Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrówko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrówko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2018

(260) Dla ludzkości jest nadzieja!

Mim, dziecię moje drugorodne, które dopiero martwą uniosło powiekę, zmachane życiowo influenzą przebiegającą z widowiskowymi hołubcami, które to dziecię wyczyniało po chwilowej utracie świadomości, a z której wyrywał je ratownik medyczny ujeżdżający karetą, to ten właśnie, ten sam synek mamusi po pierwszym dniu w szkole:

- Mamusiu (albowiem upatrzyli sobie obaj to słowo, uważając je chyba wielce żartobliwym). A więc - Mamusiu, mam dla ciebie dwie wiadomości - dobrą i złą. Którą chcesz najpierw?

- Złą oczywiście, bo potem będzie mi dwakroć przyjemniej. A ja lubię jak mi jest przyjemnie - co jest najszczerszą prawdą, ponieważ jestem hedonistką pełną gębą i chciałabym, żeby zawsze było mi dobrze, a świat mówił do mnie kici-kici i smerał pod pulchną bródką różowym piórkiem. 
No i teraz chciałam być pomiziana różowym piórkiem, to się od razu nadstawiłam.

Mim wciągnął powietrze do swych wymizerowanych chorobą płucek, które przed chwilą przeganiał po Orliku, i z których mogłyby wydostawać się okrzyki niewybredne, jakie tylko niespełna dwunastolatek wydobyć potrafi, z cyklu - no podaj, jak podajesz ośle garbaty, tudzież kaloszu parchaty, psia twoja nać. No mogłyby, ale niestety gra w ciszy. 
No więc wciągnął i używając tego powietrza, przedmuchał je przez struny głosowe, artykułując tak oto:

- Zacznę zatem od dobrej wiadomości, która brzmi: nie dostałem kropki za nieprzygotowanie z religii.

- Brawo, synu! Hosanna! Cóż za spektakularny sukces! - napuszyłam się od razu, bo nie dostać kropki jest rzeczą wielką, zwłaszcza przy zaawansowanej sklerozie i postępującej wybiórczej demencji Mima. - To teraz ta zła wiadomość, nic nie może zmącić mej radości!

- A zła jest taka, że w wiadomości numer jeden skłamałem.


No, spuchłam z dumy. Rośnie mi niebywałej rangi dygnitarz państwowy. Tak powinno się przekazywać niewygodne wiadomości, o na przykład:

- O, ma pan syna, śliczny chłopak! Podobny do tego hydraulika, co to do państwa przychodził, prawda? Jaki on jest przystojny! Jak Adonis! Gratulacje!

Albo:
- Kupiłem mamusi cudne kolczyki, ale w tym roku przebijemy tylko uszy, dobrze?

Albo:
- Był wypadek samochodowy, nie udało się nikogo uratować, prócz pana. Ale pocięte zwłoki, które przewoził pan w walizce, ocalały!

środa, 31 stycznia 2018

(255) A u nas szaleństwo! Licytacje, damsko-męskie akrobacje!

1. Proszę ja Państwa, co tu się wyrabia! Do akcji SOS dla Michała, skorpionowego kolegi w niedoli dołączyła się owocnie Małgorzata Południak. No i teraz szaleństwo! Tomiki poezji wyprzedane, ale można posiąść te oto torbę przecudnej urody, licytacja trwa na fejsie! Przekazała ją przyjaciółka Małgosi - Sonia. Dziękuję, Dziewczyny! ♥


Zdjęcie użytkownika Malgorzata Poludniak.


Licytacja torby TUTAJ:

------> Torba borba!



2. Dołączam z książką, która popełniłam z Kaczką. Oddaję swój prywatny egzemplarz, dwa ostatnie zostawiam dla moich Synów. Książka jest nowa, może być z dedykacją lub bez, wedle uznania. Jeżeli ktoś wybierze opcję "Z", obiecuję napisać na jej karcie strofkę-rymowankę ku czci Wygrywańca licytacji lub na temat, jaki Wygrywaniec wybierze.
Wygrywaniec wpłaca kwotę na zrzutkę Michała TUTAJ i przesyła swoje namiary naziemne na mój adres mailowy uslugiliterackie[at]gmail.com, a ja wysyłam Mu książkę.

Cena wywoławcza... no nie wiem. Hm, na ile wyceniacie jęzor Skorpiona i pióro Kaczki? 3 dyszki? Niech będzie!

Cena wywoławcza 30 zł. Koniec licytacji w sobotnią noc 10 lutego o północy.

Licytacja w komentarzach pod postem, bo może na Fb trudno wszystkim trafić? Kto da 3 dyszki? Kto przebija?


O książce można poczytać  -----> TUTAJ

3. Oczywiście ciągle można wpłacać bezpośrednio na stronie ze zrzutką. Nie krępujcie się wpłacać nawet małych kwot. Można anonimowo! ;) Naprawdę, każde 2 złote się mnoży. Żeby każdy wpłacił po dwójeczce, już dawno sumka byłaby zebrana. Mamy już 2325 złotych! Czyli do upragnionych 3200 już niedaleczko. Nie ma przeciwskazań, by przekroczyć tę sumkę, a co! 


4. A może ktoś chciałby przekazać swoje dzieło albo srebra rodowe na zbożny cel? Hę? Niech pisze do mua, dopiszemy go tu albo wstawię w poście link do licytacji u niego.



Zbieramy TUTAJ:

Michał zbiera na bilet na dalsze życie - turnus rehabilitacyjny



A teraz clou programu! Dwa wieczorne słowa od Michała! :)





Tutaj jest dwuminutowy program z TVP Gdańsk o Michale,w którym wypowiada się on sam, jego mama i lekarz. Zachęcam, byście zerknęli mimo okrągłej minuty reklam przed.

https://gdansk.tvp.pl/28698302/oddal-pieniadze-ale-sam-potrzebuje-pomocy



A na słodki deser z mojego drugiego bloga --->Kręgosłup Oralny (jakby kto nie wiedział, no ale chyba nie ma takich, hę? No ja mam nadzieję, bo tyle śmichu z chorób tam, ze może grozić anatemą), przeklejam post o sanatorium w którym poznałam Michała w listopadzie 2016 roku. Wierszyk mój, ofkors, taki mogę stworzyć i wpisać na kartę wylicytowanego Stukułki.

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)



- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

środa, 1 listopada 2017

(247) Kierunek - południe!


Druzja!
Jako, że w moim życiu dzieje się tak dużo, że nienadanżam, jak mawia klasyk, a większość zdarzeń nie nadaje się na bloga, gdyż jest tak śmieszna, że można by skonać natychmiast w męczarniach, a ja nie chcę nikogo narażać na uszczerbek, tako coś rzeknę, ale dopiero na końcu, byście nie pobiegli nie doczytując do końca tego króciutkiego, aczkolwiek najeżonego najeżkami posta. W ogóle jak człowiek się rozwodzi, to dowiaduje się rzeczy niesamowitych, przeżywa coś na wzór spływu kajakowego Amazonką i to wśród rozlicznych stad uzębionych, zielonych czających się w wodzie aligatorów, jadowitych pająków w gęstwinach, ślicznych, gumiastych drzewołazów, które można wziąć za żelki Haribo, ale tylko raz.  To samo z satynowym boa owijającym się rozkosznie wokół szyi. 
Na plecach ma się bazukę, która mu trochę ciąży jednak, ale nie na tyle, by ją wyrzucić do wody, w zębach zgrzyta muł i piasek rzeczny, wiatr i cebula wyciskają łzy z oczu. Idzie się, idzie, nie wiadomo kiedy koniec tej wędrówki, ale wiadomo, że za lasem czekają ciepłe gatki i pularda pod beszamelem.
No i wędrówka ta będzie trwała i trwała jeszcze jakiś czas, więc aby Czytelnika, który jest na wagę złota i towarem deficytowym nie zamordować (nakręcono film o owcach, który trwa chyba siedem godzin, co na początku jest bardzo śmieszne i zajmujące, ale później, tak po godzinie, film traci gwałtownie na atrakcyjności), tako na razie może przekieruję tłum PT Skorpiofanów, na ----> Kręgosłup Oralny, gdzie będę napomykać o intymnych kontaktach ze Służbą Zdrowia, co? Wczoraj nadałam odcinek 3 i ostatni o ZUSie, za chwilę barwne i umajone wspomnienia z sanatorium.

   A teraz zapodam kawałek wstrząsającego dzieła - opery-baletu barokowego mistrza Rameau, w której jeszcze nikt nie ma ciepłych gatek, ani beszamelu, ale chyba pulardę widziałam. I jabłko. Tam jest wycinek Skorpioniego Raju, no, taka komórka. I Skorpion tam występuje, bardzo by chciał tak wystąpić w epizodzie życia z 3.14-3.40, bo jest to esencja prawdziwej Skorpioniej, wewnętrznej natury. Skorpion może i wygląda trochę na hippiskę, ale jest bardzo mono i analog.


--> FILMIK


poniedziałek, 20 lutego 2017

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*


     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




piątek, 21 sierpnia 2015

(184) Platformówka na trzy życia


     Dziedziniec otoczony wałami i ostrokołem. W budce strażniczej rozgotowany w upale halabardnik. Zadzieram głowę i przypatruję się wielkiej zwalistej budowli sięgającej chmur. Zamek błyska w bezlitosnym słońcu niezliczonymi kryształkami okien; nie widzę, czy ktoś patrzy i kiwa do mnie, czy to tylko gra światła i cienia.

    Mijam dziedziniec, ignorując pociągającego z bukłaka halabardnika, a brama sama rozchyla się zapraszająco jak usta kochanki. Tuż za nią, na posadzce, narysowana białą kredą gra w klasy. Pod szklanym dachem patio nie wita mnie śpiew ptaków, choć zauważam kilka szarych kos na tle błękitu. Mrugam kilkukrotnie. Kosów.
     Ale nawet, gdyby fruwały po tej stronie, ich trele i furkot skrzydeł zagłuszyłby szept ludzkiej ciżby, przetaczającej się wolno pełzającymi po kamiennej posadzce tasiemcowymi napęczniałymi kolejkami. Targ wymienny trwa w najlepsze. Za karteczkę i numerek inna karteczka i numerek - przepustka do drugiego etapu. Muszę cofnąć się o trzy pola i wylosować swój. Trzymając go w ręce, po odczekaniu karnej kolejki, dostaję zielone światło, z tym, że błyskające na czerwono. Mogę teraz podejść do okienka i wymienić papierki na numerki. I odwrotnie. Numerek działa. Okazuje się jednak, że mój papierek nie jest prawidłowy, nie uprawnia mnie do niczego, cofam się więc o trzy pola z zadaniem zdobycia odpowiedniejszego papierka. W tym celu udaję się do innego królestwa, dobrze, że na zewnątrz panuje upał, a halabardnik ma zmrużone oczy. Omijam go dwukrotnie - w tę i później z powrotem, pokonuję dziedziniec trzema susami i ponownie staję pod szklanym dachem patio. Czerwone światełko mruga, papierek okazuje się prawidłową przepustką do numerka, mogę przesunąć swój pionek na inny poziom. Papierki-numerki-papierki-numerki, aaaa! Kamień, papier i nożyce.
Mam jeszcze trzy życia. Zawiłość zasad gry zaciska się na nadgarstkach.

     Zamek pocięty jest systemem korytarzy i wydycha grozę z każdego z nich. W powietrzu czuć siarkę, a może chlor, z oddali dobiegają pomruki smoków, odgłosy pikania rycerskich pik i westchnienia zwykłego, wpatrzonego w nich z nadzieją, ludu. Rycerze, zawsze w białych zbrojach, z emblematem węża na piersi szukają pieczar, w których drzemią smoki. Te, żyjące tutaj, słyną z wyjątkowo twardych łusek na żółtawych, poruszających się rytmicznie, spasłych brzuszyskach. Najtłustsze brzuchy mają te, którym rzucane są na pożarcie młode dziewki. Rano często widać ich puste łóżka, a z pieczary dochodzi obleśne mlaskanie sinego, lepkiego jęzora. Ci, którzy pozostają nietknięci, chyłkiem przemykają wzdłuż korytarzy. To ci odważniejsi i silniejsi. Reszta leży pod kocami i stara się być cichutko, cichuteńko. Wszyscy z ulgą przyjmują wizytacje białych rycerzy, którzy penetrują zawiłość korytarzy połączonych fikuśnie kręconymi schodami i cichymi windami. Łatwo się skryć smokom w tak skomplikowanym zamczysku. Ale i rycerze nie są bez szans. Dysponują szeregiem łacińskich zaklęć, ciągle doskonalonych przez siwych alchemików z podziemi. Muszą nadążać za zmianami behawiorystycznymi smoków, znane są bowiem ich niezwykłe przystosowania do zmiennych warunków otoczenia, umiejętność partenogenetycznego rozmnażania i niezwykła cierpliwość, jaką wykazują się, czyhając na ofiarę. Znane są przypadki, że potrafią czekać na upatrzone ciało wiele, wiele lat. 
   
   Mijam na korytarzach służki kiwające główkami w kolorowych chusteczkach. Z wielkimi niebieskimi oczami i szczuplutkim ciałkiem wyglądają jak maki i stokrotki.
 Uśmiech dla kwiatów dodaje trzy punkty mocy i przepustkę do kolejnego etapu.

     Boczny korytarzyk zakończony jest ślepo. Na ławeczce siedzi ona. Skrzyżowanie księżniczki z gwiazdką burleski. Z daleka wygląda na niewysoką, szczupłą kobietę. Czarne fale włosów zatapiają pochyloną twarz. Wąskie ramiona Damy Pik okrywa czarny, koronkowy szlafroczek, spod którego błyska atłasem czarna, krótka koszulka nocna. Długie, różowe paznokcie splecione w misterne gniazdko spoczywają na kolanie. Noga na nogę. Stopy skryte w welurowych pantoflach w kolorze burgundu zakończonych puszystym, króliczym futerkiem. Palce u stóp poruszają się jak stadko różowych emaliowanych dżdżownic. Łydki pulsują fioletowym gąszczem nabrzmiałych żył. Nie wiem, czy to księżniczka, czy zła królowa, a może mechaniczna zabawka, bo ponad jej lewą piersią zauważam zielony wentyl z rurką miękko zagłębiającą się jej ciało. Pik. Pik.
     Króliczy puszek wiruje z każdym krokiem i cały kobiecy ląd omywany morzem czarnym odpływa i znika za drzwiami. Z daleka dochodzi pomruk smoka. Po kwadransie następuje odpływ damy Pik, robiąc miejsce dla mnie. 

      Moja kolej. Czeka już na mnie skryty panującym tu półmrokiem. Pod językiem rozpuszcza się jego czekoladowy męski głos. Bezwolnie rozbieram się i kładę na białym piasku. Plecami wyczuwam jeszcze ciepło ciała Damy Pik. Powoli wmasowuje w moją skórę zimne galaretki z meduz. Gęsia skórka. Nasłuchujemy razem, patrzymy na monitor zawieszony nad linią zmarszczonych brwi. I... cisza. Mój smok śpi.

     Lżejsza o kamień, wychodzę ze ślepego korytarzyka i kieruję się ku bramie. Słońce wisi niżej i oślepia mnie swą jasnością. Zauważam na posadzce grę w klasy. Kwiatowe główki kiwają się w podskokach:


raz-dwa-trzy - ty będziesz żyła, a umrzemy my.


   
     Uśmiech dla kwiatka, trzy pola do przodu. Raz-dwa-trzy. Wygrałaś zachowując trzy życia. Dostajesz w bonusie pamięć absolutną i swój kamień z powrotem.


    Opuszczam dziedziniec, życie toczy się ze zgrzytem kół czasu dalej.
    Na ulicy nie czuć smrodliwych wyziewów nienażartych smoków.
        Z każdego okna zamku zwisają smutno długie, jasne warkocze. 






sobota, 1 sierpnia 2015

(182) U cioci na imieninach

     Siedzę tak sobie leżąc już właściwie, kot mnie depcze zadnimi girami po nerkach, co jest, nie powiem, bardzo miłe, zwłaszcza, że Małża nie ma doma. Skoro już kot mię tak błogo masuje w erzacu i rozleniwia do upadłego, to ja może opowiem co tam z moją ciocią? Albowiem w zakładzie psychiatrycznym jest fajowo, a nie każdy jeszcze tam był, więc wiedza może okazać się przydatna w najmniej oczekiwanym momencie.

     Z pewną taką dozą nieśmiałości się tam pojawiam, bo jakoś wpędza mnie zawsze w zakłopotanie nieliczna wycieczka chłopców liżących lody ze sklepiku wariatkowego na pakingu.

    Ale może zacznę od początku? 
    Droga do Gniezna jest malownicza, jedzie się gładko po świeżym asfalcie, sarenki brykają sobie w łanach zboża, z daleka niedowidzę jakiego, ale to chyba nie jest tak ważne, w którym chlebie zjemy ich kupy, prawda? Nie wiem, czy wiecie bowiem, że jedząc niemyte jagody z lasu można nabawić się bąblowca? Bąblowiec robi z mózgiem takie dziwne rzeczy, bardzo zbliżone do tych, które wstrząs robi szampanowi i wtedy można mózgowie łapać durszlakiem, gdy wypływa nozdrzami. Co mi przypomina mój egzamin z zoologii. Z zoologii byłam nawet dobra, na ćwiczeniach mizialiśmy sobie wydrę (żywą), bawiliśmy się ze ślimakami pomrowcami, ale dla nich chyba nie było to zabawne, bo szukaliśmy manualnie i dosyć krwawo atroficznej muszelki. A pech i ewolucja łącznie z wyrodną matką naturą zaszyły tym karykaturom ślimaków domek pod skórą jak, nie przymierzając, esperal.
Pan z zoologii, nieodżałowany profesor Ryszard Graczyk, któremu zawdzięczamy introdukcję bobra (wsiedlał go na podmokłe tereny lasów w kaloszach i pod krawatem), wbił we mnie wzrok i zadał cios ostateczny: - A teraz może kilka przykładów z parazytologii.
Cios zwalił mię swojego czasu z nóg, bo wszystko umiałam, nawet i pinć przykładów, ale nie bardzo umiałam się wstrzelić w słowo "parazytologia". Po długiej i krępującej ciszy wyjawiłam konając na podłodze pod ogonem cietrzewia i głuchego na me jęki głuszca, że nie rozumiem tylko jednego, jedynego słowa w pytaniu. Potem odbyliśmy 15-minutową debatę na tematy psychologiczne, jak kryteria samooceny, umiejętność bezstronnego podejścia do własnych umiejętności i wiedzy,  po czym zostałam nazwana upartą jak osioł i wyszłam z wielką czwórką.

     Ale co ja miałam napisać...Mmmmmm ten kot po prostu mię uśpi na amen za chwilę, a tego bym nie chciała, gdyż w takim przypadku nie ujrzycie już nigdy krańców tego posta, które i mnie się wydają w tej chwili tak odległe jak wiszące ogrody Babilonu.

     Przez takie ogrody właśnie mknie się w atmosferze oczyszczonej z pyłków, co wybitnie dobrze robi Małżowi, który smarcze od byle trawy. W zasadzie mógłby latem być ekskluzywnym szoferem limuzyny, co przyniosłoby profity w postaci oszczędności na lekach antyhistaminowych oraz przyrumieniłoby nasz budżet. 
      No ale nie ma tak dobrze i czasem trzeba wysiąść z samochodu.

     Szpital psychiatryczny wywierałby na gościach ponure wrażenie, choćby dlatego, że pierwszym budynkiem, który wyłazi z zaniedbanego parku jest cmentarna kaplica w stylu podrasowanego gotyku. No, może nie cmentarna, ale klimatycznie bardzo się komponuje. Kaplicę pozostawiamy za kutym płotem i zmierzamy ku bramie. Aż dziwne, a w zasadzie wcale nie dziwne, bo jest to kurort, a nie obóz pracy, na płocie nie ma napisu z odwóconym "Be". Z ponurych rzeczy widzimy jeszcze budynek dyrekcji wzniesiony z surowej cegły. W niektórych miejscach nie ma cegieł, ponieważ są okna, ale możemy to tylko wnosić dedukcyjnie, bowiem okna nie były myte od piętnastu bez mała Wielkanocy, co więcej - na każdym wewnętrznym parapecie piętrzą się stosy książek, które w zasadzie są tak podobne do cegieł, że budynek dyrekcji jawi się jako twierdza nie do zdobycia. Zadzieram głowę, w nadziei, że na szczycie dachu zobaczę długowłosą dyrektorkę spuszczającą swe warkocze, ale nie. Dyrekcja pewnie się uczy, bo przecież tyle książek podpiera sklepienia, wnioskuję więc, że psychiatria jest nauką niezmiernie wciagającą, że człowiek nie ma nawet czasu pójść do domu w przerwach między dyrektorowaniem.

    Wracając do nas. Nielicznych normalnych, choć to bywa naprawdę złudne i nigdy nie wiadomo po której stronie muru się spotkamy.

     Otóż, jak wspomniałam, niektóre budynki i otoczenie, a także rosły, acz niski Czak Norris w charakterze ciecia na bramie, mogłyby troszkę przygnębić gości. Ale przecież dom tworzą nie ściany, lecz ludzie. A ludzie przywitali nas już na wewnętrznym parkingu. Grupka wspomnianych mężczyzn liżących lody siedząca nobliwie na przysklepowej ławce pod eskortą dwóch pielęgniarek w obcisłych uniformach. Obcisłych, ale pokaźnych, muszę nadmienić. Tak się zastanawiam i dochodzę do wniosku, że aplikując na stanowisko pielęgniarki w zakładzie zamkniętym, chyba trzeba przedrzeć się przez gęste zasieki z przepisów, by nie wyciskać z zapoconych gruczołów podopiecznych ani mikrograma testosteronu, bo z adrenaliną i innymi neuroprzekaźnikami radzą sobie po prostu injekcjami. 
    Panowie w czasie moich analiz zlizali z patyków ostatnie krople lodów, szurnęli crocsami i laczkami rodzimej produkcji, wzięli swe siateczki celofanowe za uszy i posłusznie oddalili się na kwadrat. 

    A my za nimi. Nawet zbytnio nie odróżnialiśmy się od trupy, no, może ja trochę płcią, ale jak idę, to nie widać. Za to Małż wtopił się bezbłędnie w tłumek, dla zabawy ubrawszy koszulkę z napisem DEEP DOWN z kotwicą jak uśmiechem wioskowego głupka, która nieodmiennie wzbudza w naszych synach salwy niepohamowanego śmiechu. No, ale jak człowiek zdecydował się na rodzicielstwo, to później musi znosić różne takie szykany, czasem nawet, o zgrozo, publicznie.


     Zakład, który może nazwijmy faktycznie kurortem, mieści się w kilkunastu, na moje oko, jednopiętrowych budynków podobnych do gierkowskich betonowych bloków, a właściwie bloczków, albowiem mają tylko jedno piętro. Każdy bloczek to inny oddział. Jest domek alkoholików, ćpunów, kilka zwyczajnych wariatników i oddział geriatryczny. Każdy odział ma swój ogród. No, ogród to może za dużo powiedziane, odgrodzony kawał parku ze starodrzewiem, z ławeczkami i ptakami typu sójka i wróbel oraz gryzoniami marki ryjówka. Zarejestrowałam też kota domowego. Zwierzyna była bardzo mobilna i przenikała przez ogrodzenia jak Copperfield, obdzielając swą miła obecnością wszystkich kuracjuszy. 
Ciocia jest na oddziale z innymi ciociami tego typu. Normalnie (haha, normalnie), wchodząc na oddział ma się wrażenie, że przychodzi się na imieniny. Na stoliczkach piętrzą się kartony soków róznej maści, pośród nich puderniczki, protezy zębowe, wstęgi papieru toaletowego, w powietrzu czuć zapach początku XX wieku, starych swetrów i osobliwy zapach starości.
Ciocia promienieje na nasz widok i wyskakuje z łóżka. Jest ubrana w czarne eleganckie spodnie, biała bluzeczkę z haftem richelieu i broszką z wielkim prawdziwym koralem pod szyją (ciocie miały hobby w postaci kolekcjonowania biżuterii). Na to rozpinany sweterek. Peruczka wyczesana, że mucha nie siada. I co się robi w takim, pardon my french, wariatkowie?
Ciocia twierdzi, że jest tu jak w sanatorium z obsługą i full serwisem. Mierzą jej cukier, podają insulinkę, jedzonko podają punktualnie. Chodzi sobie do biblioteki (czyta już trzecią książkę norweskiego pisarza, którą wygmerała spod stosów bezużytecznych dla niej harlekinów), szydełkuje pierwszy raz od 50 lat, ma szereg zajęć, podczas których rozmawia sobie z innymi ciociami podobnego sortu. Jedyne, co jej doskwiera to brak samodzielności. Ciocia, mimo licznych choróbsk, operacji, nowotworów, amputacji i przyoadłości medycznych przynajmniej do połowy alfabetu, jest osobą samodzielną, ma na głowie całe mieszkanie, psa, rachunki, sprawunki, gotowanie, spacery, więc sanatorium, sanatorium, ale już dosyć tego dobrego, za chwilę czas wracać w domowe pielesze.

     I tak sobie myślę, że za jakieś 30 lat, kiedy osobście na chleb będe mówiła blep i nie poznam Małża popychanego przez wiatr na wózku inwalidzkim, moją ciocię trzeba będzie po prostu zastrzelić.

wtorek, 15 kwietnia 2014

(120) Tuwim i burdel na kółkach

Kochani!

     Przesyłam Wam gorące pozdrowienia z Malediwów! Wasze słowa zdziałały cuda. Dziękując Wam z całego serducha informuję, że odpoczywam sobie w hamaku i nie wiem już sama, gdzie zaczyna się niebo, a kończy woda. Leżę na linii horyzontu, piję sok wprost z kokosa, zajadam ośmiornicę w sosie z awokado i patrzę na muskularne torsy autochtonów w spódniczkach z trawy morskiej, a ślina spływa mi strużką z kącika ust.

     Ale w tak zwanym międzyczasie wyszłam dziś sobie na wykład na Politechnikę. Tak, nie przesłyszeliście się. Na wykład. Dla studentów Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Nie mogłam sobie odmówić wysłuchania wykładu pt. "Tuwim – kolekcjoner dziwaczności, śmieszności, niezwykłości”.


     Po przekroczeniu progu budynku powitał mnie szpaler pobladłych studentów. Zasępiłam się nad swoim wiekiem. Trzecim lub w jego bliskich rejestrach. Za moich czasów na korytarzach widać było studentów z ćmikiem w kąciku ust, studentów rozmawiających, studentów uczących się (muhahahha).
Teraz byli tylko studenci na falach wifi
a) po lewej studenci z laptopem
b) po prawej studenci z telefonem
c) w tle samotne ksero (czy teraz można samemu kserować wykłady i to za darmola?)

Poczułam się jak dąb Bartek. Moja Mama jak młoda brzózka. Zaszeleściłam do Niej zbutwiałymi liśćmi w okolicach uszu, podcięłam korzenie i ruszyłyśmy na salę wykładową.
Wykład prowadził bardzo przystojny, a jednocześnie młody wykładowca w randze profesora doktora habilitowanego. Mujeju, że też moje wykłady prowadzone były przez zgrzybiałych starców! Ale może to i dobrze, bo mnie przystojni mężczyźni onieśmielają. Do tego stopnia, że na egzaminie z bardzo młodym i urodziwym profesorem jeden jedyny raz doznałam zjawiska pomroczności jasnej. W głowie zrobiła mi się zupa i nie odróżniałam już helisy DNA od dna, a locusa od fokusa. Dlatego, drogie panny, nie bierzcie sobie za mężów przystojniaków, z nimi to same problemy.


    Wracając do wykładu. Pobawiłam się przez chwilę wysuwanym stoliczkiem, ale moje zapędy ostudził widok przygodnie znalezionej pod blatem używanej i to długotrwale bądź wielokrotnie gumy do żucia. Przestudiowałam ryciny naskalne i flamastalne, opiewające pokolenia wykładowców i co poniektóre, hojnie uwarunkowane koleżanki. Pobawiłam się chwilkę roletą, obejrzałam emerytów, po czym zaczął się wykład. Nie dawał mi jedynie spokoju dziwny fakt umieszczenia w kącie sali wykładowej umywalki i kosza na śmieci (być może też maleńkiego pisuaru) i zasłonięcia tego przybytku z jednej strony ścianką działową. Połowa sali widziała zatem, co się dzieje za ścianką, druga połowa była pozbawiona tego widoku. Czyżby kadra zmuszona była do stróżowania tu w godzinach nocnych?

     Nie dość, że profesor mądrze i zabawnie gadał do maleńkiego narowistego i niechcącego nawiązać bliższej współpracy, mikrofonika, co było dosyć komiczne, to i oko było na czym zawiesić. Przez pierwsze 10 minut chłonęłam wykład z zachwytem. Do informacji, które od lat żyją we mnie jak tasiemiec bąblowiec, dołączyły kolejne. Tajemnica lewego profilu, śmichy chichy z drobnicy Leśmiana i stworzenie Wlazł kotka na płotka po leśmianowskiemu (hehehe), nocne życie Skamandrytów (hehehe), kto nadał imię Kubusiowi Puchatkowi (tłumaczka, siostra, Irena).
 Uwielbiam humor Jojne Tuwima, kocham go miłością dozgonną, ale dotrwałam w zdrowiu do czternastej minuty wykładu, podczas której wszystkich zaproszono w zakamarki mózgu Tuwima. I tu moje samopoczucie uległo gwałtownej demencji. Przy opisie podróży taksówkarskich zaczęło mi lekko wirować w głowie. Przy opisie agorafobii zaczęłam trzymać stolik przed sobą, przy informacji, że Tuwim nie wychodził sam z domu, wszędzie wlókł z sobą żonę - musiałam opuścić lokal i przebiec się po korytarzach, szukając tlenu, widoku trawy i wyjścia. Traf chciał, że niebo nad Politechniką pociemniało, chmury skłębiły się i gromowładny począł wrzucać mi w gacie lodowe kulki bez drinka.

 

W drodze powrotnej przeprowadziłam naprędce analizę porównawczą: studenci U3W alias ja. Powinnam teoretycznie wypaść in plus. Tu siwe niefarbowane lub łyse czaszki, tu moja, otulona anielskim natural blond nimbem. Tu skóra trzy numery za duża, tu leżąca jak ulał. Z jednej strony niedosłuch i atrofia, z drugiej słuch doskonały, acz wybiórczy i przerost tkanek z tłuszczową na czele. Notesiki, karteluszki kontra czysty blat i rycie rylcem w żywej pamięci. Ich pesel, mój pesel.
 Chyba starsze roczniki były bezawaryjne, to samo obserwuję w sektorze motoryzacji i AGD. Czyli w Ikei to nie zasłabnięcie. A więc jednak. Trzeba będzie sobie kopać dół saperką i powolnym krokiem udać się do lunaparku. 


Z drugiej strony cieszę się, że zwariowałam 10 lat później niż Tuwim.

    Po raz enty sprawdziła się maksyma, której orędownikiem był mój Tata: każdy ma swojego pierdolca. Ale geniusz Tuwima jest większy niż jego pierdolec, czego sobie i Wam życzę, cytując za księciem ostrego pióra wierszyk, który brzmi identycznie w dwóch językach, mimo, że co innego znaczy (o ile w ogóle), bo ja po francusku to tylko eeee, tego. Zapraszam.


Wersja polska:

Oko trę, że mam ból
Taki los komu żal?
oko trę, pali sól
O madame, kulą wal
Ile trosk, ile burz,
a krew kipi, wre ,
O madame, oto nóż
O, madame, oto mrę
Wersja francuska:

O, contrain je m'emboulle,
Taquilosse, comme ou jalle?
O, cotrain, polissoule
O madame, coulon valle!
Il est trosque, il est bouge,
A ma creve qui pis vrai
O, madame, o tonuche
O madame, o tome rain

A na zakończenie taka ciekawostka. Wyszukałam na Allegro najdroższą książkę  Tuwima. I wybieraj tu, człowieku, między fiacikiem a książką...



P.S.
I najtańszą...

http://allegro.pl/wiersze-wybrane-julian-tuwim-i4138292026.html

Hm.

środa, 25 września 2013

(91) ...a na deser klucz

   Los tak chciał, że kilka dni przed urodzinami Mata wygrałam konkurs fotograficzny pt.:"Moje Muzeum" organizowany przez Fundację Fiedlerów. W komisji zasiadał znany fotografik Jacek Gulczyński i Krystyna Fiedler, więc wygrana, z racji wysokiego stopnia profesjonalności jury i tego, że nie była to nagroda za lajki, co tu kryć, smakuje wybornie.

I miejsce- Skorpion w rosole.
"Przeszłość i przyszłość"
Mat na tle zdjęcia Arkadego Fiedlera.


II miejsce Renata Krzyżaniak



III Klaudia Ruszyńska



Wyróżnienie - Jędrzej Godlewski



Wyróżnienie - Maja Basińska



Wyróżnienie - Anna Kołeczek Berczyńska



Wyróżnienie - Dorota Kłos



   Zostaliśmy uhonorowani nagrodą pieniężną. Zazwyczaj, jeśli dostajemy lub wygrywamy gotówkę, a wygrywamy ewentualnie w zdrapkach z LOTTO, rozchodzi się ona niezauważenie i płynnie na tzw. życie. Tu chleb, tam miód, tu domek z basenem, czekolada - i po kasce zostają tylko drobnoustroje w portmonetce.
Uradziliśmy rodzinnie, że strumień wygranej uderzy w dzieci ze szczególnym uwzględnieniem Mata, który szczęśliwie osiągnął wiek 11 wiosen. 
Mat stał się więc nieoczekiwanie posiadaczem technicznego cudu wykrystalizowanego pod postacią tabletu, który wyzwolił z niego strumienie radości i zachwytu. Staliśmy tak sobie nad tortem i ociekaliśmy wspólnie radością z nowego grata. Ja umiarkowanie. Do czasu znalezienia funkcji, dzięki której porozumienie z płaskaczem odbywa się na drodze werbalnej. 

- Zobacz, mamo, jakie to świetne! Nie muszę nic pisać w wyszukiwarce, mogę tylko powiedzieć hasło, tablet zapisuje je i wyszukuje! 

Łał. Czary, pomyślalam, pora mi lecieć w kosmos, a nie obsługiwać z ledwością ekspres do kawy i kserokopiarkę.
I tu następowała długa lista żądanych haseł: najwyższe drzewo w Aurtralii (pominął, że w Australii, hm), pupa niemowlaka- tu bezbłędnie, kot, stolica Urugwaju itede.
Jako, że akurat z urodzinową wizytą wpadł wujek z ciocią, zabawa trwała w najlepsze.
Muszę napisac, że wujostwo w wieku daleko emerytalnym. Wujek właśnie po wyjściu ze szpitala, gdzie wydobywali go za szponów zapalenia płuc. Wujek chodzi o kuli, z racji wszczepionej stali chirurgicznej w staw biodrowy, i żeby było po równo, w kolanowy. Wujcio jest typem hipochondrycznym, chorował już na wszystko, od wścieklizny po zespoły zaczynające się od każdej litery alfabetu.
Ciocia natomiast jest po wylewie, chodzi również o kuli, lewej. Wujcio o prawej, więc idąc wspólnie tworzą dwugłowego kiwajacego się smoka na czterech łapach z dwoma symetrycznie ułożonymi kulami i dwoma kompletami sztucznych szczęk.
Ciocia ma prawostronny niedowład, a co za tym idzie szynę stabilizującą prawą nogę oraz na wpół władną rękę. Psychicznie jest bez zarzutu, no z wyjątkiem nadnaturalnej pamięci do dat. Ma drobny defekt w postaci afazji i niedokładnego wymawiania słów.
Zabawa z tabletem trwa nadal, każdy mówi po kolei. Propozycja dla rozweselonej cioci to powiedzenie krótkiego słowa: TAK.
Ciocia pochyla się nad tabletem i rzecze do niego z namaszczeniem:

- TAK TAK TAK.

A tablet grzecznie na to:

-FUCK FUCK FUCK.

 ***

   Późnym wieczorem, gdy wszyscy spali, wyszłam na powietrze. Wplątał się w nie zapach wilgotnej nocy zakrapianej rosą srebrzącą zieleń ogrodu, a ono samo prześlizgiwało się po moim ciele w wijących się zimnych splotach. Im bliżej ziemi, tym powietrze było cięższe, ciemniejsze i gęstsze. Im wyżej - tym jaśniej i bardziej przezroczyście. Stałam na dnie atramentowych ciemności, w których nie widziałam nic na wyciągnięcie ręki. Zadarłam głowę do góry. Wysoko, na powierzchnią nieba w kolorze szafiru, wisiały żarzące się gwiazdy, a tuż pod nimi, na podświetlanej punktowo tafli  nieba, płynął na zachód ogromny, ogromny równy klucz jasnych, niemal fosforyzujących żurawi.

Zasuszę to złapane wspomnienie.    

środa, 18 września 2013

(89) kregosłup oralny - post donoszony ;)

   Zwlekam sie z łóżka, żeby się odziać w wyjściowe łachmany i pomalować. Gdy nie jestem pomalowana, ludzie mnie nie poznają, bo ja to w ogóle. Nakładam więc maskę na twarz, by stać się na powrót człowiekiem. Zapycham ujścia chorych zaantybiotykowanych zatok zwojami celulozy, Mim przypatruje się z tronu.

- Mamo, a co to jest manicure i  pedicure?
Ty OCZYWIŚCIE MASZ manicure? A dlaczego nie pedicure? Acha, wiem, bo nie możesz sięgnąć stóp! Dopiero, gdy zrobisz te swoje ćwiczenia to możesz, tak?
  
***

- Mamo, czy mam cię pogłaskac po plecach? A może porysować? - zagaja Mat.

- O tak, porysować, porysować!- godzę się bardzo ochoczo. Jestem bowiem typem, który uwielbia być głaskanym po plecach, lubię odgadywać co dzieci mi napisały, z dziką rozkoszą mogłabym wynajmować się jako fryzjerska głowa do nauki modelowania fryzur. Pal licho fryzurę, ale ile przyjemności! Mat głaskał, pisał, ja leżałam i wchłaniałam miłe głaski. Nie przypuszczałam wszak, że Mat z tym pisaniem to tak dosłownie...

Napis chwalebny głosi: ":) MOJA MAMA JEST SUPER.
CZASAMI KRZYCZY, ALE TAK, TO JEST FAJNA.
KOCHAM JĄ, A ONA MNIE.
SUPER
:) :) "


Zdarzenia miały miejsce w okolicach maja. Jednakże związek z kręgosłupem nieoczekiwanie ma wiele rzeczy w naszym domu, a czego nigdy nie poruszałam na blogu. W sprawach kregosłupowo-zdrowotno-medycznych stałam się domowym kacykiem dla bliskiej rodziny, ale też bazą dla dalszej i przyjaciół. Jaka rodzina, taki kacyk chciałoby się rzec. ;)

A teraz!
Ekhm, ekhm, mam tremę.
Dlatego jako, że zbliżam się dostojnym krokiem do poważnie okrągłego wieku, postanowiłam stworzyć coś nowego, coś o kręgosłupach, ale nie chciałam tworzyć cyklu kręgosłupowego tutaj, na Skorpionie, postanowiłam przeznaczyć na to specjalne miejsce. Z rysunkiem Newy, jakżeby inaczej. Dziękuję Ci :**
TADAM! Dzisiaj urodziłam nowy blog pt.


Blog z czasem na pewno będzie sie troszkę zmieniał, będę dodawać to i owo, może Wy opowiecie swoje historie? Może Newa mi jeszcze coś pięknego namaluje? Kto wie?

Mam nadzieję, że stali Czytelnicy Skorpiona będą zaglądać na KRĘGOSŁUP ORALNY, bo nie będzie to blog tylko dla chorych, ale jeżeli znacie kogoś z problemami z kręgosłupem, to miło Go powitam, ale nie łudźcie się, że zegnę się w pokłonie, bo mogę się nie wyprostować :). Mam nadzieję, że  i tu i tam będziecie się fajnie bawić. Liczę na Waszą obecność, równocześnie dziękując za obecność tutaj. Mam super Czytelników i jestem szczęśliwa, że wpadacie :) DZIĘKUJĘ!

poniedziałek, 17 grudnia 2012

(35) aberracja

Trochę już żyję na tym łez padole, ale zawsze Codzienność potrafi znienacka wychynąć zza rogu, by swym dzikim wrzaskiem UAAA!!! powalić mnie z nóg. Robi tak raz po raz, chyba po to, by nie uchodzić w moich oczach za mdłą, niewyraźną i banalną.
Mim jeździł sobie od kilku dni na krzywych Gaussa temperatury. Co się trochę unormowała w ludzkich rejestrach, to znowu zaczynała wciągać wirtualne sanki na poziom normalnej temperatury kota. Kot dobry na nerki, Mim mniej. Może dlatego, że zbyt ruchliwy i nie można się nim obwiązać. 
Mim od wspomnianych kilku dni był pod baczną cenzurą medyczną. Moją. Kolejna życiowa konowalska rola obok siostry piguły (wtłaczającej prochy bezpośrednio do przełyku), ponętnej sanitariuszki (umilającej małżowe chorowanie, ba! u mężczyzny raczej agonię), krwawego chirurga (tamującej własnymi rękami bryzgający łuk brwiowy Mata), szpitalnej kuchary i salowej. Posesja zamienia się w zależności od potrzeb i okoliczności w przychodnię pediatryczną, geriatryczną, urologiczną, izbę przyjęć, izbę tortur, izbę wytrzeźwień. Wróć. Tej izby jeszcze nie przerabialiśmy, ale życie pędzi, a dzieci rosną... Ups, rzekłam. Czuję jak Codzienność wbija mi w plecy wzrok jak sztylety, słyszę jak zaciera swe suchołapki zapamiętując świetny pomysł na umilenie przyszłości.
Obserwuję więc Mima na okoliczność wykluwania się innych złowieszczych symptomów galopującej, jak podejrzawałam, infekcyji. Hm. Nic. Zero. Nul. Do czasu jednak. Mimo, że za dnia żaden inny symptom nie chciał dołączyć się do niezdecydowanej ciepłoty ciała, to perwersyjnie dołaczył w nocy. Mim łka żałosnie, że pić i że boli. Boli okrutnie kark. Słowa "boli" i "kark" ułożyły się w mych myślach w uplecioną z wijących się jak tubifex oślizłych ciał drobnoustrojów diagnozę "zapalenie opon mózgowych". Dalszą część nocy spędziłam na desperackim uwieszaniu się na wskazówkach zegara, popychaniu ich siłą woli i mentalnym kopaniu. Bladym świtem byłam tak zmęczona jakbym pół nocy rąbała drwa tępym toporkiem.
Rano wypuściliśmy się z bloków startowych. Tolkienowski to widok- poły płaszcza rozwiane niczym peleryna, wiatr porywa kosmyki jasnych włosów, które tańczą w powietrzu jak plereza Meduzy, lico blade  zmrożone nieludzko, w jednej zgrabiałej ręce księga czarnoksięska z czarnym jak smoła napisem "Książeczka zdrowia dziecka", w drugiej powiewające dziecię płci męskiej w czapce z pomponem, w innych rejonach krainy nazywanej trywialnie bąblem.
Wpadamy do Świątyni Zdrowia, a tam już na wejściu dostaję w twarz dwoma wielkimi tablicami z objawami meningokokowego zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych osobno dla dzieci i dla młodzieży. Oj jezusicku. Spędziliśmy 40 minut wijąc się na wycieraczce i robiąc ekwilibrystyczne uniki przed chmurami mikrobów wydobywających się z zakażonych dróg oddechowych czwórki brykających małoletnich. Jak zwykle doznałam wizualizacji jak wgryzają się swymi haczykowatymi zębiskami, żółtymi pazurami u wszystkich dwunastu nóg i zaświniają swą ropną wydzieliną różowe i nieskalane śluzówki mego drugorodnego. Pobiłam przy okazji rekord świata w długości bezdechu niemalże osiągając poziom umiejętności foki Weddela. Mordor, zaprawdę Mordor, powiadam wam.
Kapłanka Zdrowia dopuszcza nas wreszcie przed swe oblicze. Po serii nieodzownych medycznych obrządków odrzuca hipotezę, jakoby Mim miał coś z głową. Ufffffff, no kamień... Dowiaduję się jednak, że stetoskop szepnął narządowi słuchu kapłanki nowinę, jakoby w oskrzelach Mima siedział dychawiczny potwór. Podobno zapalenia tego organu u małych dzieci nie muszą powodować erupcji zewnętrznych objawów. Omaryjko.

Po raz enty więc jestem pod kołami wielkiej i żelaznej kolei losu. Śmiga nade mną, a ja rozpłaszczona pod jej tłustym brzuchem leżę i myślę, jak to życie plecie. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej. I jakie to dziwne doświadczyć, kiedy to jedna rzecz nieoczekiwanie staje się czymś zgoła innym niż się spodziewaliśmy.





poniedziałek, 10 września 2012

(11) disco-patka

    No i stało się. Brzdęk! Kręgosłup znowu rozsypał się  jak wieża z kostek lodu. Czeka mnie kolejna podróż wgłąb siebie, szukanie i mozolne sklejanie.  Mogłabym sobie teraz wyrzucać- ech, niepotrzebnie myłam okna, niepotrzebnie zmieniałam pościele, niepotrzebnie rozjeżdżałam żelazem zagniotki na ubraniach... Nie bolałoby wtedy, nie byłoby szpryc w poopkę, nie musiałabym zawracać głowy wszystkim dokoła...
Z drugiej strony było warto, było to po coś- mogę teraz leżeć w pachnącym morzu czystej pościeli,  patrząc przez kryształowe okna na błękit nieba. Spędzę tu jakis czas, więc było warto :) Gościłam moją przemiłą Panią Doktor, z którą fajnie pogadać. Jutro przyjdzie pielęgniarka Iza. Pobiadolimy troszkę, pośmiejemy się. A za jakiś czas minie ból przy każdym oddechu, wszystko mija.
Życie jest piękne :)


Niech nikt nie zwątpi w odwieczne, zdawałoby się- trywialne- prawdy:

Nie ma tego złego...!
Jutro też jest dzień!
Po burzy zawsze świeci słońce!

Mam tylko prośbę do Słońca - poczekaj na mnie!

Frida Kahlo. Moja opoka w zmaganiach z klatką ciała.
Jeszcze do niej wrócę. Do Fridy :)


wtorek, 19 czerwca 2012

(7) szlachetne zdrowie

Wieczór pełen gwiazd. Leżymy już, Mim tuli swój ciepły policzek do mojego. Owiewamy się wspólnie oddechem. Prawie odpływamy od brzegu, ale jeszcze z daleka, spod fal słyszę smutny głos synka:
-Mamuś, to przeze mnie jesteś chora... bo jeszcze nie wymyśliłem jak zbudować maszynę do spełniania życzeń... życzę Ci zdrowia mamuś i żeby Cię nie bolało...

Przycisnęliśmy się bardzo mocno, łza spłynęła mi po sercu i popłynęliśmy...