Pokazywanie postów oznaczonych etykietą troszkę poważniej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą troszkę poważniej. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 czerwca 2018

(264) Podlewajcie kwiaty podczas podróży!




Mary Oliver

 "Podróż"
Pewnego dnia wreszcie się dowiadujesz
Co musisz zrobić i zaczynasz
Pomimo, że wszystkie głosy wokół Ciebie
Ciągle wykrzykują złe rady.
Pomimo, że cały dom zaczął drżeć
I ciągle czujesz kulę przyczepioną do Twojej kostki.
„Napraw moje życie”
Krzyczą te głosy
Ale Ty wyruszasz.
Wiesz co musisz zrobić
Mimo, że wiatr atakuje swoimi zawziętymi palcami
Same fundamenty Twojej egzystencji i pomimo, że jego melancholia
Jest taka straszna.
Było już i tak dosyć późno,
A noc jakaś taka dzika,
Pełna połamanych konarów i kamieni.
Ale krok za krokiem, pomału,
Głosy za Tobą zaczynają cichnąć
I gwiazdy na niebie zaczynają świecić,
Przebijając się przez płaszcz chmur.
I pojawił się nowy głos,
Który rozpoznałaś jako swój własny.
Dotrzymuje Ci on towarzystwa, kiedy
Idziesz dalej i dalej w świat,
Zdeterminowana aby zrobić
Jedyną rzecz jaką zrobić możesz.
Zdeterminowana aby ocalić jedyne życie jakie możesz ocalić.

[tłum.Małgosia Dawid-Mróz]


***


Mentalnie jestem w podróży szmat czasu.
Nie mam żadnej stałej rzeczy w życiu, nawet nie wiem, gdzie będę mieszkać. Oby się już nie przyzwyczajać. Szukam szóstego miejsca na ziemi. Mój system korzeniowy jest coraz płytszy, zdolności przystosowawcze coraz większe, mniejsze zapotrzebowanie na wodę i składniki pokarmowe.

Ale... wiem, że kaktus zakwita najpiękniej.
I jeszcze to, że kwiat kaktusa zapamiętuje się na całe życie.
















Kurdebalans. A zawsze myślałam, że jestem stokrotką.







środa, 31 stycznia 2018

(255) A u nas szaleństwo! Licytacje, damsko-męskie akrobacje!

1. Proszę ja Państwa, co tu się wyrabia! Do akcji SOS dla Michała, skorpionowego kolegi w niedoli dołączyła się owocnie Małgorzata Południak. No i teraz szaleństwo! Tomiki poezji wyprzedane, ale można posiąść te oto torbę przecudnej urody, licytacja trwa na fejsie! Przekazała ją przyjaciółka Małgosi - Sonia. Dziękuję, Dziewczyny! ♥


Zdjęcie użytkownika Malgorzata Poludniak.


Licytacja torby TUTAJ:

------> Torba borba!



2. Dołączam z książką, która popełniłam z Kaczką. Oddaję swój prywatny egzemplarz, dwa ostatnie zostawiam dla moich Synów. Książka jest nowa, może być z dedykacją lub bez, wedle uznania. Jeżeli ktoś wybierze opcję "Z", obiecuję napisać na jej karcie strofkę-rymowankę ku czci Wygrywańca licytacji lub na temat, jaki Wygrywaniec wybierze.
Wygrywaniec wpłaca kwotę na zrzutkę Michała TUTAJ i przesyła swoje namiary naziemne na mój adres mailowy uslugiliterackie[at]gmail.com, a ja wysyłam Mu książkę.

Cena wywoławcza... no nie wiem. Hm, na ile wyceniacie jęzor Skorpiona i pióro Kaczki? 3 dyszki? Niech będzie!

Cena wywoławcza 30 zł. Koniec licytacji w sobotnią noc 10 lutego o północy.

Licytacja w komentarzach pod postem, bo może na Fb trudno wszystkim trafić? Kto da 3 dyszki? Kto przebija?


O książce można poczytać  -----> TUTAJ

3. Oczywiście ciągle można wpłacać bezpośrednio na stronie ze zrzutką. Nie krępujcie się wpłacać nawet małych kwot. Można anonimowo! ;) Naprawdę, każde 2 złote się mnoży. Żeby każdy wpłacił po dwójeczce, już dawno sumka byłaby zebrana. Mamy już 2325 złotych! Czyli do upragnionych 3200 już niedaleczko. Nie ma przeciwskazań, by przekroczyć tę sumkę, a co! 


4. A może ktoś chciałby przekazać swoje dzieło albo srebra rodowe na zbożny cel? Hę? Niech pisze do mua, dopiszemy go tu albo wstawię w poście link do licytacji u niego.



Zbieramy TUTAJ:

Michał zbiera na bilet na dalsze życie - turnus rehabilitacyjny



A teraz clou programu! Dwa wieczorne słowa od Michała! :)





Tutaj jest dwuminutowy program z TVP Gdańsk o Michale,w którym wypowiada się on sam, jego mama i lekarz. Zachęcam, byście zerknęli mimo okrągłej minuty reklam przed.

https://gdansk.tvp.pl/28698302/oddal-pieniadze-ale-sam-potrzebuje-pomocy



A na słodki deser z mojego drugiego bloga --->Kręgosłup Oralny (jakby kto nie wiedział, no ale chyba nie ma takich, hę? No ja mam nadzieję, bo tyle śmichu z chorób tam, ze może grozić anatemą), przeklejam post o sanatorium w którym poznałam Michała w listopadzie 2016 roku. Wierszyk mój, ofkors, taki mogę stworzyć i wpisać na kartę wylicytowanego Stukułki.

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)



- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

piątek, 20 stycznia 2017

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥



poniedziałek, 10 października 2016

(229) Nieskończoność

     Akurat właśnie ósmego.
     Ósemka to taka nieskończoność postawiona na baczność. Dla mnie od równo dwudziestu lat.



     Może Wasi ojcowie żyją, może niektórzy nie. Jesteśmy już w tym wieku, że następuje naturalna zmiana warty.

     Zazdroszczę tym, którzy poznali swoje wnuki, odeszli jako starzy ludzie. Zawsze następuje to za wcześnie, nawet jak są omszeni i mają po sto słojów. Zawsze szkoda umierać, młodo umierają ponoć tylko wybrańcy bogów. Ponoć. Po cholerę, nie wiem.

     Mój tata umarł w wieku 52 lat, do 53 urodzin zabrakło Mu miesiąca i sześciu dni.
I wszystko byłoby w miarę nietraumatyczne dla tych, którzy zostali, gdyby nie jedno maleńkie ale. Umarł, choć nie musiał. Ot, pomyłka, każdemu się może zdarzyć. Nawet lekarzowi, nawet Gabrielowi z mieczem. Coś tam pochrzanili w papierach na górze, przeoczyli datę przydatności, przekleili metki. Może jakoś naprawimy tę pomyłkę, może klej puści i da się przedatować? O? Nie udało się? Nie może być! Zabawa w kotka i myszkę przez pół roku. 

     Poniedziałki to próg zwalniający całego tygodnia. Kołdra jest najcieplejsza, głos syren najbardziej pociągający. W poniedziałek mówię do mamy - mamo, ja już nie mogę, po prostu nie daję rady. Nie mogę na to patrzeć dzień w dzień, naprawdę już nie mam siły, ani kropli. Jestem w szpitalu od razu po zajęciach, w domu ląduję pod wieczór. Była wiosna? Lato było? Kiedy? Jest jeszcze morze w Polsce? Nie wyschło? Ach, wpłakiwałyśmy na bieżąco. Nie stwierdzono obniżenia się poziomu, tylko nastroju? Teraz podobno kolej na jesień? Jakoś skurczyła się do granic zimnych murów. Mam nimi ściśniętą klatkę, kompresja myśli, balotami odlatują windą do nieba, albo do ciepłych krajów, nie wiem, bo nie oddycham. A chyba muszę czasem. Muszę pisać tę cholerną magisterkę Dzisiaj sobie odpuszczę, mamo, dobrze? Pozwalasz mi się wyprząc dzisiaj? Tylko dzisiaj.Pozwól mi zdjąć popręg, zobacz, mam krwawe rany. 

Jak uważasz. 

Uważam.
Nie zdjęłam.
Poszłam.

    I to był ostatni raz, kiedy Go widziałam żywego. Ogoliłam go na leżąco. W trakcie wymiotował. Człowiek nie umiera jak na filmach. To nic czystego i pachnącego fiołkami. Śmierć jest sprzątaczką z kubłem pomyj i szmatą w brudnej dłoni, z żałobą za paznokciami. Kosa jest niesterylna. 
     
     Nie wiem co robić najpierw. Nie mam wprawy. Siedzę na metalowym krzesełku, na siedzisku którego widać drobne korzonki wrastające mi w uda. Czoło opieram o brzeg jego pościeli. Zamykam oczy. Trzymam go za rękę, od której biegnie galopem zwój kabli. Jedna rurka w ostatniej sprawnej, lekko pulsującej żyle na szyi, kap kap, druga w nozdrzu, ślurp ślurp. Rurka spod kołdry z woreczkiem zapełniającym się moczem, kap kap. Życie skapuje na szpitalną podłogę, przecieka przez palce, łapiesz durszlakiem jak idiota, bo w progu dyszy ta sprzątaczka z kubłem. Już można posprzątać? 

     A ja jak durny rycerzyk z durszlakiem na głowie, bronię, trzymam głowę na skraju łóżka, tuż obok naszych rąk i trzymam to letnie życie za mały palec, za włos, odwracam siłą woli grawitację, by nie wbił się w Ciebie miecz Damoklesa, co na drugie ma Gabriel, w blond loczkach i białej wykrochmalonej sukience.

     Sio, zgrajo!

   A pamiętasz jak opowiadałeś mi bajki? Leżeliśmy na boku, zwróceni twarzami do siebie. Opierałeś głowę na swojej ręce, a ja wtulałam Ci się pod pachę. Byłeś spocony po całym dniu, dla Ciebie się on jeszcze nie skończył. Wtulałam się w tę pachę, gdy mi opowiadałeś straszne historie. 

Teraz role się odwróciły.

Nie bój się, dobrze? To tylko sen. Jutro będę. Jak co dzień.



   Jutro tymczasem nie przyszło. Nie przyszło ani pojutrze, ani żadnego innego dnia, nawet nie wiem, czy teraz  dni biegną jak powinny, skoro jeden dzień zbiegł z kalendarza. Czy to zniknięcie nie zaburzyło symetrii nieskończoności?

     To był pierwszy wtorek bez Taty. Wiedziałam po co tak wydziera się ranny telefon. Drzesz się i drzesz, zdechnij! Dzwonek wwiercał mi się w mózg, Im dłużej nie odbiorę, tym dłużej będzie ze mną, bo przecież to niemożliwe, by tak po prostu zniknąć. Jak to? To już? Tak, ot? Po prostu? 
     
    Zawsze był, a dzisiaj go nie ma. I nie będzie już nigdy. I pogodzić się jest tak cholernie trudno. Z czymś co stać się nie miało, a stało. Nie mogło, a zdarzyło. Jakiś błąd systemu, bo komuś się wyślizgnął miecz przy przeklejaniu metek. 


Oszuści.


Mam tylko nadzieję, kopnięta ósemko, że jesteś pętlą Mobiusa.





sobota, 12 marca 2016

(202) Mim

     Bardzo ładny numer posta, od początku i od końca taki sam. Tytuł też. Łatwo się zagubić w środkowym zerze i wpaść w nim w cyrkulacje. Lubię liczby. Siedzę z nimi w wannie od miesiąca. 

     Przeliczam, od ilu dni jestem wdową. Na razie, co prawda, słomianą. Pierwszy raz w życiu obowiązki Małża zrobiły nam zsyłkową Kołymę. Planowałam przez ten miesiąc odpocząć, malować paznokcie na czekoladowo i zajmować się wyłącznie rozrywką, rzucić się w morze ludzi i płynąć sobie lekko rozkołysanym kajaczkiem w butelce z białym winem. Fale życia są jednak na tyle duże, że rzuciło mnie na statek widmo. Zahaczam szpilkami o deski na pokładzie i, przewieszona przez burtę, odczuwam mdłości. 

     Z Mimem od miesiąca kiepskawo. Napiszcie tu do niego parę słów, dobrze? Ucieszy się. Jeżeli przez weekend nie zdarzy się ekspresowy cud, to od poniedziałku idziemy do szpitala stawiać diagnozę z klocków. Co prawda ja trzymam się kurczowo dobrych myśli, ale wiecie jak to samemu na morzu...

Całuję
Monia






sobota, 19 grudnia 2015

(194) Zielona sukienka

     Widziałem ją. Stała. Tak po prostu. Wyglądała na zadowoloną, ale nie pamiętam, jaki miała wyraz twarzy. Zmierzchało wtedy, więc trochę się wystraszyłem, kiedy ją spostrzegłem. Nie zastanowiło mnie nawet to, że może być jej już zimno, w końcu to październik. Co prawda dużo mówi się o ociepleniu klimatu, ale chyba nie jest na tyle ciepło, by chodzić w samej sukience. Nie powiedziała nic, chociaż czułem, że bardzo chce. Może nie jestem na tyle silny, by móc ją wysłuchać. Wystarczy mi sam widok. Patrzyliśmy na siebie. Trwało to dobrą chwilę, a potem odeszła. Jej zielona sukienka pomachała Ci na pożegnanie. Poznałem od razu, że to machnięcie jest do ciebie, bo w jej fałdach była prośba, żeby ci to przekazać. No, to przekazuję.

***

fot. Tommy Eliassen/Barcroft Media
   
     Kiedy lekarze orzekli, że to potrwa tylko kilka dni, wzięły ją do domu. Gdyby liczne wylewy nie spowodowały utraty mowy, pewnie usłyszałyby, że chce umrzeć we własnym łóżku.
Były cztery, więc każda miała opiekować się mamą przez ćwiartkę doby. Tak byłoby sprawiedliwie i symetrycznie, ale siedziały wokół niej wszystkie, jak ośmioręka rozgwiazda. Rak wyjadł jej ciało do dna, pozostały tylko resztki płuc. Im ich mniej, tym, paradoksalnie, głośniej pracują. W końcu stanęły, utrudzone, na siedemdziesiątym trzecim przystanku i z wydechem ulgi wysadziły na nim duszę.
   
     Podczas pogrzebu pięknie świeciło słońce. Trumna nie była ciężka, ważyła nie więcej niż serce, więc czterech chłopa dało radę z łatwością. Dużo ludzi, bardzo dużo. Miłe, ale w smutny sposób.
Stypa, zupa, kotlet, przecież to miejsce mamy, zostaw wolne. Noce kończą się w południe, popołudnie już czy rano? Dzieci w szkole? Ach, śpią. Niech śnią. Jak to już grudzień? Kiedy?

***

- Przyjdź proszę do mnie do gabinetu, gdy będziesz wolniejsza.

- Dobrze, doktorze.

-Wiesz, wahałem się, czy Ci powiedzieć, bo nie mówi się w świetle jarzeniówek takich rzeczy. -Kolejka pacjentów, na stole recepty, przed oknem tramwaj. Rozmowy i szuranie.- Teraz wydaje mi się to dziwne, ale mam ci do przekazania wiadomość, nie wiem od kogo i nie wiem dokładnie jaką, poza tym tylko, że jest i to ponad wszelką wątpliwość. Chyba sensem jej jest to, że jest i tyle. Skądś wiem, że to wiadomość dla ciebie. Od kobiety, która została pochowana w zielonej sukience. Nie martw się i zostaw miejsce wolne. Potem pozmywaj i żyj.


sobota, 7 marca 2015

(167) Niedaleko i nie tak dawno temu...

     Wyszukała w torebce pęk kluczy. Wybrała ten największy, otworzyła drzwi prowadzące na starą klatkę schodową i zaczęła zdobywać swój codzienny ośmiotysięcznik. Na każdej półce skalnej za drzwiami spali sąsiedzi. Jej gniazdo mieściło się na ostatnim piętrze kamienicy, które zawsze kąpało się w chmurach.
     
    Usiadła zmęczona na krawędzi łóżka. Pokój spowijały jeszcze ostatnie muśliny ciemności, przez które powoli przeświecały pierwsze przebłyski dnia. Pochyliła głowę i ukryła w rękach pokrytą pierwszymi zmarszczkami twarz. Przymknęła oczy. Zmęczenie szybko roztopiło się i wlało pod ubranie. Kiedy była młoda, praca na trzy zmiany nie była taka ciężka. A może to ona sama była lżejsza o to, co w głowie i sercu.

     Zastanawiała się, czy to, co jej się cyklicznie przydarza, nie jest tylko snem albo psikusem umęczonych zmysłów.

- Śpisz? - skierowała wzrok na spiętrzone pierzaste chmury, pod którymi spokojnie spał jej mąż. Chmury zderzyły się, zakotłowały i wypuściły dwie niebieskie błyskawice. Mężczyzna przetarł zaspane oczy.

- Znowu to słyszałaś? Daj spokój - trzasnął cicho piorunem i pośród pomruków zmienił konfigurację chmur, uklepując je tu i ówdzie. Poprawił sobie jedną pod głową - no, mów. Dzisiaj też?

- Tak. Słyszę dzwonek, otwieram drzwi i nikogo nie widzę. Ciągle te kroki w mieszkaniu. Czyjś oddech. 

- Wiesz, pomyślałem, że może zamówimy mszę za tę sąsiadkę zza ściany, która zmarła niedawno, co? Uspokoisz się trochę, wydobrzejesz. Co ty na to? - przesunął rękę po jej ciemnych włosach.

- Dobrze - spojrzała z wdzięcznością, że może przestanie ją uważać za pomyloną. Cała ta sytuacja była dziwna i męcząca.

- Ostatnio mieliśmy trudne chwile, poza tym za dużo pracujesz. Połóż się, obudzę dzieci i zrobię im śniadanie. - chwycił ją silnym ramieniem w pasie, wciągnął do swego nieba i pocałował w czoło.

***

     Dom był pusty. Uwielbiała te popołudnia, kiedy miała kilka nielicznych chwil dla siebie. Zanim dzieci wrócą ze szkoły, a mąż z pracy, weźmie kąpiel. Ukucnęła przy wannie, włożyła dłoń pod strumień przyjemnie ciepłej wody i patrzyła jak z impetem uderza o jej dno, na którym szybko rosła pachnąca liliami piana. Nie czekając, aż wanna się wypełni, rozebrała się i z rozkoszą zanurzyła w kąpieli. Przymknęła oczy, wyciągnęła stopy przed siebie, i kiwając nimi, rozpryskiwała strumień lejącej się wody. Łazienka powoli wypełniała się parą, której smugi mieszały się z dźwiękami muzyki sączącej się przez szparę w drzwiach. Zamknęła piętą kurek i pozwoliła otulić się dźwiękom. Cichutko podśpiewywała sobie pod nosem, nawet, gdy muzyka już ucichła. Uśmiechnęła się lekko i otworzyła oczy. W tej chwili poczuła jak krzyk grzęźnie jej w gardle, bo za drzwiami coś mignęło. Zastygła w przerażeniu, gdy w jej uszy wdarł się ostry brzęk dobiegający z kuchni. Wyskoczyła z wanny, na chwilę zastygła wyprężona, po czym pospiesznie wytarła się i zaczęła skradać, zaciskając kurczowo rękę przy szyi, na połach szlafroka. Zostawiając na sobą mokre ślady dotarła do  progu kuchni. Z trudem starała się uspokoić oddech. Zbierając w sobie siły, wychyliła głowę zza framugi. Przestraszona przebiegła szybko wzrokiem po szafkach i blatach, aż wreszcie zobaczyła wybrzuszenie na zasłonce. Walcząc ze strachem, jednym susem dopadła do czegoś skrytego za falującym fragmentem materiału. Równocześnie krzyknęła i odsunęła zasłonkę. I w tym samym momencie roześmiała się głośno z ulgą.

- Ty głuptasie, po co wchodziłeś na parapet? Przy kotach nie można mieć nawet małego hiacynta w doniczce, co?- tuląc kotka wróciła do łazienki. 
     
     Ale wychodząc na korytarz poczuła, że nie jest sama. Stanęła jak wryta. Trzeszczące w rytm powolnych kroków deski potwierdziły jej obawy.

***
Casey Weldon

- Ja już nie wytrzymam - wbiła szklany wzrok w plecy męża, a łza spadła na bluzkę, zostawiając ciemną plamę.

- Zjedz coś, zrobiłem pyszną jajecznicę - przesunął palcem po mokrym śladzie przy dekolcie. - Wiesz, nie będę zamawiał tej mszy. - podniosła wysoko brwi i wlepiła pytający wzrok w jego twarz. - To znaczy mogę zamówić, jeśli chcesz, nie ma sprawy. Ale to nie sąsiadka.

- Jak nie sąsiadka? Przecież wszystko się zgadza. Niedawno umarła - wylicza na palcach - kroki słyszę od czasu jej śmierci, to jest, od momentu, gdy ją znaleźli. Wcześniej nic się nie działo. 

- Mówię ci, to nie sąsiadka. 

***

- W nocy wybudziło mnie chrapanie. Zdziwiłem się najpierw, bo przecież ty nie chrapiesz. Spojrzałem na ciebie, spałaś cichutko. Dzieci również. Było to dziwne, bo ten głos wydobywał się mniej więcej z tych okolic, gdzie masz głowę. Podniosłem wzrok i zobaczyłem go. Siedział w fotelu, zaciskając na oparciach żylaste dłonie i z trudem łapał powietrze, zupełnie jak wtedy, gdy nękały go ataki astmy. Mój dziadek, który od dawna nie żyje, siedział obok nas! Po chwili polepszyło mu się na tyle, że mógł się odezwać. Pochylił się tuż nad twoją głową i niemalże dotknął swym nosem mojego. Świszczącym szeptem wyjawił mi coś bardzo ważnego, dotyczącego naszej rodziny. Odpowiedziałem, że sprawa będzie załatwiona pomyślnie i żeby się nie martwił. Uśmiechnął się do mnie, wstał, a potem usłyszałem skrzypienie podłogi w korytarzu. 

***

     Od tej chwili w ich domu nie zdarzyło się już nic nadzwyczajnego. Życie w podniebnym domku płynęło spokojnie, zwykłe, codzienne problemy zaczęły się rozwiązywać, a oni sami bardzo się do siebie zbliżyli.

***

    I nie byłoby w tej historii nic dziwnego, prócz tego, że wydarzyła się naprawdę.

sobota, 1 listopada 2014

(150) Pod i nad

     Październik mignął żółtym liściem jako sen jaki złoty. Ale, że podobny w składzie do listopada (40% deszczu, 20% wiatru, 20% zimnych nóg i 20% smarków), posłuchać można i teraz. Zatem pstryk i nasiąkajmy dźwiękami jak gąbka:


     W tle U2, kubas z herbatką w ręce, ciepła kołderka, to teraz pokażę Wam co me modre oczęta ostatnio wchłonęły, a główka przefiltrowała.

     Czasami jest wszystko na opak. Góra myli się z dołem, a siedząc na pomoście nie za bardzo wiemy, czy moczymy nogi w wodzie czy w niebie. Bo wyciągamy je tak czy siak sinoniebieskie. Po pewnym czasie zmysły się przyzwyczajają i akceptujemy sznur ptaków sunący pod wodą i wodorost na niebie. Nie dziwimy się, że szuwary rosną w przeciwną stronę, a krople deszczu wpadają w niebo. Korony drzew penetrują toń, a korzenie wrastają w chmury.







Ale wystarczy chwila, by światy powoli zaczęły się rozdzielać.


I to co pod staje się równie ważne z tym, co nad. Równoważne. Ważne.




     Pod i nad, a w tym wszystkim my. Czasem z tej strony, czasem z drugiej. Niekiedy myli nam się góra z dołem, ważne z nieważnym. Ale wewnętrzny, skalibrowany ster, zawsze w końcu kieruje nas w słuszną, wyznaczoną przez gwiazdy, stronę.* Nawet, gdy dookoła się wali i pali, mamy włączonego automatycznego pilota. I ciągle jeszcze tu jesteśmy. Jeszcze od nas zależy, czy jesteśmy pod, nad, w, czy pomiędzy.
     Mimo wszystko miło ciągle jeszcze być tu, na tej huśtawce, prawda?


PS.
Przed chwilą przypomniał mi się ten utwór: (chyba przeżyłam teledysk, co? A mówią, że nic dwa razy się nie zdarza ;) )



* teraz (3.11), po publikacji posta przez Diabła w Buraczkach, nie byłabym już tego taka pewna:



sobota, 20 września 2014

(144) POEZJA I PROZAc

     Powiem wam, dlaczego znikam.

Moje życie raz stajenką Pegaza, raz stajnią Augiasza. Dwanaście prac boleśnie rozciągniętych w dwieście. Blizny cesarki, stłuczonych kolan i wyciętych słów. Alergia na kłamstwo, ponadnormatywne IgM empatii. Brak synchronizacji pomiędzy być i chcieć. Z tym co wewnątrz mnie i co na zewnątrz. Ręce wyłamane ze stawów, kiwające się na dwóch biegunach, a ciągle ze szmatą jak sztandarem. I świadomość, że jestem prochem.
Nie mam siły oglądać sowieckich samolotów nad Szwecją, ran dzieci i jęków kobiet oblanych kwasem. Nie mam siły myśleć, że jednak nie ma żadnego bezwojennego pokolenia w RP, gdzie RP jest tyle co leków na Rp.  Nie mam już siły drzeć pierza i dzioba, dawać mleka i mięsa co dzień od nowa. Nie mam siły być uwiązanym Perseuszem codzienności i smażyć wątrobę na próżno. Gdy najbliżsi karmią niewiarą i polewają kwasem. Gdy po pięćdziesięciu głaskach więcej waży jeden policzek wylewający się rumieńcem na poduszkę.

     Niech mi ktoś przestawi potencjometr z nano na centy choćby. Nie chcę odbierać wibracji z epicentrum oddalonym o sto tysięcy kilometrów stąd. Nie chcę, by drżenie w domowych posadach grzebało mnie pod Pompejami filiżanek. Niemogę jest gorsze od niemamnie.  

Mimo, że przez lata zmieniłam się. Nabrałam masy, urosły mi jaja do kolan i z filigranowego rączego araba o wadze 55 kg stałam się perszeronem.

to teraz

nie mogę
sorry


Ja wewnątrz nieprzezroczystej siebie noszę rozmiar 36 i jestem pod ścisłą ochroną.
Bardzo chciałabym wypłakać Wam w rękaw, tym, co mi kością w gardle.

Wbito mi kołkiem osinowym w serce, że nie nadaję się do niczego prócz orania od płotu do płotu. Z zachodu na wschód, od brzasku do zmierzchu. Obsiać, zebrać, zaorać, olać. Zawstydzić się, że się olało i gołymi rękami wybierać gówna ze skib. 

     Brakuje mi Skamandrytów dnia codziennego, Papuszy niedzielnej i czwartków nad herbatą. Chcę wyrwać balanse z zegarów, skoczyć do Sevres i zrobić tam demolkę. 


Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.


Zbyt wiele razy.




Chcę już do Taty.


 ***


A po normalnemu.

     Wkurza mnie rynek pracy. Wkurza mnie, że nie ma miejsca dla takich jak ja. Idealistów, którzy zdobywali wiedzę w kierunku, który kochali. Z góry skazanym na niepowodzenie. Że zamiast wymienić oko za oko i płyny ustrojowe, wymienia się tylko CV. Że po 25 latach jedzenia z jednego talerza mówi mi się, że nie ma przyjaźni. Że zaprasza się mnie, modląc się, czy aby nie przyjadę. Że obrócone tyłem plecy mówią, że nie taką synową chciały. Wkurza mnie, że nie wierzy we mnie ten, który powinien, że nóż, dla sportu, wchodzi w z góry upatrzone i wytrenowane miejsce pod lewym obojczykiem. Boli mnie, że przez to nie ufam w 100%. Że mam na sobie czador. I wkurza mnie, że jesteście tak daleko.
I dlatego zadziwiają ludzkie bezinteresowne i przyjazne odruchy. Przyzwyczaiłam się, że na nie nie zasługuję.

Dina Goldstein


     Nie. Nie mogę po prostu wziąć torby na plecy i pójść, bo trzaśnie mi kręgosłup tuż za progiem. Nie polecę już nigdzie samolotem, bo mam ataki paniki. Nie usiedzę w autokarze. W związku z tym  nie zobaczę już nic poza tym, co w najlepszym wypadku w promieniu Polski. I zdaję sobie sprawę oczywiście, że marzenie, by zobaczyć zorzę polarną jest tylko mżonką. Nie usiedzę z tymi pieprzonymi plecami 8 godzin w pracy. Nie zarobię na siebie. Gimnastykuję się i ryczę, żeby tylko móc usiedzieć w kinie, z którego i tak uciekam, no bo zamknięte pomieszczenie. Dla mnie Wasza codzienność jest tylko marzeniem. Siedzieć, dźwigać, być w ciąży? Niewykonalne. Podczas, gdy dla mnie kichniecie było niespełnionym przez 3 miesiące pragnieniem.

 Jestem tylko wolna, gdy zamknę oczy. Gdy żegluję tam, gdzie chcę. Kiedy nie mam kotwic.  Mój świat istnieje tylko we mnie. Z odgórnie narzuconym terminem przydatności do spożycia.


piątek, 1 sierpnia 2014

(137) Skoki na główkę

OSTRZEŻENIE:

Dzisiaj wchodzicie tu na własną odpowiedzialność.
Osoby zbyt wrażliwe nie powinny oglądać dwóch pierwszych filmów.
Ja dochodziłam po nich do siebie wiele tygodni.
Zachęcam natomiast do czytania pozostałych trzech podlinkowanych artykułów.


     Na oko może mieć ze 20 lat. Szczupły, bezczelnie uśmiechnięty. Wpakowali go do Oddziału VI za jakieś głupstwo. Słyszy krzyki: przebieraj się! Zaraz zetną ci włosy!
Stawia się z powrotem, Mina już nietęga, bo luźne spodnie spadają z bioder, nogawki wkręcają się w drewniaki. Piżamowa góra odbiera resztki godności.
Nie będę mył latryn - głos jeszcze zawadiacki, w kąciku ust tańczy szelmowski uśmieszek.
Będziesz. Zrobimy tak, że będziesz.

Po kilku godzinach spuścił spodnie przed kamerą. Pośladki sine, mięso będzie odchodzić od kości. Głowa jest dwa razy większa. Nie ma na niej oczu, są tylko wąskie szparki. Jedno ucho wielkości dłoni. Brak przednich zębów. Chłopak słania się na nogach, starczym, posuwistym i wolnym krokiem zmierza do latryn, całą drogę trzymając się ścian. Pokornie klęka nad dziurą w podłodze i gołymi rękami wybiera fekalia.

***

     Mamo, klawisze chcą śrubokręt i dwadzieścia metrów kabla. Tak, traktują mnie dobrze, ale jak przyślecie paczkę, będą mnie traktowali jak króla. Tak, myślę, że dyrekcja wie o tych wymuszeniach. Co robi? Korzysta i przyzwala.
Mamuniu, oni chcą betoniarkę. Ciężarówkę. Cysternę.
Rodzice zadłużają się masakrycznie, ale przysyłają wszystko. Matka płacze bez przerwy.
Ukochanego syna i tak katują na śmierć.

Innemu więźniowi udaje się przeżyć wyjść na wolność. Oskarża klawiszy o znęcanie się. Sąd skazuje go za pomówienia i osadza w tym samym więzieniu. Ile mu dajecie? Nie odsiadki. Życia.

To nie fikcja. To rosyjskie więzienia XXI wieku.

***

     Nie udają, że to pomyłka. Pociski z bronią chemiczną z premedytacją uderzają w syryjskie szpitale i szkoły. W takim wypadku zazdrości się zmarłym na miejscu.
Hałas, rwetes, przed szpitalem pojawia się znikąd czterdzieścioro dzieci. Chłopiec jest w wieku Mata. Stoi jak strach na wróble, dygocze, z rąk i nóg wiszą strzępu ubrań, na głowie szmata z kapelusza. Po chwili dochodzi do mnie, że ubranie stopiło się, a to, co wisi z głowy i ciała jest jego własną skórą.
W szpitalu nie ma nic. Okien, łóżek, w apteczce tylko paracetamol. Dzieci nie mają gdzie się położyć. Większość strachów stoi.Nie ma krzeseł.

***

Małpka zabawnie skacze. Robi stójki, jaka mądrutka! Ach, ci Rosjanie!



***

     W domu dziecka powinny zaznać ciepła i miłości. Te, z którymi los obszedł się okrutnie, nie znają delikatności ręki mamy, ciepłego uścisku ramion taty i bezpieczeństwa, które z miłością tworzą gniazdo, w którym się wzrasta. W siłę, w wiarę, w miłość.


***

     My, cywilizowani Europejczycy uważamy, że świat ma wyglądać tak, jak my im zagramy. Pępek świata. Szkoły dla wszystkich, komunikacja miejska, małżeństwo z wybraną osobą. Odkryte ramiona na ulicy, publiczne pocałunki. Nikt nie oblewa kwasem, nie torturuje, nie gwałci. Biedronka za rogiem, pomoc społeczna, służba zdrowia. Tymczasem to my jesteśmy mniejszością. Mentalność poza Europką i Stanami jest diametralnie inna. W Chinach nie ma uczuć ani więzów rodzinnych, a jedyną religią jest pieniądz. Marny pieniądz. Ale opłaca się tu robić sztuczne fistaszki i jajka. Zanieczyszczenia dopływają aż do Wysp Kanaryjskich.





     Tymczasem w Japonii... Japonii nigdy nie zrozumiemy.

http://www.focus.pl/czlowiek/rece-ktore-lecza-czyli-szokujace-zwyczaje-dotyczace-masturbacji-8179

***

     Jedyne co wiem, to to, że nie zbawimy świata i nigdy nie będzie na Ziemi pokoju. Mam hippisowską duszę i organicznie nie znoszę przemocy pod żadną postacią, krwawych porachunków, politycznych machlojek, prawa pięści. A muszę żyć ze świadomością tego, co dokoła mnie.

Dziś 1 sierpnia. Wycie syren o 17.00 zastanie mnie na Starym Rynku. I będę dalej żyć. Z worem pamięci ciężkim jak głaz.

     Jestem pierwszym pokoleniem, które wojnę zna tylko z opowiadań. Boję się, że jednak nim nie będę. Patrząc, co się dzieje na świecie, boję się o dzieci. Nurkuję tak często jak tylko się da. Nie chcę wypływać. Pod powierzchnią paradoksalnie mam czym oddychać, mogłabym całymi tygodniami pływać wokół grządek, donic, mieszać w garze wiśniowe konfitury. Czytać, tulić dzieci i nie wychodzić z pościeli. Wypływając za próg duszę się.



I dlatego skaczę na główkę w rzeczy piękne:

W ZOO.

w rzeczy niezwykłe i piękne:

W Łazienkach.

  zwykłe  i proste - dlatego piękne




     Przycinam lawendę, by zakwitła po raz drugi, wdycham odurzający zapach glicynii. Zawieszam domek dla owadów i obserwuję pierwszych lokatorów. Wracam do fajansów i szydełkowych serwetek. Nad rosołem spowalniam zegary. Nie gnam, nie ścigam, nie popędzam.

Codziennie skaczę na główkę z synami, pływamy:

Mimku, cieszysz się, że jedziemy w góry?
hmmm niezbyt. Mam równie małe szanse spotkania żmii zygzakowatej, jak szukanie wiadra w polu.

***

Mim na pływalni nie słucha instruktora, robi wszystko po swojemu. Pan Michałek mówi, że powie w takim razie babci, którą zna, nota bene, z 5 lat co najmniej. Kiwają sobie zawsze rąsiami przez szklaną taflę. Mim spłoszony biegnie do instruktora i szepce mu coś do ucha.

-Niech pan nie mówi nic babci, szkoda fatygi, ona jest stara i głucha jak pień!

***

-Mamo, ruszyły zapisy do Hell's Kitchen, nie martw się, nie trzeba być profesjonalistą! Można być tylko amatorem!
A Ty jesteś amatorem, tak?
.
.
.
.
.
Czy jeszcze gorzej?

***

      Zaciekawiło mnie jakimi Wy, zbłąkane duszyczki, pokrętnymi drogami wpadacie tutaj.
Aż się boję pomyśleć, kto to czyta, bo znajdujecie Skorpiona po wpisaniu w gugla haseł:

co może wygryzać kurczakom wnętrzności

ślimak jak odciąć mu nogę i wyjąć wnętrzności

trucizna na koty.


Fuj, wstydzicie się, mam nadzieję, bando dewiantów! ;)

niedziela, 25 maja 2014

(126) Nocnik ze starym druhem i dużo lania wody

     Mój przyjaciel mówi całkiem spokojnie. I spokojnie, bez drżenia ręki zapala papierosa tym samym, machinalnym ruchem, wyćwiczonym do perfekcji całe dziesiątki lat temu. Obserwując krótki kurs płomienia, z prędkością światła uzmysławiam sobie, jak bardzo jesteśmy starzy.

Patrzę jak znajomo zaciąga się dymem, chwilę zatrzymuje go w płucach i na wydechu pisze szeptem w noc:

-Zostawię to i odejdę. Odejdę tak jak stoję, gdziekolwiek, gdzie oczy poniosą.

-Dlaczego? - pytam obserwując jak druk rozpływa się w chłodzie wieczoru.- Masz wszystko, co tylko człowiek może chcieć.

-Ale nie mam miłości.







- Czy żona Cię kocha?





- Tak.


- A Ty ją kochasz?
















-Tak



To o to tu chodzi.
On ciągle czeka na miłość.

     Jest zawiedziony, że jej nie czuje tak jak mógłby czuć. Że woda nie wpływa pod górę sama. Wie, że potrafi. Że gdyby tylko to poczuł, mógłby wycisnąć kwiat paproci z kawałka węgla, trzy krzywe drzewka pod domem podarować jej z asparagusem, wykulać kota z kości i nie dostać wylewu. Wszystko. Gdyby tylko poczuł.



     Mój przyjaciel siedząc nad brzegiem małego jeziorka umiera z pragnienia. Marzy o oceanie, który przykryje go z impetem swoją orzeźwiającą falą, zmywając z niego grubą skorupę, którą wytworzył dla ochrony przed światem. Pokrywa go Sahara grubej, szorstkiej skóry. Zagłębienia w łokciach są suche od lat. Między palcami nie przepływały strumienie łez. Nie wiem, czy płaczesz przyjacielu, może do wewnątrz wpłakałeś już wszystkie morza twojego wszechświata. A może masz kamień. A może robisz za duże przerwy między tak.







     Mój przyjaciel siedząc na brzegu nie wie, że żeby to wszystko poczuć trzeba samemu wejść do małego jeziorka. To ta sama woda. Połóż się i nie wierzgaj, leż spokojnie. Wody jeziora rozpuszczą twój pancerz, a zasolenie się wyrówna. Musisz się odmoczyć. Twoimi zmarszczkami płyną zielone strużki i wpadają do oczodołów. Pod górę, jak chciałeś. Kiedyś przecież miałeś zielone oczy. Pamiętasz?

rys.Paula Bonet


piątek, 2 maja 2014

(123) raz dwa trzy most budujesz Ty!

     Mosty są dobre. Z mostów widać to, co przed i co za. Może i wydają się niepotrzebne, gdy się jest po jednej stronie. Ale kiedy się znajdzie po drugiej... Owszem, można sobie siedzieć na brzegu i krzyczeć do tych, co zostali. Albo wręcz przeciwnie, obserwować ich zza krzaka. Albo, co gorsza, pójść sobie dalej.

     A ja lubię się cofać. Lubię patrzeć na to, co za mną, na tych ludzi, którzy kiedyś blisko, a teraz bliżej. Porównywać, czy trawa faktycznie zieleńsza. Patrzeć na to samo niebo, które wtedy i dziś i jutro. Nie, stanowczo nie jestem z tych, co palą mosty.


    Ja lubię wracać i szukać zarośniętych już ścieżek. Z radością odkryć, że w miejscu zgliszczy urosły nowe wioski, że coś poszło tak,  a nie inaczej. Co miało być, a miało z założenia być inaczej, a nie tak. Chociaż kto to wie, co by było gdyby.

Wiecie, że na świecie są ludzie, którzy do niedawna żyli w przekonaniu, że wojna trwa? Że trzeba się bać i chować w lesie? Warto ich odszukać!

Mnie wystarczy świadomość, że most jest. Taka, zbita z desek, tęczokładka. Że, gdyby co, mogę pobiec i pogadać ze swoim odbiciem w rzece. A może ktoś wyjdzie z lasu.

 I tak sobie myślę, że dużo ludzi siedzi przy brzegu rzeki zamiast budować mosty.
 Bo mosty są dobre.

poniedziałek, 24 marca 2014

(116) Finka z kominka cz.4 "Ab ovo ad mala".

     Dobra, więc opierając brodę na jednej ręce i podwijając wąsa drugą, spróbuję ubrać w słowa to nagie i krzyczące, które noszę w sobie. Urodzę to, by zabić i móc nareszcie zasnąć.

   Żyję już wystarczająco długo i w miarę uważnie, by zauważyć pewne prawidłowości. Używam tu celowo słów uważnie i zauważyć, gdyż wspólnym rdzeniem obu, tak różnych na pozór wyrazów, jest słowo uwaga. Może być też waga. Spróbuję więc uważnie zważyć jak Ozyrys. Na jednej szali serce, na drugiej pióro prawdy.


Ab ovo...

     Pojawienie się zygoty objawia się nagłym wzrostem zainteresowania i wzmożoną opieką najbliższego otoczenia nad żywym inkubatorem. Otoczenie dba ze zwiększoną częstotliwością i natężeniem o podaż odpowiedniej ilości białka i kwasów omega. Czy ciepło, czy zima, chucha i dmucha przez pępek. Przez kilka miesięcy młode opływa w dostatek i rośnie w siłę. Na tyle dużą, by obwieścić światu krzykiem swoje przyjście na świat. Uwaga otoczenia sfokusowana jest teraz bardziej na nim, niż na pustym klujniku. Babcia gotuje zupki z niepryskanych warzyw z ogródka, a państwo daje mu wyprawkę w wysokości jednej pensji głodowej na dwie paczki pampersów i słoiki Gerbera. Bo musi się dobrze odżywiać. By rosnąć. Szybko rosnąć, by móc pracować na starzejące się społeczeństwo, bo wszyscy zdolni i zdolni do pracy już wyjechali. Zostali patrioci, starcy, marzyciele, renciści, dzieci i nieudacznicy. Państwo nie za bardzo będzie dokładać starań, by osiągnął jako taki pułap wiedzy i umiejętności. Ot, rejonowe przedszkole (przy pewnej dozie nie/szczęścia), państwowe szkoły. Jeżeli ma szczęście, rodzice pomogą mu przełamać nie tak znowu dziwny trend w nauce języków nastawiony tylko na słuchanie ze zrozumieniem i wykonywanie poleceń, fundując prywatne lekcje angielskiego przetykane francuskim, grą na pianinie i w tenisa, basenem, szachami i siatkówką. Rozwijaj się mój rozmarynie, marynuj się moja rozwielitko. Po drodze szczepionki i leki znanych światowych koncernów wzmocnią i zapewnią zdrowie na czas okresu reprodukcyjnego i produkcyjnego. Najbardziej te dodatkowo płatne. Badania kontrolne raz na rok? Prywatnie najchętniej, owszem. Płać podatki. Płacz do siatki. Państwo leżąc na szezlongu, sponiewierane przez kilka wojen światowych i powstań, z tatuażami męczenników i stygmatami korupcji na śliskich ramionach, wycyckuje swe społeczeństwo, wysysa systematycznie z podziałki jednostkę za jednostką, powoli napełniając swój dziurawy kaban i puszczając bąki przez anus TV. Oglądając swoje paznokcie mówi: czego moje oczy nie widzą, tego po prostu nie ma! Nie ufam takiemu zezowatemu państwu, które jednym okiem łypie z pożądliwością na mój portfel zarysowujący się kusząco w tylnej kieszeni opiętych dżinsów, oferując w zamian szklane paciorki i flaczki po pasztetowej. I tak się kula do pola z liczbą 67.

rys. Raczkowski


...ad mala.

     Chyba 67? Czy coś się zmieniło? Niech będzie 67 zatem. Odczuwam demencję wieku metrykalnie średniego, chociaż w środku od 20 lat mam ich 80. Na przekór fali, że w Polsce trzeba być całe życie pięknym, młodym i bogatym.

     Starsza osoba znika powoli. Najpierw fizycznie. Wskaźnik wagi przechyla się coraz bardziej w lewo. Oczy blakną, wilgotnieją, patrzą bardziej wgłąb i wstecz. Nie zauważają. Otoczenie zaczyna też niedowidzieć. Najpierw niby przypadkowo zaczyna w jej obecności, nie patrząc jej w oczy, mówić w trzeciej osobie. Omija się ją spojrzeniem, omiata miotełką słów. Wobec starszej osoby inni zaczynają pozwalać sobie na niemiłe traktowanie, później wręcz na impertynencje, najpierw powoli, a gdy nie napotykają oporu, już otwarcie. Ważność i znaczenie kulają się po pochyłym stole. Starsza osoba zaczyna być traktowana jak ubezwłasnowolniona. Ot, dwunożny taboret, wzrok basseta.

 

     ***

     Nie mówiłabym o tym wszystkim, gdybym tego nie widziała i nie poczuła. Ale widziałąm. I czułam. Do cholery, kolejny już raz. Chociaż najchętniej zatkałabym sobie uszy rękami i pofrunęła między chmury, wrzeszcząc ecie-pecie.
Nie pamiętałabym wtedy, że Ciocia leżała na klatce schodowej, nie wiedziałabym, że pielęgniarki ciągle zwracają się do pacjentów z wyższością i lekka dozą obrzydzenia, a co najwyżej obojętności. Nie miałabym pod powiekami widoku stojącej w progu pokoju Cioci pani maleńkiej, zniszczonej, w ciuchach z secondhandu, bezzębnej i zalatującej z lekka wczorajszym alkoholem, bystrymi oczkami wyławiającej kryształowe wazony i biblioteczkę, zauważając ich urodę, zanim jeszcze poznały ich właścicielkę. Nie musiałabym pamiętać, że to pani z PCK.
Mogłabym uznać za własne urojenia, że pomoc społeczna kosztuje 11 zł/h, czyli więcej niż prywatna niania. Zapomnieć, że dostaje przy tym regularną pensję.
Mogłabym uznać za absurd fakty:
Jeśli masz za małą emeryturę - nie licz na Dom Opieki na stare lata.
Jeśli masz za dużą emeryturę - płać za opiekę państwa, albo lepiej nie licz na nic, tylko na siebie.
Jeżli masz nadmetraż, nie należy Ci się zapomoga. Musisz sprzedać mieszkanie. I zamienić na mniejsze. Wtedy będzie Cię stać na opiekę od państwa.
Mogłabym zapomnieć jak pracownice opieki podają niepoprawne numery telefonów i godziny pracy pielęgniarek. Mogłabym nawet przymknąć oko, co mówiły, gdy przekazałam im zlecenie na zabieg jeszcze dzisiejszego wtedy wieczora. Mogłabym spać spokojnie godząc się na to wszystko. Mogłabym nie gromadzić kamieni w sobie. Mogłabym zapomnieć jak Ciocia wstydzi się chodzić przed obcymi w rajstopach, bez protez piersi, zębów i bez peruki.

Żywię tylko nadzieję, że nie dożyję starości. Choćby dlatego, że nie będzie mnie po prostu stać na to, by państwo mogło mi pomóc. Dura lex, sed lex będzie musiało brzmieć w mojej głowie jako duralex i sedes.
 
***

    W moim nie tak znowu długim życiu obserwuję więc znowu upadek kolejnego Jerycha. Kolejne miasto-państwo, które było tak stabilne w mojej młodzieńczej prehistorii, obsuwa się ze skarpy i rozpada na drobne. Ja kobaltowy wazon, ty alabastrową główkę. Ja mikser, ty dywan. Po 10 pierścionków i dwa łańcuszki na głowę. Ty patelnię, ja listy sprzed 60 lat. Tym razem przedśmiertnie na prośbę głównej bohaterki. Ciężko wykonywać takie prośby, nawet, gdy bohaterka rusza się, przynosi pół chleba i mleko. W powietrzu czuć lekki powiew skrzydeł.
 Chyba ostatni raz prasowałam zasłony.




***

Post bierze udział w konkursie Finka z kominka nr 4 pod podwójnym tytułem:

"Czego moje oczy nie widzą, tego po prostu nie ma!
+
pofrunęła między chmury, wrzeszcząc ecie-pecie."

Głosowanie do 5.04.2014:

GŁOSOWANIE klik!


Moje poprzednie finki tutaj:
http://skorpionwrosole.blogspot.com/search/label/Finka%20z%20kominka