję fotograficzną. I dodam, że to nie ja będę robić zdjęcia, żeby była jasność.
     Zostałam uprzedzona, że będę musiała przebierać się i to chyba kilkukrotnie, w zależności od światła i innych czynników przyrodniczo-fotograficzno-socjologicznych. Ja tam bym wolała w całkowitych ciemnościach, żeby skryć swe rysy i nie mówię tu o wyniosłości biustu npm, bo to ledwo Gubałówka. 
     W związku z powyższym zostałam zmuszona przez wewnętrzne, naglące głosy, które założyły mi skutecznie nelsona na moją odzieżową ignorancję, do wędrówki przez knieje, chaszcze, kręte dróżki upstrzone wilczymi dołami jak lustro w ośrodku pomocy socjalnej, do przedzierania się przez ostępy najeżone ostrokołami, pokonywania smoków i szalonych wiewiórek z zębami jak dłuta, nie mówiąc o drapieżnych pająkach wielkości bernardyna. No, krótko mówiąc zmusiły mnie do zrobienia porządku w szafie. Jak Skorpioczytacze zapewne się domyślają, skończyło się katastrofą, bo kto jak kto, ale ja celuję w życiowych katastrofach. Takie mam hobby jakby. No. 
     Pierwsza katastrofa, której kwaśny smak jest znany wszystkim Paniom, pulsuje mi na języku czerwonym neonem: ALE JA NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ. Może dlatego, że wyrzuciłam z szafy jakieś 300 kilo niepotrzebnych, jak się okazało, ciuchów, to znaczy wyleciało prawie wszystko, prócz sukienek, koszul, białych spodni i dżinsów, bowiem kto zna Skorpiona, ten wie, że odziewa się on w koszule i takież spodnie notorycznie.
     Ale to by było pół biedy. 
    Druga tragedia ścina krew w żyłach i miesza zmysły w ciągu nanosekundy: JESTEM GRUBA. No niby stan znany Paniom również, ale w moim wydaniu stało się to NAGLE. Sama nie wiem kiedy, bo do tej pory piżama, w której chodzę całą dobę, ciągle na mnie pasuje. A jednak stało się. Potrzebuję na gwałt namiot. Dwójkę. No, może nie na gwałt, ale na sesję. Wolałabym chyba sesję z genetyką i biochemią, a więc z przedmiotami, które wchodziły mi na studiach tak boleśnie jak wchodzi drzazga pod paznokieć albo wątróbka. A tu będzie sesja jeszcze gorsza. 

     Zwłaszcza, że uznałam, że mam złą fryzurę. Jakoś mi nie pasowało coś. Przycięłam sobie zatem trochę boki przy uszach. No nie, żebym miała takie opony sięgające wysoko pod uszy, no nie. Włosy podcięłam. Musiałam wyrównywać. Potem wyrównałam grzywkę, która stałą się jakoś nienormalnie długa. No i ją też musiałam wyrównać. A potem jeszcze raz. Na końcu okazało się, ze włosy były ok, nie ok za to było z twarzą, no ale jakby nie mam drobnych na operację plastyczną, a nawet gdybym miała, to nie zdążę się zagoić. Cóż. Czytałam, że akurat rozpoczął się konkurs na projekt plakatu promującego Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych. Moje szanse rosną.

     Cóż bis... Wyciągnęłam zgrzewkę wody z garażu, zapleśniałe suchary zza szafek i przykułam się grubym łańcuchem do kaloryfera, po czym związałam sobie dla pewności ręce sznurem do bielizny, uprzednio wyrzuciwszy nożyczki, żeby mnie nie kusiło wyrównywać ponownie. Moi synowie mają zakaz reagowania na moje ciasteczkowe rozkazy, zakaz ulegania błaganiom i szantażom różnej treści, a także mają nie lękać się moich gróźb karalnych. (Ja tam bym się bała strasznie). Pod żadnym pozorem nie mają dać się zwieść mojemu słodkiemu głosowi syreny, mamiącemu, że tylko to jedno maleńkie i to z wydłubaną czekoladą. NIE. Żadnej wydłubanej czekolady z piegusków! Zakaz jabłeczników, serników i ciastek pod groźbą wydziedziczenia i wprowadzenia ostrych restrykcji czasowych w korzystaniu z xboxa. Co jak co, ale to ostatnie działa niewymownie. Od godziny łkam, żeby mi ktoś odgarnął włosy z oka. Paluszkiem.

     Boże! Świeć Panie nad moją tuszą!

A one się tak do mnie śmieją!


środa, 31 stycznia 2018

(255) A u nas szaleństwo! Licytacje, damsko-męskie akrobacje!

1. Proszę ja Państwa, co tu się wyrabia! Do akcji SOS dla Michała, skorpionowego kolegi w niedoli dołączyła się owocnie Małgorzata Południak. No i teraz szaleństwo! Tomiki poezji wyprzedane, ale można posiąść te oto torbę przecudnej urody, licytacja trwa na fejsie! Przekazała ją przyjaciółka Małgosi - Sonia. Dziękuję, Dziewczyny! ♥


Zdjęcie użytkownika Malgorzata Poludniak.


Licytacja torby TUTAJ:

------> Torba borba!



2. Dołączam z książką, która popełniłam z Kaczką. Oddaję swój prywatny egzemplarz, dwa ostatnie zostawiam dla moich Synów. Książka jest nowa, może być z dedykacją lub bez, wedle uznania. Jeżeli ktoś wybierze opcję "Z", obiecuję napisać na jej karcie strofkę-rymowankę ku czci Wygrywańca licytacji lub na temat, jaki Wygrywaniec wybierze.
Wygrywaniec wpłaca kwotę na zrzutkę Michała TUTAJ i przesyła swoje namiary naziemne na mój adres mailowy uslugiliterackie[at]gmail.com, a ja wysyłam Mu książkę.

Cena wywoławcza... no nie wiem. Hm, na ile wyceniacie jęzor Skorpiona i pióro Kaczki? 3 dyszki? Niech będzie!

Cena wywoławcza 30 zł. Koniec licytacji w sobotnią noc 10 lutego o północy.

Licytacja w komentarzach pod postem, bo może na Fb trudno wszystkim trafić? Kto da 3 dyszki? Kto przebija?


O książce można poczytać  -----> TUTAJ

3. Oczywiście ciągle można wpłacać bezpośrednio na stronie ze zrzutką. Nie krępujcie się wpłacać nawet małych kwot. Można anonimowo! ;) Naprawdę, każde 2 złote się mnoży. Żeby każdy wpłacił po dwójeczce, już dawno sumka byłaby zebrana. Mamy już 2325 złotych! Czyli do upragnionych 3200 już niedaleczko. Nie ma przeciwskazań, by przekroczyć tę sumkę, a co! 


4. A może ktoś chciałby przekazać swoje dzieło albo srebra rodowe na zbożny cel? Hę? Niech pisze do mua, dopiszemy go tu albo wstawię w poście link do licytacji u niego.



Zbieramy TUTAJ:

Michał zbiera na bilet na dalsze życie - turnus rehabilitacyjny



A teraz clou programu! Dwa wieczorne słowa od Michała! :)





Tutaj jest dwuminutowy program z TVP Gdańsk o Michale,w którym wypowiada się on sam, jego mama i lekarz. Zachęcam, byście zerknęli mimo okrągłej minuty reklam przed.

https://gdansk.tvp.pl/28698302/oddal-pieniadze-ale-sam-potrzebuje-pomocy



A na słodki deser z mojego drugiego bloga --->Kręgosłup Oralny (jakby kto nie wiedział, no ale chyba nie ma takich, hę? No ja mam nadzieję, bo tyle śmichu z chorób tam, ze może grozić anatemą), przeklejam post o sanatorium w którym poznałam Michała w listopadzie 2016 roku. Wierszyk mój, ofkors, taki mogę stworzyć i wpisać na kartę wylicytowanego Stukułki.

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)



- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

wtorek, 23 stycznia 2018

(254) Tu się śpiewa i tańczy!

Wiadomo, że sprawiedliwość nie istnieje. Temida rżnie w kości i pokera, unosząc znad oka opaskę z tiulu, kiedy nikt nie patrzy. Ten co prał żonę opływa w dostatek i grzeje kości przy kominku, a taki,  który pomagał innym, choruje na raka. Każdego może dopaść nieszczęście i nie jest ono skoligacone nawet w bocznej linii z dobrem, które się kiedyś wygenerowało z siebie. Nie ma kary za winy i nie ma nagrody za dobre uczynki.
To los jest ślepy, nie Temida. Raz dwa trzy, na kogo wypadnie na tego bęc. Temu garb, temu udar, śpiączkę albo zawał. A temu wygraną w totka i zdrowe zęby.

No i padło też na Michała. I próżny trud pytać za co, dlaczego ja, dlaczego nie ten z trzeciego piętra, co ma kochankę, samochód i dobrą pracę? Jałowe pytania, od których nie sposób uciec, bo taka jest ludzka natura. Nikt nie poczuje jak kogoś innego boli noga.

Ale jest coś co łagodzi cierpienie. Empatia. No dobra. Los trącił kostropatym paluchem, nawiwijał, ale już poszedł. I teraz trzeba z tym bałaganem żyć. Bo się da, a co najważniejsze, bo się chce! O, jak bardzo się chce! Trzeba posprzątać, posklejać i iść dalej. Najlepiej na własnych nogach. I o to właśnie chodzi.

----> Michała już znacie. Młody, dwumetrowy facet, dla którego ratunkiem jest rehabilitacja. Przedwczoraj założyliśmy konto, by uzbierać, tak, jak w ubiegłym roku, na turnus rehabilitacyjny. W sumie nie tak wiele, bo 3200zł. W zeszłym roku ta sztuczka się udała i to w dużej mierze dzięki Wam Michał spędził kilka tygodni ćwicząc rzetelnie i poddając ciało tym wszystkim zabiegom, które mają z nim zrobić porządek.

Teraz też damy radę, co?  :)


Na stronie jest magiczny przycisk "wpłać"


(na ucho Wam powiem, Kochani Skorpioczytacze, że Michał...
 DZISIAJ!!! OJEJ DZISIAJ!!!! MA ... 37 URODZINY!!!!!!!!)


To może zaintonuję STO LAT i się przyłączycie?



wtorek, 9 stycznia 2018

(253) Prezent od mężczyzny nie może być banalny

     Przeczytałam coś tak pięknego, że skóra zaczęła mi się iskrzyć jak futro jednorożca, a zamiast krwi  przesuwały się w żyłach kłębuszki waty, łechcąc mnie delikatnie pod różową podszewką.

Takie niby nic!
A zaczyna się jak bajka:

Ich ojciec nie był zbyt bogaty, chociaż mieszkał w Stanach. Był wręcz biedny. Oksymoron, co? Przecież wiadomo, ze jak myśli się o Ameryce, to widzi się Amerykańca z korpo, ewentualnie jakiegoś innego nowojorczyka pędzącego żółtą taksówką, albo metrem, spieszącego się do banku, wynajmowanego domu albo po prostu biegnącego po hot-doga. Chyba, że myśli się o kobiecie, wtedy staje przed oczami pani z shitsu pod uperfumowaną pachą, nastolatka w sneakersach, wielka Murzynka, sprzedawczyni lub biurwa. Albo wręcz przeciwnie - myśli się o homelessach zasiedlających kawałek kartonu po pampersach. Nikt w naszej potocznej wizji Amerykanina jakoś nie mieszka na wsi, a tak się śmiesznie składa, że chyba większość USA to wieś. 

     No i ojciec mieszkał na wsi właśnie. Żeby było ładniej, nazwiemy to farmą. 
Zbliżały się urodziny córek, może i bliźniaczek, a on nie kupił im żadnego prezentu. Hm, teraz się zastanawiam, że może to nawet nie były bliźniaczki? Niemniej to ojciec, czyli osobnik domyślam się, płci męskiej, więc mógł nie zdążyć z tym całym kramem zakupowym, miał za mało czasu, by ogarnąć nawet w rozpiętości urodzin odległych o pół roku. Co tu zrobić? Do najbliższego sklepu sto dwadzieścia strzałów z łuku, ale i tak niema baksów, nie uplecie też na poczekaniu bikini z kory, nie nazbiera muszelek na naszyjnik, choćby dlatego, że do oceanu jest hoho, a może i dalej, fermentacja alkoholowa też odpada z racji niedoborów czasowych i ścisłych zakazów stanowych dotyczących upajania nieletnich, a już tym bardziej własnych. Prawdę powiedziawszy nie wiem, czy tak pomyślał, więc chyba trochę zmyślam, ale to co zdarzyło się później, wydarzyło się naprawdę. 


     Słońce skrwawiło się linką horyzontu, rozlewając się z sykiem po piachach pustyni i przesiąkało leniwie na drugą stronę Ziemi, skapując tam porankiem. Tymczasem tutaj, po stronie zdarzeń, wlewała się z góry czerń kosmosu inkrustowana błyszczącymi diamencikami gwiazd. Całość prezentowała się nietandetnie, więc ojciec zabrał swoje córki właśnie tam, na pustynię pod wypięte na nich niebo. U nas ojciec wyprowadził Jasia i Małgosię do lasu, ale tu jest Ameryka!
- Wybierzcie sobie którąś gwiazdę, to prezent ode mnie. 
Dziewczyny były zachwycone. Wybrały sobie po jednej i wpatrywały się w podarki uszczęśliwione. Okazało się, ze jedna wybrała sobie Wenus, trochę się więc pospierali czy może dostać planetę, w końcu miały dostać równo po gwieździe. Finalnie stanęło na tym, że jedna wybrała sobie... tu wypikam, bo nie wiem co widać na niebie letnią nocą nad Stanami, a nie chcę wymyślać farmazonów paranaukowych, że mogła być to jedna z gwiazd konstelacji Oriona - ładnie brzmi, ale bez riserczu nie da się tego dokładnie orzec, a jest już po pierwszej w nocy,więc nie będę zgłębiać astronomii o tej porze. Mam czytelników, którzy znają się na ciałach, i to nie tylko niebieskich, pewnie wstawią w kropki coś ładnego. 
Druga dziewczyna dostała Wenus, tu już nie mam wątpliwości. 

**
(dwie gwiazdki, słodki Jezu w morelach!)

No i taka to właśnie opowieść poruszyła me wątpia. Mieć własną gwiazdę! Ba! Mieć planetę na własność! Kto tak ma? Ja też chcę, niech mi ktoś podaruje jakieś ciało! Przecież to jest płynny romantyzm, co?


poniedziałek, 1 stycznia 2018

(252) Bąbelki w nosie, na zdrowie!

No, to koniec. 
Stary rok padł z wycieńczenia tuż za progiem i wyzionął ducha woniejącego siarką z chińskich fabryk fajerwerków. Okazało się jednak, ze to samica i o północy zdążyła powić kląskające młode. Teraz będzie rosło, żarło, chorowało i znosiło do domu różne rzeczy. Części z nich się domyślam, bo znam jego matkę i wiem co ona zdążyła nazbierać przez 365 dni swojego żywota. O, na przykład taki Mat, źrenica oka mego, pierworodny z krwi i nakładów finansowych, zlepek z genów, smartfona i dowcipu odziedziczonego po mamusi, zebrał takie kwiatki:

- Mamusiu (bo Mat tak się zwraca do matki, co ją niemiłosiernie bawi, zwłaszcza w powiązaniu z zabawnym faktem, że Mat ją przerósł o 7cm, a matka jednak do ułomków nie należy). Mamusiu - wydaje mi się, że jestem bardzo brzydki!
- Daj spokój, synu, przecież mówią, że jesteś jak skóra zdjęta ze mnie.
- No właśnie!

A Mim poszedł w stronę skrócenia szczebli drabiny wiodącej prosto w górę kariery pracownika NASA:

- Mamo, czy mogę już nie ubierać choinki? Chciałbym teraz porozwiązywać sobie zadania dodatkowe z matematyki. 

O_o


No i taki będzie ten 2018. Wierna kontynuacja roku już minionego, wyprowadzana na smyczach z DNA.

No chyba, że się jest mną, to czekają same nowości, mną, która właśnie wypisała się ze szpitala na własną prośbę. Pobyt w placówce resuscytacji zdrowia nie jest codziennością w moim przypadku, choć z Kręgosłupa Oralnego można by wyciągnąć odmienne wnioski. Jest barwnie z tym, że tak powiem, ale nieprzesadnie :) 
No i mam teraz na grzbiecie brzemię anatemy rzuconej przez ordynatora o nazwisku jak płaz: jeśli pani opuści progi naszego oddziału, już nigdy, przenigdy nie przekroczy go pani w druga stronę. Zaprawdę, powiadam to pani przy czternastu świadkach zgromadzonych w tym oto gabinecie zabiegowym, w którym czynię obchód, a siedzę. Takie cuda!
W zasadzie profesor był jak wielkie, noworoczne chińskie ciacho z dobrą wróżbą.

Tak sobie teraz pomyślałam, jako że będzie to, mam nadzieję rok mojego zakwitu na stawie literatury dla dzieci i młodzieży, że niech będzie wróżbą pierwsze zdanie, które napisałam w nowym roku. No i zdanie to brzmi: Tym szampanem nie da się upić. Więc pijmy, pijmy i oby nam bąbelki nie uderzyły do głów! (O, dzisiaj przeczytałam nowinę internetową, że nie da się gniewnie powiedzieć słowa: bąbelki). 

Bądźcie szczęśliwi, Skorpioczytacze z przyległościami! (Po świętach moje przyległości rozpasały się nadto, pocieszcie mnie, że Wasze też, co?).


Jeanne Lorioz



środa, 20 grudnia 2017

(251) Piekło w buraczkach

To było piekło na ziemi. 
Ale nie uprzedzajmy faktów.
Zaczęło się w zasadzie niewinnie, moje spóźnienie wyniosło tylko jakieś circa dwie-trzy minuty, praktycznie nie było o czym mówić, nie był to nawet przedsionek piekła, chociaż droga do niego wybrukowana jest dobrymi chęciami, a ja dobre chęci raczej zawsze mam. No i teraz też miałam, ale cóż. Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi, a Diabłu ogarek, czy jakoś tak. W ogóle skandal, żeby pociąg zza granicy przyjeżdżał punktualnie, co do minuty. Kto by się spodziewał! Ale, (tu jednak uprzedzę fakty), na szczęście kolej poprawiła się w drodze powrotnej, omijając rozkład jazdy szerokim łukiem o 40 minut, potem o 80, następnie obiecała skrócić męczarnie do 70, czym momentalnie zaskarbiła sobie ciepłe uczucia oczekujących podróżnych na całe 3 minuty, by po upływie tego czasu zrzucić ich w krainę chaosu i rozpaczy wynoszącą 115 minut. Plus z Berlinie kolejne kilkadziesiąt. No. A już się zaczęłam martwić o kondycję taboru, jak się jednak okazało, zupełnie niepotrzebnie.

     Diabeł w buraczkach czekał cierpliwie na peronie drugim i  nawet jakby nieco ucieszył się na  mój widok. Szok. Gdyby nie stał sam, tylko w morzu ciżby ludzkiej, to i tak poznałabym go po rogach. Serio, chcę taką czapkę. Kopytka Diabeł ukrył sprytnie w obuwiu, więc nie stukał po bruku, ogon schował pod pięknym grafitowym seterkiem, dzięki czemu można było zapomnieć, że to Diabeł z krwi i kości. Jacie! Ta myśl przeszywająca i jasna walnęła mnie dopiero teraz: Diabeł bardzo szybko i całkowicie uległ mi i oto już był w Poznaniu! Ecce diabolus!
Wyprowadziłam niezwłocznie Diabła na manowce, a więc na Dworzec Zachodni, który od niepamiętnych czasów bardzo skutecznie straszy zasłonami z płyt paździerzowych, wyrwanymi płytami z kolejowego trotuaru i nieziemskimi odgłosami nawiertów dochodzącymi zza płyt. Taka lokalna płytoteka poznańska. Ta szopka, która tam się odstawia, to chyba jakaś zasłona dymna, bo tak naprawdę to właśnie w Poznaniu znaleziono złoty pociąg i teraz tną go na kawałki, plotą z nich na miejscu łańcuszki i inne precjoza, a finalnie wynoszą po fajrancie na własnych szyjach i w miejscach po ekstrakcji trzonowców. W przeciwieństwie do uzębienia, ekipa pracująca jest zawsze w komplecie. O ile w ogóle jest, bo czasami w kazamatach dworca zalega niepokojąca cisza. Połowa załogi, ubrana w waciak stała właśnie na rusztowaniu na zewnątrz i zajmowała się elewacją. Dokładnie nie wiem co robiła, ale z ruchów dłoni odczytałam, że chyba głaskała spękany tynk i pocieszała nadwątloną budowlę, by nie obróciła się raptownie w mak i perzynę.

     W sumie spóźnienie moje wróżyło dobrze, trawestując powiedzenie, że dobre złego początki. Dlatego o ciąg dalszy pobytu byłam raczej spokojna. I tu teraz zza pleców dochodzi mnie chichot historii i ducha Skorpiolandu, którą to fuchę piastował Mat. Podczas niespełna trzydniowego pobytu Diabła w Skorpiolandzie, Mat wychynął raz jedyny ze swojej pieczary, odziany li i jedynie w piżamę i kapelusz kowbojski, skrywający higienicznie nadwątlone chorobą owłosienie. Wychynął na wózku inwalidzkim, który jest od dłuższego czasu, jak wiecie, bardzo intensywnie eksploatowany przez Mata, Mima i kota.

     Skorpioland powitał gościa miłym ciepełkiem wsączającym się z ogrzewanych podłóg bezpośrednio w stopy, a potem już wprost do krwioobiegu. Górna część Diabła została zalana rosołem. Chwilę później dojechały, tak tak! Kalina i Izabelka, na tę okoliczność została wykonana stosowna dokumentacja fotograficzna. Dostałyśmy od Diabła relikwie w postaci dwóch malunków, jednego kamiennego magnesu z Sardynii oraz plakatu rybiego, którego pożądanie można zaspokoić i posiąść go w Le Szopie. Kwików i szaleństwa było po pachy, bo wiadomo, że każdy ich pożąda, by sprzedać za jakiś czas po cenie zbytu Damy z łasiczką, a tak naprawdę z gronostajem.
     Po konsumpcji i bogato zdobionej konwersacji zapadła noc, która nie objęła w Skorpiolandzie swym ramieniem ani Izabelki, ani Kaliny. Może i miały szczęście...
    Głuchą nocą łóżeczko było miłe, godziny przelewały się leniwie po tarczy Księżyca, błoniaste skrzydła snu muskały znaczną część domowników, duch kaszlał gruźliczo co minutę, a moje ciało nie mogło wpaść w koleiny snu. Tymczasem... piekło jakby zamarzało, by o poranku osiągnąć temperaturę mrożącą krew w żyłach i soki trawienne, czyli niespełna 17C. Dramat, albowiem Diabeł przyjechał się głownie ogrzać i leżeć na golasa na podłodze, by wchłonąć megadżule ciepła, skumulować je i uwolnić dopiero we własnym domostwie. Na domiar złego ciężkie, wiszące nisko chmury rozpruły się i z dziury zaczął wysypywać się ten parszywy biały puch i ilościach po miliard płatków na głowę każdego mieszkańca od zera do 114 lat.
W Skorpiolandzie odbywały się w tym samym czasie sceny dantejskie (sic!) na temat ogrzewania i może tutaj napomknę dlaczego. Otóż cąły Skorpioland działa na paluszki, prąd i fale radiowe. Aby włączyć ogrzewanie, trzeba zsynchronizować elektronikę, która połączona jest bezprzewodowo magicznym eterem fal radiowych ze sterownikiem, który raczył paść. Głowili się nad tym mędrcy świata, monarchowie, którzy pospieszyli do Skorpiona bez tchu, rzucając to, co mieli w rękach, za co jestem im dozgonnie wdzięczna (napomknę tylko, że podlewanie ziem przynależnych do posiadłości jest również automatyczne, a wręcz skomputeryzowane, obejmuje zasięgiem pięć sektorów, ale nie żeby tu były hektary, o nie. Trzy skrawki ziemi wielkości latającego dywanu każda, roszone były równo od godziny trzynastej określoną ilością monotlenku diwodoru, w określonych sekwencjach i nie ma że boli, nawet w czasie deszczu. Tak się nagłowiłam nad tym komputerkiem, łącząc się z NASA, że już przez całe lato nie ruszałam tej enigmatycznej, a zarazem jednak skutecznej sekwencji, bo nie pamiętałam w jaki sposób ją ustawiłam. Tak więc, deszcz nie deszcz, podlewanie musowe. Tak napomykam, bo Skorpioland idzie pod młotek, więc  może ktoś akurat pragnie mieć takie zbytki? Na nic tu płacz Skorpioniątek i pęknięte maleńkie serca, można ustawiać się w kolejce. Selawi, jak mawiają Rosjanie.

     Ad rem. Piekło jakby zaczęło się ocieplać, więc udałyśmy się na wystawę Fridy Kahlo, polecam gorąco! Kto jeszcze nie był, niech bieży!
     Po wystawie czekały na nas nieprzebrane, wielorękie i mnogonożne tłumy, ale po chwili już wiedziałyśmy, że to nie nas będą podziwiać, tylko Festiwal Rzeźb Lodowych na Starym Rynku. Miałyśmy miejsce w loży honorowej, z okien pierwszego piętra zabytkowej kamieniczki, zajadając pierogi i popijając je winem patrzyłyśmy na ustrojony bożonarodzeniowo Stary Rynek, podświetlane rzeźby, padające wielkie płaty śniegu na lodowe żelki Haribo nadnaturalnych rozmiarów, czyli wielkości stojących na sobie dwóch krasnali (tak, Kaczko!). Bajka! I jak w bajce wracałyśmy w malowniczej śnieżycy, która ścigała Diabła aż zza Odry i dopadła tutaj. Było biało i magicznie. A po powrocie do domu, okazało się, że piekło znowu zamarzło.... Ale w nocy buchnęło żarem, dochodzącym do temperatury panującej na Bora Bora w okresie urlopowym. Piekło na ziemi!

     Po wyjeździe Diabła piec osiągnął apogeum aktywności, po czym wszystko wróciło do normy... I tak trwa do dzisiaj.


piątek, 8 grudnia 2017

(250) List w butelce

    Na świecie żyje tylu fantastycznych ludzi. Taki truizm wypowiedziany w nocnej godzinie, kiedy nikt nie słucha, może nie zabrzmi jak truizm? Wszystkich podziwiam. Niektórzy mnie inspirują, wielu mnie ciekawi, a pozostałym zazdroszczę :) Garstkę znam osobiście. Dla Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie napisałam opowiadania, które spięłam w książkę. Powstały na kanwie rozmów, jakie przeprowadziłam z pracownikami IgF z okazji 60-lecia powstania Polskiej Stacji Polarnej w Hornsundzie na Spitsbergenie, a które dotyczyły ich niesamowitych przygód, nie tylko polarnych. To właśnie tej książki się spodziewamy, Skorpioczytacze. I to między innymi właśnie grupka tych niesamowitych ludzi, naukowców, odcisnęła się we mnie liniami papilarnymi swoich historii. Na przykład ----> ten Pan. W opowiadaniu w książce występuje jako Mag Lavender. Bo są to opowieści różniste literacko :)

    On zwraca się do mnie per Moniko, ja do Niego Marku. I o ile ja dla Niego jestem może i jakąś tam Moniką, tak On dla mnie jest Profesorem. Otóż wpadł On na pomysł. Genialny i śmiały - taki, o którym mogą myśleć tylko naukowcy i dzieci:







     I wiecie co? Zrobię sobie taką kapsułę czasu. Zakopię tylko w sobie znanym miejscu, daleko stąd, butelkę po szampanie, który tam wypiję, wśród zieleni. W środku będą listy i zdjęcia. Włos. I moje marzenie - zorza. Może się spełni. Myślę, co jeszcze...
Nie przetrwa ona pól miliona lat, raptem może kilkadziesiąt, a to i tak w sprzyjających warunkach, o ile ktoś nie zechce tam postawić bloku, lub odwrotnie - może przyroda nie wyda swojej tajemnicy już nikomu. A może butelka stłucze się, papier się rozłoży, zostanie wchłonięty przez korzenie drzewa, które potem zetną, zrobią papier i wydrukują na nim jakąś książkę. Może tak tu wrócę, kto wie. 

A Wy co byście włożyli do swojej kapsuły czasu?




Kakslauttanen Arctic Resort w fińskim Lapland



sobota, 25 listopada 2017

(249) Odgrzewane kluchy i Skorpion w TV

    Cztery lata tamu napisałam dobry tekst. Mam kilka takich, które uważam za dobre i cenne. Jeden mi się tak spodobał, że przemyciłam go w całości do Bazanka.
    
     W zeszłym tygodniu miałam urodziny, moje włosy zamieniają się barwą z oślim mlekiem, pszenica za grykę, miód za kredę. Młodość to echo życia, obija się o ściany poczekalni.
       Dzisiaj obudziłam się z myślą o poniższej notce, zaskoczona tym, jak jest kompatybilna z moją sytuacją życiową, mimo że minęło już sporo czasu. Wklejam ją tutaj, ale odsyłam do ----> źródła, bo tam są komentarze, które w świetle bieżących wydarzeń brzmią jeszcze silniej. 



poniedziałek, 29 lipca 2013


(79) podróż w czasie

   Sto lat temu beztrosko cięłam krajobraz, bryzgając kolorami na słoneczne pola rzepaku po prawej i fiolety ogórecznika po lewej. Moje dłonie odkładały skiby puszystych szmaragdowych zarośli i rozchylały kłujące gałęzie strzelistym sosnom. Przesypywałam przez palce miliardy ziaren piasku z dzikich plaż, nabierałam w płuca ciemne, pachnące jeziorem powietrze, a jedyny świadek nocnych kąpieli bezwstydnie wpatrywał się we mnie opalizująca tarczą. Wpychałam w oczy zachody słońca, spadające gwiazdy, polne drogi inkrustowane migoczącymi kałużami i kocimi łbami. Wcierałam w skórę zapach miodu i morskich wodorostów. Biegłam łapczywie na wprost, szybko, upojnie, a  wyciągniętymi do góry rękami orałam niebo i darłam paski błękitu. Biegłam przez pagórki, z młodzieńczą ciekawością co dalej, co za horyzontem. Jak gdzie indziej pachnie ziemia, jak słychać szelest leśnych cieni i jak smakuje nieznane. Tajemnica czaiła się za każdym zakrętem,  po skórze skakało to, co niecodzienne i niezwykłe, muskając ją każdą ze stu łaskoczących łapek. Lecznicza akupunktura małych niespodzianek. Wszystko zależało od losu, on rozdawał karty - gdzie i kiedy się obudzę, co zjem na kolację, jakie widoki zobaczę. Która stacja przytuli mnie na 3 godziny albo 3 dni.
Sto lat temu pod puchową poduszkę i przez dziurki w skrzynce wpływały strużki wierszy: Siedząc na małej stacyjce czekam na pociąg, trzymając głowę na udach ukochanej kobiety. Marzę tylko o tym, by ten pociąg nigdy nie nadjechał.

   Kalendarze zafurkotały i przerzuciły mnie o dziesiątki lat świetlnych naprzód. W XXI wieku nie jeżdżę już koleją. W szoferce cichutko szumi klimatyzacja, a śliskie podmuchy przefiltrowanego chłodnego powietrza omywają opalone ramiona. Zmęczona nieustannym brzękiem ciągniętych za sobą kotwic, zakładam kosmyk włosów za ucho niezmiennym od lat, płynnym ruchem i wyciągam strudzone stopy z pedantycznie pomalowanymi paznokciami. Cel podróży - wiadomy. Zaplanowane posiłki 3 razy dziennie, a ściany hotelu nie pachną brezentem i dymem z pizzerii.

Za oknami auta wieczór tasuje migające w pędzie krajobrazy. Już nie kantuje i nie przechowuje asów w rękawie. Do środka wpada miarowy pomruk silnika kabestanu zwijającego liny kotwiczne, które wciągają mnie do doku.

Po wycieczce na tylna kanapę rzucam podejrzanie lekko pytanie: i jak, podobało się Wam?

 

- Super! - woła uradowany Mim

- Noo.- mruczy do szyby Mat. - A mały, obleśny rachmistrz siedzący w mojej metryce, śliniąc wskazujący palec, skrzypiącym piórem dodaje w słupku kolejne 10 lat.

Bo nagle świat objawił mi z rozbrajającą szczerością swoją prawdę - Mat jeszcze tylko kilka razy spędzi z nami wakacje. Potem będą ważniejsi koledzy, dziewczyna. Teraz jego kolej fastrygować ścieżki swoimi krokami, i wysiadywać jajka niespodzianki na małych polanach.
 Tymczasem wydaje mi się, że mój patchwork jest gotowy.

Z tyłu głowy matka Nieuchronność ciągnie za cieniutkie żyłki i zaciska na mej twarzy siatkę zmarszczek.

***

A z innej beczki, to w październiku zostałam zaproszona jako 


do programu profesora Jana Miodka "Słownik polsko@polski", który będzie transmitowany  na falach TV Polonii dzisiaj o godz.17.00. Można go będzie oglądać w wersji nonstopicznej tutaj: ----> https://vod.tvp.pl/video/slownik-polskopolski,25112017-1700,34693147

W bibliotece Instytutu Geografii Uniwersytetu Wrocławskiego było mniej więcej tak:



Ja obejrzę post factum, bo nie mam TV Polonii i skończyła mi się waleriana. Dajcie znak jak było, czy nie poodpadały Wam guziki od koszul i nie pękły odbiorniki. Si ju! ♥

piątek, 10 listopada 2017

(248) Wózek inwalidzki i nalewka czyli jak to smutek z radością się przeplata

     Dom wariatów! Jak pragnę zdrowia, dom wariatów. Chciałam się tylko podzielić tą refleksją, która zakwitła kwiatem dorodnym i czerwonym, kiedy patrzyłam na naszą uszczuploną rodzinę, że w zasadzie nic się nie zmieniło w tym zakresie. Norma. Nawet po napisaniu tytułu, czytam: jak to sutek z radością się przeplata. W sumie niby prawda.
     
     Ad rem. Otóż staliśmy się szczęśliwymi, acz tymczasowymi posiadaczami dwóch wózków inwalidzkich. Jeden pojechał do ---> Michała, czerwony jak bolid Ferrari, drugi, niebieski jak niebo w południe, został u nas na przezimowanie. Nie wiedziałam, że brakuje nam wózka, dopóki nie przybył. Od tej chwili okazało się, że to sprzęt pierwszej potrzeby i rzadko stoi bezczynnie. Dzieci skorpiońskie oszczędzają nogi i ujeżdżają po Skorpiolandzie zamiennie. Czasem chcą popchać swą matkę, czyli mnie. Matka, jak to matka, zgadza się prawie na wszystko. W sumie bardzo słusznie, bo kto wie, co człowieka czeka, niech się młodzież przyzwyczaja. Chcą pchać, tym lepiej. Jak nie stara rodzicielka, to i tak czeka ich wózek-gondola z oseskiem. Siadam więc i jestem pchana, to zupełnie jak taksówka w skali mikro. Mim spożywa na nim także posiłki, a krótkie momenty, kiedy wózek stoi bezczynnie, wykorzystuje kot i zasypia na nim z lubością. Ale śpi tylko chwilę, bo zaraz wózek zaczyna jeździć z tym biednym zwierzęciem po domu, pchany troskliwie przez Mata i Mima. Faktycznie, kot jeżdżący na wózku inwalidzkim budzi nad wyraz opiekuńcze instynkty. Proszę poruszyć kołowrotkiem wyobraźni i rozczulić się.

     Sprzęt pomocniczy traktujemy jako sprzęt i tyle. Nie ma potrzeby się go bać. Zauważam bowiem, że społeczeństwo jest zabobonne, a jednocześnie traktuje zaopatrzenie ortopedyczne jak relikwie. Nie dotykaj! Nie siadaj! Dlaczego? Bo zachoruję? Bo dosięgnie mnie palec losu i utrąci kręgosłup za karę? Nie sądzę. Laska, kula, wózek, o ile nie służą jako rekwizyty do szykan, wyśmiewania się, poniżania drugiego człowieka, są zwykłym sprzętem. Ot i cała sprawa. 

      
     W domu siedzę niemalże na walizkach. Nie wiem w którym momencie będziemy musieli opuścić to miejsce, które tak kochamy. Żegnać się z kolegami dzieci, zmieniać szkoły, okolicę. W tym roku nie zasadziłam kwiatów w donicach przed domem, nie miałam surfinii jak co roku. Na stole trzymam dokumenty, których używam, bo sprawy urzędowe mnożą się w postępie geometrycznym. Śpię jak zając.

    Wczoraj dopadło mnie dziwne uczucie. Coś podobnego do końca żałoby, kiedy ma się już siłę przerzucać rzeczy po zmarłym. Wkładając wyprane i wyprasowane pościele na górną półkę szafy, wzrok mój padł na półki, gdzie były ubrania męża. Do tej pory zionęły pustką. Minęło już pół roku. Wczoraj postanowiłam, że położę na niej swoje ubrania. Dziwne uczucie. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale chyba już mogę. Chyba schowam dokumenty. Może nawet zasadzę kwiatki w donicy... Ostatni raz.

http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,105531,19511602,murale-z-poezja-w-poznaniu-rozewicz-szymborska-herbert-jak.html
Znamienne, że ten mural jest obok biura mojego adwokata.

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Stanisław Barańczak


      Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
      Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
      Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
      Nie było przykro podnieść się i odejść;
      Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
      Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
      Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
      gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
      na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
      lub świat
      Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
      Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
      Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
      w świecie
      czuł się jak u siebie w domu?


***

    Z rzeczy fajnych i przyjemnych mam ogłoszenie! Nie wiem, czy Wam w ogóle o tym mówić, bo zrobicie mi nie lada konkurencję, ale co tam, zawsze miałam dobre serce. Tak mówią ci, co zjedli je po wysmażeniu i doprawieniu kurdemolem. 

Izabelka zaprasza na 



Do wygrania dwa zestawy utensyliów (ja się ustawiam po nalewki). Idźcie tłumnie, zapisujcie się i pamiętajcie kto Wam o tym powiedział! No. Powodzenia, druzja. I niech szczęscie sprzyja potrzebującym! Asasasa!