Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemności kryją ziemię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciemności kryją ziemię. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 września 2017

(243) Doba

      Ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano jest dziewicze, niesplątane przecinającymi się trajektoriami kroków, wolne od zderzeń cząstek masy, części ciał i plątaniny myśli. Powietrze jest jeszcze klarowne, bo wolne od piekących oczy dymków wypowiedzi.

Ranek sunie gładko łódeczkami godzin i wpływa w popołudnie, które, gęstsze od ranka, staje się brzemienne pęczniejącym pod sercem wieczorem.

     Kiedy wieczór dojrzeje, nabrzmiewa, a wtedy pęka przezroczysta błonka oddzielająca go od dnia. Wieczór rodzi się w ciszy, samotnie, gdzieś wysoko, oblewa świat skondensowaną czernią kosmosu i zaskakuje wrodzoną zdolnością przekształcania rzeczywistości. Stopniowo opadając na wszystko, rozmywa kształty, powoli i skutecznie rozpuszcza kreskę konturów, przez którą wylewa się podstawowa zawartość rzeczy i zdarzeń. Ich skrywane głęboko prawdziwe znaczenia uwalniają się i mieszają ze sobą, a łącząc się w sposób przypadkowy, nabierają nowych nieokreślonych jeszcze cech, które trzeba na nowo nazwać. W ciemności, po cichu, ich uwolnione wnętrza spotykają się, dotykając się najpierw nieśmiało, później coraz odważniej, przenikają się w różnych pozach i konfiguracjach, tworząc hybrydy życia. Ewolucja. Wieczór wlewa się w noc.

     Jestem Królową Nocy. Mam nad nią władzę. wydobywam z jej Enigmy sens złożonych struktur, ekstrahuję esencję z jestestw. Godzinami trawię gęstość ciała doskonale czarnego. Rozcieńczam, rozplątuję, wysnuwam z niego czarną nitkę i plotąc z niej pojedyncze litery tkam z nich wersy zdań, by wszystko stało się czytelne, gdy noc umrze o poranku. W moim okrągłym brzuchu nad kielichem ud następuje inwolucja minionych zdarzeń. Rodzę każdy ranek w bólu, krzyżuję na kolejnych kartkach ramiona gwiazd zarannych.

     A rankiem znowu wszystko leży równo poskładane w kostkę brukową, myśli uczesane w koński ogon posłusznie ciągną dorożki. Lusterkom kałuż odbija się niebo po upojnej nocy. Oddycha się na przestrzał, poruszając firankami, a kryształ powietrza dźwięczy czysto sercem dzwonu. Życie staje się pozornie prostsze, a przynajmniej rzadsze i nie zalepia porów skóry. Ranek odradza się lekkością bytu. 

     ...ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano znowu jest dziewicze...

     Dowodem na to, że to nie był sen, jesteś Ty, który właśnie nawijasz na własne uzwojenie ten upleciony ciąg liter moczących swe ogonki w kałamarzu czarnej dziury.





***

     No. To wiecie, Skorpiofani, co robię w nocy. Rok szkolny zaczął się kompletnie znienacka, zegarki zwariowały, dzwonią jak opętane w środku nocy, a ja martwą unoszę powiekę i z drżącą reanimuję kwiat młodzieży. Potem robię sobie dożylnie zastrzyk z kofeiny i bułeczki cynamonowej i w końcu budzę się. Nie wiem bowiem, czy wiecie, że ktoś u nas zamieszkał? Zauważyłam ją jakiś czas temu. Widzę tę postać, jak błyska siwizną za oknem, kiedy jest jeszcze ciemno i okna patrzą ciągle odbiciami do wewnątrz. Kłaniamy się sobie nieznacznie, uchylając lekko wydumane panamy zwieszające się jak nawis inflacyjny nad skrzydełkiem brwi. Chodzimy razem do łazienki, widzę ją jak się kąpie w mojej obecności, nie mając za grosz wstydu. Zauważyłam, że ze skroni spływają jej pierwsze siwe pasma dróżek mlecznych, a wokół oczu ma drobne zmarszczki. Skądś przecież znam ten odcień błękitu. Przecieram zaparowane lustro, a ona stoi przede mną naga. Mówię dzień dobry, również bezwstydnie przechylam na bok głowę, ona wykonuje taki sam grymas ust i spod przymkniętych powiek wypuszcza stado koników morskich. Przeciera ręką lustro by płynnym ruchem dłoni z powrotem nałożyć warstwę pary na zimna taflę. Dobrana z nas para. Trio właściwie. Cień, odbicie i ja. 

     A Wy jak tam żyjecie w tym deszczu i zgniliźnie jesiennej, która tak słodko chwyta zimnymi palcami za kostki i wyrywa nogi spod kołder już gdzieś w rejonie krzyża? 

    

poniedziałek, 10 października 2016

(229) Nieskończoność

     Akurat właśnie ósmego.
     Ósemka to taka nieskończoność postawiona na baczność. Dla mnie od równo dwudziestu lat.



     Może Wasi ojcowie żyją, może niektórzy nie. Jesteśmy już w tym wieku, że następuje naturalna zmiana warty.

     Zazdroszczę tym, którzy poznali swoje wnuki, odeszli jako starzy ludzie. Zawsze następuje to za wcześnie, nawet jak są omszeni i mają po sto słojów. Zawsze szkoda umierać, młodo umierają ponoć tylko wybrańcy bogów. Ponoć. Po cholerę, nie wiem.

     Mój tata umarł w wieku 52 lat, do 53 urodzin zabrakło Mu miesiąca i sześciu dni.
I wszystko byłoby w miarę nietraumatyczne dla tych, którzy zostali, gdyby nie jedno maleńkie ale. Umarł, choć nie musiał. Ot, pomyłka, każdemu się może zdarzyć. Nawet lekarzowi, nawet Gabrielowi z mieczem. Coś tam pochrzanili w papierach na górze, przeoczyli datę przydatności, przekleili metki. Może jakoś naprawimy tę pomyłkę, może klej puści i da się przedatować? O? Nie udało się? Nie może być! Zabawa w kotka i myszkę przez pół roku. 

     Poniedziałki to próg zwalniający całego tygodnia. Kołdra jest najcieplejsza, głos syren najbardziej pociągający. W poniedziałek mówię do mamy - mamo, ja już nie mogę, po prostu nie daję rady. Nie mogę na to patrzeć dzień w dzień, naprawdę już nie mam siły, ani kropli. Jestem w szpitalu od razu po zajęciach, w domu ląduję pod wieczór. Była wiosna? Lato było? Kiedy? Jest jeszcze morze w Polsce? Nie wyschło? Ach, wpłakiwałyśmy na bieżąco. Nie stwierdzono obniżenia się poziomu, tylko nastroju? Teraz podobno kolej na jesień? Jakoś skurczyła się do granic zimnych murów. Mam nimi ściśniętą klatkę, kompresja myśli, balotami odlatują windą do nieba, albo do ciepłych krajów, nie wiem, bo nie oddycham. A chyba muszę czasem. Muszę pisać tę cholerną magisterkę Dzisiaj sobie odpuszczę, mamo, dobrze? Pozwalasz mi się wyprząc dzisiaj? Tylko dzisiaj.Pozwól mi zdjąć popręg, zobacz, mam krwawe rany. 

Jak uważasz. 

Uważam.
Nie zdjęłam.
Poszłam.

    I to był ostatni raz, kiedy Go widziałam żywego. Ogoliłam go na leżąco. W trakcie wymiotował. Człowiek nie umiera jak na filmach. To nic czystego i pachnącego fiołkami. Śmierć jest sprzątaczką z kubłem pomyj i szmatą w brudnej dłoni, z żałobą za paznokciami. Kosa jest niesterylna. 
     
     Nie wiem co robić najpierw. Nie mam wprawy. Siedzę na metalowym krzesełku, na siedzisku którego widać drobne korzonki wrastające mi w uda. Czoło opieram o brzeg jego pościeli. Zamykam oczy. Trzymam go za rękę, od której biegnie galopem zwój kabli. Jedna rurka w ostatniej sprawnej, lekko pulsującej żyle na szyi, kap kap, druga w nozdrzu, ślurp ślurp. Rurka spod kołdry z woreczkiem zapełniającym się moczem, kap kap. Życie skapuje na szpitalną podłogę, przecieka przez palce, łapiesz durszlakiem jak idiota, bo w progu dyszy ta sprzątaczka z kubłem. Już można posprzątać? 

     A ja jak durny rycerzyk z durszlakiem na głowie, bronię, trzymam głowę na skraju łóżka, tuż obok naszych rąk i trzymam to letnie życie za mały palec, za włos, odwracam siłą woli grawitację, by nie wbił się w Ciebie miecz Damoklesa, co na drugie ma Gabriel, w blond loczkach i białej wykrochmalonej sukience.

     Sio, zgrajo!

   A pamiętasz jak opowiadałeś mi bajki? Leżeliśmy na boku, zwróceni twarzami do siebie. Opierałeś głowę na swojej ręce, a ja wtulałam Ci się pod pachę. Byłeś spocony po całym dniu, dla Ciebie się on jeszcze nie skończył. Wtulałam się w tę pachę, gdy mi opowiadałeś straszne historie. 

Teraz role się odwróciły.

Nie bój się, dobrze? To tylko sen. Jutro będę. Jak co dzień.



   Jutro tymczasem nie przyszło. Nie przyszło ani pojutrze, ani żadnego innego dnia, nawet nie wiem, czy teraz  dni biegną jak powinny, skoro jeden dzień zbiegł z kalendarza. Czy to zniknięcie nie zaburzyło symetrii nieskończoności?

     To był pierwszy wtorek bez Taty. Wiedziałam po co tak wydziera się ranny telefon. Drzesz się i drzesz, zdechnij! Dzwonek wwiercał mi się w mózg, Im dłużej nie odbiorę, tym dłużej będzie ze mną, bo przecież to niemożliwe, by tak po prostu zniknąć. Jak to? To już? Tak, ot? Po prostu? 
     
    Zawsze był, a dzisiaj go nie ma. I nie będzie już nigdy. I pogodzić się jest tak cholernie trudno. Z czymś co stać się nie miało, a stało. Nie mogło, a zdarzyło. Jakiś błąd systemu, bo komuś się wyślizgnął miecz przy przeklejaniu metek. 


Oszuści.


Mam tylko nadzieję, kopnięta ósemko, że jesteś pętlą Mobiusa.





piątek, 26 sierpnia 2016

(224) Igraszki z Kaczyńskim

     Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.

     Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.

Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.

     Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.

     Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji. 

     Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.

Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.



Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!

Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!

No już. Koniec tej traumy.

Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.

Zaiste, sama prawda w tych sennikach.


sobota, 13 sierpnia 2016

(222) Lukratywna posada i słaba waluta

     Ostatnimi czasy w wolnej chwili przechadzałam się po rynku pracy. Rynek na pierwszy rzut oka zdawał się być wielkogabarytowy i oferujący bogatą gamę płodów ludzkich, od  elastycznego młodego koperku po stukilogramowe spasłe dynie. Wszędzie praca, praca, praca, człowieku nie opędzisz się, musisz podjąć pięć równoległych etatów, taka klęska urodzaju. 
     
     Niemniej po wnikliwych oględzinach rynek zaczął się niepokojąco kurczyć, a na straganach, jak się okazało, leżała przeważnie cebula, buraki i marchewka. I to w rozkroku. Pożądana jest sama nać, to znaczy brać studencka. Studentki za ladę pubu, sklepu, do tacy, do masażu. Studentki na hostessy i na barykady. Na infolinię i do e-commerce. Teraz to się wszystko tak ładnie nazywa. Sprzedawca to doradca klienta, albo zastępca kierownika sklepu, albo i sam kierownik. Chcąc pracować jako rejestratorka - wymagamy dyplomu ukończenia kursu, prowadzić biuro notarialne może owszem, studentka, ale już tylko prawa. Kurs wymagany niemal do każdej profesji, nic, tylko prowadzić takie kursy, pomyślałam. Obsługi kserokopiarki dla kopistki, ekspresu do kawy na sekretarkę, jednego programu komputerowego na recepcjonistkę. Żałuję, że nie jestem wieczną studentką. Bo po studiach być to już też nie, bo na pewno taka zaraz zajdzie w ciążę i to bliźniaczą.
     
     No i teraz pracuje się głównie na zlecenie, więc w zasadzie popracować można trzy miesiące i zacząć zwiedzanie rynku od nowa. Aż się zwiędnie i zostanie rynkową starą panną, babulinką straganową lat 29. 


     Ale, hola, hola! Co me modre oczęta wypatrzyły na rynku! Leży sobie soczysty i jędrny anonsik - osobista asystentka. Nie chcą studentki (to znaczy chcą, ale nie jest to warunek konieczny), praca na pełen etat (etat!), umowa o pracę, wysoka, kilkutysięczna pensja, a praca nie wymagająca wydzierania sobie rękawów - prócz prowadzenia biura, organizowanie spotkań  biznesowych, delegacje itede itepe. Na razie ładnie. Cofam się jednak trzy wersy wyżej, bo wzrok mój ukłuły słowa "dyskrecja" oraz "bliska współpraca ze mną" tudzież "obowiązki pozabiurowe".

     No i tu cię mam, bratku. Ale sprawdzę, mówię sobie, może moje myśli robaczywe zagalopowały się na tym koniku zbyt daleko, zbyt śmiało i może ja źle oceniam człowieka? Bo przecież firma ma piękną stronę internetową, wszystko ładnie i cacy, więc nic nie budzi podejrzeń. No, prawie nic. Zwłaszcza, że znajduję drugie, bardzo podobne ogłoszenie, pensja już wyższa - 7 tysięcy.

Z głupia frant pytam nobliwie o wachlarz obowiązków pozabiurowych. I nadchodzi odpowiedź, cytuję:

" (...)Natomiast zakres jest dość szeroki. Począwszy od seksu oralnego, klapsach, ciągnięcia za włosy, kończąc na seksie analnym jeśli obie strony go preferują".

Odpowiedź od drugiego "prezesa" (jeden lat 32, drugi 42 - moja dociekliwość socjologiczna kazała mi wybadać, w jakim wieku człowiek staje się tak zdesperowany i znudzony (?) i poszukuje płatnych osobistych asystentek), była jeszcze dokładniejsza. Tu już w "obowiązkach pozabiurowych" było wymienione wszystko, równiutko, w  wielu podpunktach, tak do 3/4 długości alfabetu.
     O, mamuniu. Dobrze, że leżałam, bo bym upadła.

  Teraz nie wiem, czy podołałabym tym całodobowym powinnościom :P No i w przeliczeniu na roboczogodzinę to chyba nie za bardzo się opłaca, co? Zwłaszcza, że złotówka ( tfu! pięciozłotówka), jak się okazało, to taka słaba waluta! Wystarczy, by sięgnęła bruku z wysokości metra i, o, co się robi.


PS
A na mój --->Kręgosłup Oralny wchodzicie? Opisuję tam właśnie swój gorący romans z ZUSem. Proszę się zapisywać w poczet rencistów, pókim żywa! I nie trzeba być studentką! 


niedziela, 20 marca 2016

(204) Lot nad miastem

     Z zaskoczeniem stwierdziłam, że na wiosnę odrosły mi nogi. Przeniosłam wzrok z zagłębień ud na peryferyjne pięciolinie palców, które zakwitły już dojrzałą czereśnią na paznokciach. Do-re-mi-fa-sol! O sole mio! Nareszcie słońce. Zwinęłam skrzydła pod ciepłym swetrem i  poleciałam.
   
     Latałam wysoko pomiędzy kamienicami, zaglądając do talerzy siedzącym w ich oczach ludziom. Widziałam z góry dziury w chodnikach, trawniki bez trawy, gąsienice ludzkiej ciżby na zebrach, psy na smyczach z przyczepionymi do nich szczekającymi ludźmi. Obniżyłam loty, by z ulicznymi grajkami i żebrakami zagrać w monetę. Tym razem wygrał zarośnięty młodzieniec koło czterdziestki. Z uśmiechem ukłonił się pięciozłotówce łączącej złotym łukiem moje palce i futerał na gitarę. O mało nie wpadłam pod kare konie galopujące pod maską niskopodłogowego krążownika szos, którego okiełznywał chłopak niewiele starszy od mojego syna. Prrrr! Fruwać jest jednak łatwiej.
    
     Omiotłam wzrokiem odrapane elewacje, zachwyciłam się kolorowymi szybkami nad bramami, furkotałam przez dłuższą chwilę na opustoszałym przystanku, po czym śmignęłam z wiatrem wzdłuż ulicy. Spojrzałam w okno pubu, którego już nie ma od lat. Przy moim stoliku zobaczyłam uśmiechniętą blondynkę grającą z grupką przyjaciół w Ryzyko. Uśmiechnęłyśmy się do siebie. Chciałam jej jeszcze powiedzieć, żeby nie zakochiwała się w tym brodaczu na amen, że  ale mój czas się skurczył w 20C.
    
     Wciągnęło mnie do tramwaju. Jak tu jasno, cicho i ciepło. Poprawiłam skrzydła i usiadłam pod oknem. W zużytym powietrzu wirował kurz. Grzałam tak pączek głowy, opierając ją o ścianę szklarni i kwitłam. Zasłoniłam powieki, wyjmując zza nich wszystkie ziarna ciężkorozumnych myśli. Położyłam je na kolana. Pokulały się z cichym tur-tur ku starszej pani z wózkiem na zakupy, zahaczyły o młodzieńca z zakolczykowanymi ustami, omiotły młodego mężczyznę ze stygmatami życiowej niedorajdy. Zaczęły wrastać we mnie. Rozmowy za moimi plecami, do tej pory mgliste i bezkształtne,  nabrały rysów i soczystości. Spoza barykady sprośnego śmiechu czterech młodych mężczyzn strzelało krótkimi seriami zdań:

- No i lizałem się z tą świnią!

-Buhahahaha!

- A miała mokro?

- A chuj wie. Buhahahaha!

     Rykoszetem dostali wszyscy. Krew wylała się na ich policzki od wewnątrz. Mój pąk zakwitł karminowym makiem zasiał.



sobota, 12 marca 2016

(202) Mim

     Bardzo ładny numer posta, od początku i od końca taki sam. Tytuł też. Łatwo się zagubić w środkowym zerze i wpaść w nim w cyrkulacje. Lubię liczby. Siedzę z nimi w wannie od miesiąca. 

     Przeliczam, od ilu dni jestem wdową. Na razie, co prawda, słomianą. Pierwszy raz w życiu obowiązki Małża zrobiły nam zsyłkową Kołymę. Planowałam przez ten miesiąc odpocząć, malować paznokcie na czekoladowo i zajmować się wyłącznie rozrywką, rzucić się w morze ludzi i płynąć sobie lekko rozkołysanym kajaczkiem w butelce z białym winem. Fale życia są jednak na tyle duże, że rzuciło mnie na statek widmo. Zahaczam szpilkami o deski na pokładzie i, przewieszona przez burtę, odczuwam mdłości. 

     Z Mimem od miesiąca kiepskawo. Napiszcie tu do niego parę słów, dobrze? Ucieszy się. Jeżeli przez weekend nie zdarzy się ekspresowy cud, to od poniedziałku idziemy do szpitala stawiać diagnozę z klocków. Co prawda ja trzymam się kurczowo dobrych myśli, ale wiecie jak to samemu na morzu...

Całuję
Monia






wtorek, 1 marca 2016

(201) Epitafia

     Dzisiaj o godzinie 12 w samo południe zakończy się głosowanie na ukochane blogi w konkursie Blog Roku. Skorpion  tym roku nie prowadził kampanii reklamowej, wywieszając tylko po prawicy banerek, za to prowadził kampanię kryptoreklamową. Tak bardzo krypto-, że ranek poświęcił na poniższe kompozycje.

Dziękuję wszystkim za oddane głosy! Sami, bez proszenia, ustawiliście Skorpiona w połowie stawki o laur do rosołu. A zostało jeszcze półtorej godziny, hoho!

Kryptoreklama za to została rzucona dyskiem na Kręgosłupie Oralnym >> TUTAJ. Wierni Czytelnicy zaaportowali, czym doprowadzili mnie do łez wzruszenia.

Dupa Tuwima >>>> stąd


A oto co na zakończenie można mi wyryć:


Tu spoczywa Monika Dyrlica
ciało kruche, lecz dusza- słonica!


Niech śmiechem zatrzęsie się cała kaplica
tak sobie życzy Monika Dyrlica.


Pogrzeb mój poproszę z rana
przedtem leżę wszak nieumalowana.


Leży nareszcie bez tchu i bez słowa-
Małż może życie zaczynać od nowa.


Czy w trumnie zegar tak głośno tyka?
nie, to jeszcze Morsem nadaje Monika


Nareszcie leży tutaj jak długa.
Gdyby nie schudła, leżałaby gruba.


Przez płytę nagrobną ucisk donicy
jest bardzo niemiły dla kroku Dyrlicy.


Otrzyj łzy wdowcze i wy, niebożęta
jest wszak nadzieja, że leży urżnięta.


Spójrzcie co nad grobem - pulchne baloniki!
Nie, to tylko dusza niejakiej Moniki.


Miej serce i patrzaj w serce
czy to pana w mojej ręce?!


Czy przy mogiłce kreta kopczyk się rusza?
nie, to Monika sobą ziemię wzrusza.

Ziemia z ulgą odsapnęła
Dyrlica w kalendarz kopnęła.


Tu leży literatka
na drugie wariatka.
Serce jak gołębica
po mężu Dyrlica.


Umarła tak jak żyła
nie jadła i nie piła.


Żyła na przełomie wieków
nie robiła nigdy wecków.


Przechodniu schyl głowę nisko i pokornie
posłuchaj jak na maszynie stuka Moni kornik.


Za życia klepał ją w tyłek
teraz klepie tył mogiłek.


Serce Dyrlica miała tak gorące
że na płycie grzeją zadki zające.


Na wierzchu zimno, zgnilizna moralna
pod spodem tak samo, tylko, że realna.


Leżeć za dnia do nie sztuka,
na noc trzeba druha szukać.


W Poznaniu dwa stopnie w skali Richtera
E, to Monia tylko swe wieko otwiera.


Pisała zawsze jak kura pazurem
teraz stuka dziobem w żeber klawiaturę.


Niechaj płonie pamięć o niej i śmieszne przechwałki!
O, nie masz ani jednej przy sobie zapałki?


Aj! Czy z mogiły wyrastają osty?!
Nie, to tylko Moni język kłuje ostry.


W krypcie epitafia skrycie piszę z rana
to jest prawdziwa kryptoreklama!



Jeżeli ktoś czuje wysokie ciśnienie inwencji, niech sobie ulży w komentarzach. Proszę się nie kępować!



czwartek, 4 lutego 2016

(199) Nos

     Mój nos jest zmiennocieplny. Gdy jest zimno, staje się zimny jako pierwszy. Jednak wystarczy go potrzeć, by na powrót miał 36.6 C. Jego skrzydełka stają się czasem lekko różowe na mrozie. Gdy mocno oddycham, poruszają się jak końskie chrapy. Gdy jest upał, skóra mieni się maleńkimi tęczowymi kropelkami potu.
     Nie lubiłam go nigdy. Od samego początku. Pojawił się wraz ze mną na świecie i od zaistnienia przyciągał uwagę swym rozpłaszczeniem. Potem niby się podniósł, uformował. Ale ledwo to zrobił, zatoczył w powietrzu zgrabny łuk nad oblodzonymi schodami i wylądował z głuchym łup! na samiuśkim dole. Tylko moc adrenaliny i lód utrzymały ścianki naczyń w ryzach, ale nos i czoło urosły do gabarytów dorodnej mandarynki. Wtedy znielubiłam go jeszcze bardziej. Ustawiając się profilem do kogoś, cierpiałam katusze, łagodzone tylko niebotyczną długością rzęs i jasną grzywką. 
Tak było przez wiele lat, a w końcu przyszedł czas na polubienie całej siebie.
I akceptację. Pełną akceptację siebie jako człowieka wypełnionego po rant emocjami własnymi i wyobrażeniami emocji innych ludzi. Niezwykła gmatwanina dendrytów, kilometry organicznych zwojów.

    Kocham swój nos. Kocham nawet z tą śmieszną górką pamiątek po spadnięciu ze schodów. Za doskonały węch, za to, że czuje ledwo wyczuwalny zapach marynarki i płynu po goleniu. Za aromat pomelo. Za to, że tak miło jest nim ocierać o Twój. 

A najbardziej, że wyczuwa innych ludzi i rzeczy dobre. Wciąga ich zapach, fluidy i łączy z mózgiem na zgrabną welurową kokardkę.

Wyczuwa złe intencje i niedobrych ludzi. Włącza czerwoną lampkę i zamyka bramę.

Fajnie mieć nosa do różnych rzeczy :) Doskonale mieć nosa do ludzi :))))



     Dostałam ostatnio niespodziewanie przemiłe maile. Znienacka zupełnie. Podziękowania od ludzi, z którymi się otarłam słownie, a których wskazał mi mój nos. Tyle miłych słów o klimacie moich pisanek. Niezwykłe jest to, że ludziom ciepło na sercu od skorpioniego kapsiplastra. Ogromna to dla mnie nagroda, czek in blanco na moje marzenia, ogromna satysfakcja i benzyna do mojego motorka.

   Wojtek to autor nieistniejącego już bloga Dziwne życie Huberta. Teraz pisze teksty i śpiewa. Cudownie jest móc zobaczyć i usłyszeć tego fajnego chłopaka:




>>Apolonia zrobiła dla mnie branding mojej firmy. Należała (bo jest już freelanserką!) do zespołu kurek z >>Kurka Design, Ależ cudna jest!

Zobaczcie jakie ładne >> TUTAJ.

No i dziękuję mojemu nosowi za netowe i realne przyjaźnie:

fot. Ela Wasiuczyńska


Nosie, Ty wiesz, że Cię kocham za wszystko za czym podążasz ♥

czwartek, 29 października 2015

(190) Wybory oraz parno i porno

Nie politykuję z zasady, ale nie mogę się opanować. 


     Na wyborach pojawiam się cyklicznie, ale takich obrazków jeszcze nie widziałam. Może akurat utrafiłam na godzinę X, w której rozdawano darmowe wejściówki do lekarza jakiejś wielce pożądanej profesji? Kto wie, ale na pewno musieli coś dawać. Kiedyś stawiałabym na papier toaletowy i cytrusy. 
     Do komisji, jak w clipie Jacksona, podążali chromi, niedołężni i starcy oraz kompilacja wszystkich trzech. Na barierce  przed wejściem wisiał osobnik kiedyś płci męskiej, psioczący na jeden jedyny schodek, który musiał pokonać, by dopaść do urny. Przed drzwiami stado wózków inwalidzkich walczyło o laur pierwszeństwa. Najszybsze były jednak matrony o kulach, ale i tak musiały odczekać swoje, by pobrać kartę do głosowania. Dla nas nie starczyło papierowych kabin, więc składaliśmy krzyże pod ścianą. 
     W drodze powrotnej, w terenie zabudowanym, Małż został poproszony histerycznym krzykiem o pomoc w bardzo nietypowej sprawie. Przed domem biegała w kółko pani w wieku okołoemerytalnym, klnąc jak szewc. Z dalszej odległości dało się zauważyć coś leżącego za nią, na krzewie. Z bliższej odległości kształt nabrał konturów człowieka, który, nie mogąc utrzymać się na własnych nogach, padł na florę, potem zapadł się pod florę i tak został. Tatuś. Pan nie chodził, nie mówił, ale był zdenerwowany ponad miarę, gdyż, jak się okazało, od lat czterech nie opuszczał ścian swego domu.

    No, to, czy już wiadomo skąd frekwencja? Każda rodzina powyciągała własne trupy z szafy i, udrapowawszy na nich pachnące naftaliną kołnierze z bobra, popchała ich ku lokalom. Dlaczego zrobili to swoim dzieciom - nie wiadomo.




    A teraz coś zgoła innego. W Literackim Blogu Roku Skorpion uplasował się na miejscu dalszym niż podium, więc nie tak spektakularnym. Jak daleko był od podium, tego nie podano do publicznej wiadomości. Dziękując za wszystkie cenne głosy, kłaniam się w pas! 
     
     Ale Skorpion nie próżnował! Ci, którzy znają go z Bunia, już wiedzą co się stało. Otóż kolejna wygrana klepnęła mnie w jędrny pośladek, tym razem zapędzając do kuchni. 
Kiedyś już wspominałam, jak to można się urządzić domowo bez wychodzenia z domu, wygrywając to  tu, to tam sprzęt AGD. Tym razem padło na "Dzieciowo mi".

     Pytanie brzmiało i wyglądało następująco:

"Spójrz na zdjęcie poniżej. On długo zabierał o względy tej kobiety, aż wreszcie ona powiedziała, że chce spędzić z nim wszystkie dni do końca życia. Wyobraź sobie, że zdobył jej serce...potrawą. Pytanie konkursowe brzmi: Jak myślisz, co jej przygotował? (...) co zadziałało na tyle mocno, że powiedziała TAK?"

Zdjęcie z pixabay za Dzieciowo mi.

No, to napisałam:

     Unoszące się pod sufitem kłęby pary przybierały kształt cukrowej waty. Nawijały się leniwie na niewidoczne patyki i wolno wirując, opadały coraz niżej. Otulały jej twarz i osiadały na czarnych rzęsach. Kobieta wciągnęła wilgotne powietrze, aż para rozkosznie zawirowała wokół jej nozdrzy i popłynęła wraz z wydechem dalej, ku oknu. Osiadła na zaparowanej szybie, skropliła się na jej powierzchni i spłynęła, zostawiając za sobą faliste ścieżynki, przez które widać było, jak na zewnątrz, w ciemności wieczoru błyskają krople rzęsistego deszczu.

    Kobieta zanurzyła się głębiej w wannie. Nad powierzchnią gorącej wody, pokrytej grubą warstwą piany, unosiło się kilka samotnych wysp – twarz z kolistym atolem blond wodorostów, fiordy szczupłych kolan i Galapagos piersi. Pod wodą przepływały dwa pięcipalczaste wieloryby, z gracją opływając archipelag. Kobieta przesuwała śliskie mydło po swoim ciele i uchyliła usta.


     – Chodź do mnie – szepnęła nie otwierając oczu.

       Mężczyzna drgnął. Oderwał plecy od ściany i jednym płynnym ruchem wygładził włosy i brodę. Odpiął dwa guziki błękitnej koszuli i wspierając się na muskularnych ramionach kocim ruchem wślizgnął się do wanny tak, jak stał – boso i w dżinsach.

     Zaskoczona, wynurzyła się tak gwałtownie, że fala tsunami przebrała i zalała podłogę. Roześmiali się równocześnie, patrząc jak porywa srebrne garnki i rondelki poustawiane tak, by krople, spadające z nieszczelnego dachu, wpadały z niebiańską muzyką wprost w ich wnętrze. Wszędzie było pełno wody i piany. Kontury świata namakały i traciły swój kształt.


     – Teraz chyba utoniemy – szepnęła wprost do jego ucha, rozrywając błyskawicą błękit koszuli.

     – Ja już dawno utonąłem w Tobie – trzymał jej twarz w dłoniach i scałowywał ciepłe krople z szyi.


     Nad wyspami rozpętała się burza z piorunami. Fiordy rozstąpiły się, a Galapagos podzieliły los Atlantydy. Zwinne wieloryby błyskały białymi brzuchami to tu, to tam. Duszna para unosiła się i wirowała w rozbłyskach świec, przykrywając białą koronką wielkie lustro, w której niewyraźnie odbijał się kształt ich złączonych ciał. Klęcząc, trzymała go za szyję, a jasne, długie włosy opadały jej na plecy niczym welon.

     – Ależ ucztę mi przygotowałeś – wymruczała, bawiąc się jego włosami i omiatając mglistym spojrzeniem podłogę. Wyglądała tak, jakby wykipiało na nią ptasie mleczko. W garnkach unosiła się biała piana, krople deszczu wpadały do środka z rozkosznym plumkaniem.


     – Będę Ci tak gotował całe życie – objął ją i przytulił mocno do swojej piersi.

     – O, tak. Tak-tak, tak-tak, tak-tak…


     Jak łatwo się domyślić, garnki, które były trofeum w konkursie, były mi niezmiernie potrzebne, bo sama mam rachityczne blaszane gary, które kupiłam sobie jako prowizorkę po ślubie, bez mała, o matko!, piętnaście lat temu z hakiem. Na tym haku dyndam powieszona za żebro do tej pory. Jak wiadomo, prowizorki sa najtrwalsze, ale garnkami wspomogła mnie moja ciocia, tak ta ciocia, obsypując mnie emaliowanymi zabytkami, w których pewnie gotowała dla mnie kaszkę.

Jury wyznaje:
     "Co zadecydowało? Kapitalna gra słów, niezwykle emocjonująca historia, wulkan namiętności przysłonięty jakby od niechcenia wyrażeniami poetyckimi, potęga wyobraźni, bardzo twórcze i oryginalne podejście do zadania".
     I dalej:
     "Komentarz Skorpiona jednak mnie rozwalił. Po pierwszych trzech zdaniach zapragnęłam kąpieli w wannie, po następnych trzech przyniosłam do łazienki garnki, po kolejnych odleciałam gdzieś hen, hen na skrzydłach wyobraźni. I nawet nie zauważyłam, kiedy facet z historyjki ściągnął spodnie!"

     Jak to dobrze mieć bogate życiowe portfolio! Nigdy nie wiadomo, kiedy dziury w dachu zaowocują nie tyle pleśnią, co niespodziankami!

Wszystkie odpowiedzi ----> TUTAJ.

DZIĘKUJĘ! ♥



środa, 7 października 2015

(189) Najstraszniejszy dźwięk

     Jaki jest najstraszniejszy dźwięk na świecie? 

     Może ten huk, z jakim samolot staje się szybszy od dźwięku. Strach znika równie gwałtownie.
Naukowcy mają zawsze rację.



     Słyszałam ostatnio dźwięk Kosmosu. Przenikliwe tony nieskończonej przestrzeni. Chór zakapturzonych kamiennych mnichów. Nie wiem, który z nich jest tym smagającym gwiazdy, a który tym, co wkłada na kościste palce pierścienie planet. Kto zakrzywionym bezkresnym sierpem ścina dźwięki pola magnetycznego obsianego świecidełkami, które wsiąkają właśnie w czarne dziury kosmicznych lejów. Długie, jednostajne, lekko wibrujące głosy, zwielokrotnione po stokroć. Duchy tańczące na różnych strunach bezczasu. Dźwięki niepokojące, bo nieznane.
      A może to tylko wymysł naukowców.

     Przerażający jest dźwięk, który słyszy się po zanurzeniu głowy w wannie. Szum płynów na zewnątrz i wewnątrz. Głowa człowieka waży ponoć pięć kilo, ale nie utonie w muszli, coś jak kamień przymocowany do pontonu płuc.
      A może jednak naukowcy się mylą.

     Może to szum przewalającej się wewnątrz duszy, ocieranie antymaterii o materię?
     Naukowcy też nie są nieomylni.

     Ale najbardziej przerażający jest dźwięk telefonu. Bałam się każdego przez długie 155 dni. S T O  P I Ę Ć D Z I E S I Ą T  P I Ę Ć  D N I. Kiedy przeszył poranne, wilgotne ośmiopaździernikowe powietrze, wiedziałam, że to ten jedyny. Nie odbierałam. Dźwięk był widoczny i piekący, czerwony laserowy błysk odbijający się jak echo od ścian pustego mieszkania siekał mnie rykoszetem sto pięćdziesiąt pięć razy na sekundę.
 To, czego się nie usłyszy i nie zobaczy, nie istnieje, prawda, Tato? /14.11.1943-08.10.1996/
 Naukowcy zawsze się mylą.

***





środa, 9 września 2015

sobota, 20 września 2014

(144) POEZJA I PROZAc

     Powiem wam, dlaczego znikam.

Moje życie raz stajenką Pegaza, raz stajnią Augiasza. Dwanaście prac boleśnie rozciągniętych w dwieście. Blizny cesarki, stłuczonych kolan i wyciętych słów. Alergia na kłamstwo, ponadnormatywne IgM empatii. Brak synchronizacji pomiędzy być i chcieć. Z tym co wewnątrz mnie i co na zewnątrz. Ręce wyłamane ze stawów, kiwające się na dwóch biegunach, a ciągle ze szmatą jak sztandarem. I świadomość, że jestem prochem.
Nie mam siły oglądać sowieckich samolotów nad Szwecją, ran dzieci i jęków kobiet oblanych kwasem. Nie mam siły myśleć, że jednak nie ma żadnego bezwojennego pokolenia w RP, gdzie RP jest tyle co leków na Rp.  Nie mam już siły drzeć pierza i dzioba, dawać mleka i mięsa co dzień od nowa. Nie mam siły być uwiązanym Perseuszem codzienności i smażyć wątrobę na próżno. Gdy najbliżsi karmią niewiarą i polewają kwasem. Gdy po pięćdziesięciu głaskach więcej waży jeden policzek wylewający się rumieńcem na poduszkę.

     Niech mi ktoś przestawi potencjometr z nano na centy choćby. Nie chcę odbierać wibracji z epicentrum oddalonym o sto tysięcy kilometrów stąd. Nie chcę, by drżenie w domowych posadach grzebało mnie pod Pompejami filiżanek. Niemogę jest gorsze od niemamnie.  

Mimo, że przez lata zmieniłam się. Nabrałam masy, urosły mi jaja do kolan i z filigranowego rączego araba o wadze 55 kg stałam się perszeronem.

to teraz

nie mogę
sorry


Ja wewnątrz nieprzezroczystej siebie noszę rozmiar 36 i jestem pod ścisłą ochroną.
Bardzo chciałabym wypłakać Wam w rękaw, tym, co mi kością w gardle.

Wbito mi kołkiem osinowym w serce, że nie nadaję się do niczego prócz orania od płotu do płotu. Z zachodu na wschód, od brzasku do zmierzchu. Obsiać, zebrać, zaorać, olać. Zawstydzić się, że się olało i gołymi rękami wybierać gówna ze skib. 

     Brakuje mi Skamandrytów dnia codziennego, Papuszy niedzielnej i czwartków nad herbatą. Chcę wyrwać balanse z zegarów, skoczyć do Sevres i zrobić tam demolkę. 


Naród wspaniały, tylko ludzie kurwy.


Zbyt wiele razy.




Chcę już do Taty.


 ***


A po normalnemu.

     Wkurza mnie rynek pracy. Wkurza mnie, że nie ma miejsca dla takich jak ja. Idealistów, którzy zdobywali wiedzę w kierunku, który kochali. Z góry skazanym na niepowodzenie. Że zamiast wymienić oko za oko i płyny ustrojowe, wymienia się tylko CV. Że po 25 latach jedzenia z jednego talerza mówi mi się, że nie ma przyjaźni. Że zaprasza się mnie, modląc się, czy aby nie przyjadę. Że obrócone tyłem plecy mówią, że nie taką synową chciały. Wkurza mnie, że nie wierzy we mnie ten, który powinien, że nóż, dla sportu, wchodzi w z góry upatrzone i wytrenowane miejsce pod lewym obojczykiem. Boli mnie, że przez to nie ufam w 100%. Że mam na sobie czador. I wkurza mnie, że jesteście tak daleko.
I dlatego zadziwiają ludzkie bezinteresowne i przyjazne odruchy. Przyzwyczaiłam się, że na nie nie zasługuję.

Dina Goldstein


     Nie. Nie mogę po prostu wziąć torby na plecy i pójść, bo trzaśnie mi kręgosłup tuż za progiem. Nie polecę już nigdzie samolotem, bo mam ataki paniki. Nie usiedzę w autokarze. W związku z tym  nie zobaczę już nic poza tym, co w najlepszym wypadku w promieniu Polski. I zdaję sobie sprawę oczywiście, że marzenie, by zobaczyć zorzę polarną jest tylko mżonką. Nie usiedzę z tymi pieprzonymi plecami 8 godzin w pracy. Nie zarobię na siebie. Gimnastykuję się i ryczę, żeby tylko móc usiedzieć w kinie, z którego i tak uciekam, no bo zamknięte pomieszczenie. Dla mnie Wasza codzienność jest tylko marzeniem. Siedzieć, dźwigać, być w ciąży? Niewykonalne. Podczas, gdy dla mnie kichniecie było niespełnionym przez 3 miesiące pragnieniem.

 Jestem tylko wolna, gdy zamknę oczy. Gdy żegluję tam, gdzie chcę. Kiedy nie mam kotwic.  Mój świat istnieje tylko we mnie. Z odgórnie narzuconym terminem przydatności do spożycia.


piątek, 1 sierpnia 2014

(137) Skoki na główkę

OSTRZEŻENIE:

Dzisiaj wchodzicie tu na własną odpowiedzialność.
Osoby zbyt wrażliwe nie powinny oglądać dwóch pierwszych filmów.
Ja dochodziłam po nich do siebie wiele tygodni.
Zachęcam natomiast do czytania pozostałych trzech podlinkowanych artykułów.


     Na oko może mieć ze 20 lat. Szczupły, bezczelnie uśmiechnięty. Wpakowali go do Oddziału VI za jakieś głupstwo. Słyszy krzyki: przebieraj się! Zaraz zetną ci włosy!
Stawia się z powrotem, Mina już nietęga, bo luźne spodnie spadają z bioder, nogawki wkręcają się w drewniaki. Piżamowa góra odbiera resztki godności.
Nie będę mył latryn - głos jeszcze zawadiacki, w kąciku ust tańczy szelmowski uśmieszek.
Będziesz. Zrobimy tak, że będziesz.

Po kilku godzinach spuścił spodnie przed kamerą. Pośladki sine, mięso będzie odchodzić od kości. Głowa jest dwa razy większa. Nie ma na niej oczu, są tylko wąskie szparki. Jedno ucho wielkości dłoni. Brak przednich zębów. Chłopak słania się na nogach, starczym, posuwistym i wolnym krokiem zmierza do latryn, całą drogę trzymając się ścian. Pokornie klęka nad dziurą w podłodze i gołymi rękami wybiera fekalia.

***

     Mamo, klawisze chcą śrubokręt i dwadzieścia metrów kabla. Tak, traktują mnie dobrze, ale jak przyślecie paczkę, będą mnie traktowali jak króla. Tak, myślę, że dyrekcja wie o tych wymuszeniach. Co robi? Korzysta i przyzwala.
Mamuniu, oni chcą betoniarkę. Ciężarówkę. Cysternę.
Rodzice zadłużają się masakrycznie, ale przysyłają wszystko. Matka płacze bez przerwy.
Ukochanego syna i tak katują na śmierć.

Innemu więźniowi udaje się przeżyć wyjść na wolność. Oskarża klawiszy o znęcanie się. Sąd skazuje go za pomówienia i osadza w tym samym więzieniu. Ile mu dajecie? Nie odsiadki. Życia.

To nie fikcja. To rosyjskie więzienia XXI wieku.

***

     Nie udają, że to pomyłka. Pociski z bronią chemiczną z premedytacją uderzają w syryjskie szpitale i szkoły. W takim wypadku zazdrości się zmarłym na miejscu.
Hałas, rwetes, przed szpitalem pojawia się znikąd czterdzieścioro dzieci. Chłopiec jest w wieku Mata. Stoi jak strach na wróble, dygocze, z rąk i nóg wiszą strzępu ubrań, na głowie szmata z kapelusza. Po chwili dochodzi do mnie, że ubranie stopiło się, a to, co wisi z głowy i ciała jest jego własną skórą.
W szpitalu nie ma nic. Okien, łóżek, w apteczce tylko paracetamol. Dzieci nie mają gdzie się położyć. Większość strachów stoi.Nie ma krzeseł.

***

Małpka zabawnie skacze. Robi stójki, jaka mądrutka! Ach, ci Rosjanie!



***

     W domu dziecka powinny zaznać ciepła i miłości. Te, z którymi los obszedł się okrutnie, nie znają delikatności ręki mamy, ciepłego uścisku ramion taty i bezpieczeństwa, które z miłością tworzą gniazdo, w którym się wzrasta. W siłę, w wiarę, w miłość.


***

     My, cywilizowani Europejczycy uważamy, że świat ma wyglądać tak, jak my im zagramy. Pępek świata. Szkoły dla wszystkich, komunikacja miejska, małżeństwo z wybraną osobą. Odkryte ramiona na ulicy, publiczne pocałunki. Nikt nie oblewa kwasem, nie torturuje, nie gwałci. Biedronka za rogiem, pomoc społeczna, służba zdrowia. Tymczasem to my jesteśmy mniejszością. Mentalność poza Europką i Stanami jest diametralnie inna. W Chinach nie ma uczuć ani więzów rodzinnych, a jedyną religią jest pieniądz. Marny pieniądz. Ale opłaca się tu robić sztuczne fistaszki i jajka. Zanieczyszczenia dopływają aż do Wysp Kanaryjskich.





     Tymczasem w Japonii... Japonii nigdy nie zrozumiemy.

http://www.focus.pl/czlowiek/rece-ktore-lecza-czyli-szokujace-zwyczaje-dotyczace-masturbacji-8179

***

     Jedyne co wiem, to to, że nie zbawimy świata i nigdy nie będzie na Ziemi pokoju. Mam hippisowską duszę i organicznie nie znoszę przemocy pod żadną postacią, krwawych porachunków, politycznych machlojek, prawa pięści. A muszę żyć ze świadomością tego, co dokoła mnie.

Dziś 1 sierpnia. Wycie syren o 17.00 zastanie mnie na Starym Rynku. I będę dalej żyć. Z worem pamięci ciężkim jak głaz.

     Jestem pierwszym pokoleniem, które wojnę zna tylko z opowiadań. Boję się, że jednak nim nie będę. Patrząc, co się dzieje na świecie, boję się o dzieci. Nurkuję tak często jak tylko się da. Nie chcę wypływać. Pod powierzchnią paradoksalnie mam czym oddychać, mogłabym całymi tygodniami pływać wokół grządek, donic, mieszać w garze wiśniowe konfitury. Czytać, tulić dzieci i nie wychodzić z pościeli. Wypływając za próg duszę się.



I dlatego skaczę na główkę w rzeczy piękne:

W ZOO.

w rzeczy niezwykłe i piękne:

W Łazienkach.

  zwykłe  i proste - dlatego piękne




     Przycinam lawendę, by zakwitła po raz drugi, wdycham odurzający zapach glicynii. Zawieszam domek dla owadów i obserwuję pierwszych lokatorów. Wracam do fajansów i szydełkowych serwetek. Nad rosołem spowalniam zegary. Nie gnam, nie ścigam, nie popędzam.

Codziennie skaczę na główkę z synami, pływamy:

Mimku, cieszysz się, że jedziemy w góry?
hmmm niezbyt. Mam równie małe szanse spotkania żmii zygzakowatej, jak szukanie wiadra w polu.

***

Mim na pływalni nie słucha instruktora, robi wszystko po swojemu. Pan Michałek mówi, że powie w takim razie babci, którą zna, nota bene, z 5 lat co najmniej. Kiwają sobie zawsze rąsiami przez szklaną taflę. Mim spłoszony biegnie do instruktora i szepce mu coś do ucha.

-Niech pan nie mówi nic babci, szkoda fatygi, ona jest stara i głucha jak pień!

***

-Mamo, ruszyły zapisy do Hell's Kitchen, nie martw się, nie trzeba być profesjonalistą! Można być tylko amatorem!
A Ty jesteś amatorem, tak?
.
.
.
.
.
Czy jeszcze gorzej?

***

      Zaciekawiło mnie jakimi Wy, zbłąkane duszyczki, pokrętnymi drogami wpadacie tutaj.
Aż się boję pomyśleć, kto to czyta, bo znajdujecie Skorpiona po wpisaniu w gugla haseł:

co może wygryzać kurczakom wnętrzności

ślimak jak odciąć mu nogę i wyjąć wnętrzności

trucizna na koty.


Fuj, wstydzicie się, mam nadzieję, bando dewiantów! ;)

poniedziałek, 4 listopada 2013

(98) piekło-niebo

   Owszem, mogę pisać brudno, czemu nie. O podskórnych pulsujących ropniach i śmierdzących wydzielinach, o pijakach, którzy marzą o najlepszej dziwce na ulicy. O błyszczącym w porannym słońcu bruku, na którym  w męczarniach i w śmierdzących moczem i kałem spodniach skonał  niejeden bezdomny, skopany okutymi buciorami podpitych roześmianych wyrostków. Mogę dać zagłodzonemu kundlowi do powąchania kawał brudnej szmaty, w którą zakonnica owinęła kociaki zanim zgruchotała im puchate główki obuchem siekiery i patrzeć jak się ślini  i gryzie z bezsilności stalowy drut siatki. Mogę zwabić chuderlaka i kopnąć znienacka, rozwalając mu mordę i robiąc skaryfikację w szachownicę. Mogę pokazać jak głęboko ocynkowany drut zanurza się w różowe wnętrze jego ociekającego juchą policzka i jak bardzo orze go własnymi pazurami usiłując go sobie wyrwać. Mogę nawet zlizać jego wymiociny z chodnika, a potem uśmiechnąć się słodko i seksownie polizać monitor, na który właśnie patrzysz. Puszczę ci perskie oko i poślę buziaczka, łącząc go finezyjnie z odorem przepitego oddechu.
Mogę przedstawić ci moją siostrę alkoholiczkę, kazać jej grzecznie dygnąć zanim rozewrę siłą jej uda w ramach zachęty dla ciebie. I patrzeć. Przeciągnąć cię, trzymając za włosy, po miejskich, oszczanych parkach, gdzie za drzewami już nawet nie kryją się męskie dziwki i wykąpać cię w szambie miasta. Pokazać, co nocą robi się w więzieniu gwałcicielom małych chłopczyków. Tak małych, że uniósłbyś pięciu takich jednym palcem. Opisałabym jak wygląda ich rozprute jelito, z którego wycieka na wpół strawione mleko. Porównałabym je do malinowego kisielu ze słodką śmietanką. Kazałabym ci siedzieć na kozetce w pokoju zabiegowym na oddziale onkologii dziecięcej i oglądać współczesne cyklopki z wielkimi jęzorami, których dni są już policzone. Moglibyśmy powywracać sobie ławki w kościele, albo poprzypalać koty petami. Poczułbyś duszący smród palonej sierści i mdły zapach ciepłej zwierzęcej krwi.

Gdybym tylko chciała.

Wiem, że mogę. Jest tylko jedno ale. Ja tak nie chcę.

fot. Michelle Berg, The StarPhoenix

***
     Właśnie skończyłam pisać krótkie opowiadanie. Konkurs znalazłam niedawno. Co lepsze, przedwczoraj znalazłam jego fanpejdż na fb. Redakcja wybrała kilka opowiadań i zamieściła je na konkursowym profilu. Zaczęłam czytać i znalazłam się w krainie Mordoru. Literatura...Jakże łatwo jest pisać o czymś złym. Jak łatwo wydobyć z siebie i czytelnika pokłady dzikich żądz i wyczarować smród rynsztoków. I jak łatwo osiągnąć tu tytuł mistrza ciemności. Łatwiej jest pisać, i to nawet dobrze, o czymś złym i ohydnym. Zastanawiam się tylko po co? Jaki to ma sens, prócz wstrząśnięcia czytelnikiem? Naokoło jest tyle cierpienia i brudu, chamstwa i wulgaryzmów. Nie przypominam sobie opowiadania, zamieszczonego na owej konkursowej stronie, które nie byłoby okraszone co najmniej kilkoma kurwami. Nie chcę wypalać dziur w duszach.

   Z moim słonecznym konkursowym tekstem czuję się jak Alicja w Krainie Czarów. Naga i wrzucona na ulicę. Trudno. Zostanę samotną dziewczynką z zapałkami.   :)