Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samorodne wyrodki vs wyrodne samorodki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samorodne wyrodki vs wyrodne samorodki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 kwietnia 2018

(260) Dla ludzkości jest nadzieja!

Mim, dziecię moje drugorodne, które dopiero martwą uniosło powiekę, zmachane życiowo influenzą przebiegającą z widowiskowymi hołubcami, które to dziecię wyczyniało po chwilowej utracie świadomości, a z której wyrywał je ratownik medyczny ujeżdżający karetą, to ten właśnie, ten sam synek mamusi po pierwszym dniu w szkole:

- Mamusiu (albowiem upatrzyli sobie obaj to słowo, uważając je chyba wielce żartobliwym). A więc - Mamusiu, mam dla ciebie dwie wiadomości - dobrą i złą. Którą chcesz najpierw?

- Złą oczywiście, bo potem będzie mi dwakroć przyjemniej. A ja lubię jak mi jest przyjemnie - co jest najszczerszą prawdą, ponieważ jestem hedonistką pełną gębą i chciałabym, żeby zawsze było mi dobrze, a świat mówił do mnie kici-kici i smerał pod pulchną bródką różowym piórkiem. 
No i teraz chciałam być pomiziana różowym piórkiem, to się od razu nadstawiłam.

Mim wciągnął powietrze do swych wymizerowanych chorobą płucek, które przed chwilą przeganiał po Orliku, i z których mogłyby wydostawać się okrzyki niewybredne, jakie tylko niespełna dwunastolatek wydobyć potrafi, z cyklu - no podaj, jak podajesz ośle garbaty, tudzież kaloszu parchaty, psia twoja nać. No mogłyby, ale niestety gra w ciszy. 
No więc wciągnął i używając tego powietrza, przedmuchał je przez struny głosowe, artykułując tak oto:

- Zacznę zatem od dobrej wiadomości, która brzmi: nie dostałem kropki za nieprzygotowanie z religii.

- Brawo, synu! Hosanna! Cóż za spektakularny sukces! - napuszyłam się od razu, bo nie dostać kropki jest rzeczą wielką, zwłaszcza przy zaawansowanej sklerozie i postępującej wybiórczej demencji Mima. - To teraz ta zła wiadomość, nic nie może zmącić mej radości!

- A zła jest taka, że w wiadomości numer jeden skłamałem.


No, spuchłam z dumy. Rośnie mi niebywałej rangi dygnitarz państwowy. Tak powinno się przekazywać niewygodne wiadomości, o na przykład:

- O, ma pan syna, śliczny chłopak! Podobny do tego hydraulika, co to do państwa przychodził, prawda? Jaki on jest przystojny! Jak Adonis! Gratulacje!

Albo:
- Kupiłem mamusi cudne kolczyki, ale w tym roku przebijemy tylko uszy, dobrze?

Albo:
- Był wypadek samochodowy, nie udało się nikogo uratować, prócz pana. Ale pocięte zwłoki, które przewoził pan w walizce, ocalały!

niedziela, 4 marca 2018

(258) Dzień Pisarza, który wszyscy obchodzili wczoraj, a ja dzisiaj


     Zaskoczę Was, ale wczoraj był Dzień Pisarza. Na razie jakoś obchodzę go nieprzesadnie, może z racji braku wielbicieli on line - bez czerwonych dywanów, wiechci kwiecia i sypania płatków róż na prześcieradło. Za różami nie przepadam, ale i tak byłoby to bardzo miłe, niemniej kto by to potem sprzątał? I tyle prania, bo kwiatki puszczają kolorowe soki, które trudno sprać.
     
     O, tu może wtrącę patent dla artystek z okolic, jak zrobić sobie metodą chałupniczą domowy batik bez wosku. Otóż na tkaninę kładziemy kwiatuszki i bezdusznie roztrzaskujemy je młotkiem, przez papier do pieczenia (woskowany hehe), aż do puszczenia posoki. Chabry mają ładną krew, bratki też. Odciskają swoje piętno piękna na przykład na bieluchnej pościeli. Potem trzeba to zaprasować, żeby utrwalić i przypieczętować związek chemicznie i termicznie. Czyli tak, jak w życiu. Lekki ciepły nacisk wzmaga homogeniczność.

     Wracając do Dnia Pisarza. Otóż w domu mam takie dwa pisarskie przypadki, które łechcą mnie mile w okolice serca i mózgu. I nie chodzi tu o zdolności nawet, ale o chęci i walkę na pióra zamiast pięści, o co w sumie nietrudno, jeśli ma się potomków płci męskiej.

     Znalazłam w swojej drewnianej skrzynce po winie, w której trzymam listy, kartki i dowody sympatii od Was, Braterską, acz Jadowitą Bitwę na Słowa, którą toczyli moi synowie rok temu, w imieniny Mima. 


Mim do starszego brata pisze:

Macie!
Nieudaczniku drogi,
Co stoi koło drogi.
Co z ciebie wyrośnie?
Chyba róża na sośnie.
Tyś żywej skolopendry* nie widział,
Bo jej niedowidział.
Jak masz żyć bez okularów,
Tak samo jak rolnik bez swych psów...Azorów.

* skolopendra jest ulubionym zwierzątkiem Mima.

Pisownia oryginalna.

A Mat, buchając obłoczkiem siarki z nozdrzy na początku i hamując epitety bezpośrednie, a skłaniając się ku tym zawoalowanym, spreparował taki oto odzew, który od połowy do końca skapuje już czystą miłością. Cały Mat!

Ze tak powiem, mój Braciszku,
Beznadziejne wiersze piszesz!
Wszystkie one są bez sensu,
A te rymy... bardzo dupne...

Chwalić Ciebie - jak tak można?
W końcu Tyś Mickiewicz nie jest.
Mimo wszystko ktoś Cię ceni,
komuś się podobać może.

Zajmij się czymś innym, Bracie,
Boś z wierszami nie po drodze.
Przyrodnikiem, ekologiem,
Byle nie wierszopisarzem!

Ach, mój Mimku, mój kochany,
Cóż o Tobie można mówić?
Że wierszami się zajmujesz?
Trochę Ci to nie pasuje...

Jednak powiem Ci w sekrecie:
Jak chcesz - pisz te wiersze dalej,
Mózg też ładnie swój rozwijaj,
Byś nie skończył jako prostak.

A ponieważ imieniny
Dzisiaj masz mój Mimku drogi,
Życzę Ci, byś ładniej pisał
I marzenia swoje spełniał.




Ale Mim chyba nie zostanie poetą, tylko pisarzem idącym własną ścieżką, choćby miała nurt przeciwny do mainstreamu.

Oto jakie słowa znalazłam pod jego ostatnim wypracowaniem z polskiego o Ani z Zielonego Wzgórza (nie mógł strawić). Adresatką jest polonistka:

PS
Wypracowanie nie jest długie nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że wybrałem taki krótki rozdział (niestety).

o_O


     Niech żyją zatem wszyscy pisarze - nieboszczyki, ci w fazie żyjącej, acz larwalnej, ci w kwitnącej i płodnej, i ci, którzy piszą do szuflady. Ściskam wszystkich Znajomych i Zaprzyjaźnionych Pisarzy! :*

    A kto pragnie, niech mi śle kwiaty i białe półsłodkie wino. Także bez okazji i w wielkościach nielimitowanych!



piątek, 2 lutego 2018

(256) Dlaczego przykułam się łańcuchem do kaloryfera i nie mogę swobodnie olśniewać (jeszcze)

     Za dwa tygodnie... Jezu, nie! Już za tydzień! Za tydzień, w związku z moją zawrotną karierą literacką i nie tylko, mam odbyć sesję fotograficzną. I dodam, że to nie ja będę robić zdjęcia, żeby była jasność.
     Zostałam uprzedzona, że będę musiała przebierać się i to chyba kilkukrotnie, w zależności od światła i innych czynników przyrodniczo-fotograficzno-socjologicznych. Ja tam bym wolała w całkowitych ciemnościach, żeby skryć swe rysy i nie mówię tu o wyniosłości biustu npm, bo to ledwo Gubałówka. 
     W związku z powyższym zostałam zmuszona przez wewnętrzne, naglące głosy, które założyły mi skutecznie nelsona na moją odzieżową ignorancję, do wędrówki przez knieje, chaszcze, kręte dróżki upstrzone wilczymi dołami jak lustro w ośrodku pomocy socjalnej, do przedzierania się przez ostępy najeżone ostrokołami, pokonywania smoków i szalonych wiewiórek z zębami jak dłuta, nie mówiąc o drapieżnych pająkach wielkości bernardyna. No, krótko mówiąc zmusiły mnie do zrobienia porządku w szafie. Jak Skorpioczytacze zapewne się domyślają, skończyło się katastrofą, bo kto jak kto, ale ja celuję w życiowych katastrofach. Takie mam hobby jakby. No. 
     Pierwsza katastrofa, której kwaśny smak jest znany wszystkim Paniom, pulsuje mi na języku czerwonym neonem: ALE JA NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ. Może dlatego, że wyrzuciłam z szafy jakieś 300 kilo niepotrzebnych, jak się okazało, ciuchów, to znaczy wyleciało prawie wszystko, prócz sukienek, koszul, białych spodni i dżinsów, bowiem kto zna Skorpiona, ten wie, że odziewa się on w koszule i takież spodnie notorycznie.
     Ale to by było pół biedy. 
    Druga tragedia ścina krew w żyłach i miesza zmysły w ciągu nanosekundy: JESTEM GRUBA. No niby stan znany Paniom również, ale w moim wydaniu stało się to NAGLE. Sama nie wiem kiedy, bo do tej pory piżama, w której chodzę całą dobę, ciągle na mnie pasuje. A jednak stało się. Potrzebuję na gwałt namiot. Dwójkę. No, może nie na gwałt, ale na sesję. Wolałabym chyba sesję z genetyką i biochemią, a więc z przedmiotami, które wchodziły mi na studiach tak boleśnie jak wchodzi drzazga pod paznokieć albo wątróbka. A tu będzie sesja jeszcze gorsza. 

     Zwłaszcza, że uznałam, że mam złą fryzurę. Jakoś mi nie pasowało coś. Przycięłam sobie zatem trochę boki przy uszach. No nie, żebym miała takie opony sięgające wysoko pod uszy, no nie. Włosy podcięłam. Musiałam wyrównywać. Potem wyrównałam grzywkę, która stałą się jakoś nienormalnie długa. No i ją też musiałam wyrównać. A potem jeszcze raz. Na końcu okazało się, ze włosy były ok, nie ok za to było z twarzą, no ale jakby nie mam drobnych na operację plastyczną, a nawet gdybym miała, to nie zdążę się zagoić. Cóż. Czytałam, że akurat rozpoczął się konkurs na projekt plakatu promującego Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych. Moje szanse rosną.

     Cóż bis... Wyciągnęłam zgrzewkę wody z garażu, zapleśniałe suchary zza szafek i przykułam się grubym łańcuchem do kaloryfera, po czym związałam sobie dla pewności ręce sznurem do bielizny, uprzednio wyrzuciwszy nożyczki, żeby mnie nie kusiło wyrównywać ponownie. Moi synowie mają zakaz reagowania na moje ciasteczkowe rozkazy, zakaz ulegania błaganiom i szantażom różnej treści, a także mają nie lękać się moich gróźb karalnych. (Ja tam bym się bała strasznie). Pod żadnym pozorem nie mają dać się zwieść mojemu słodkiemu głosowi syreny, mamiącemu, że tylko to jedno maleńkie i to z wydłubaną czekoladą. NIE. Żadnej wydłubanej czekolady z piegusków! Zakaz jabłeczników, serników i ciastek pod groźbą wydziedziczenia i wprowadzenia ostrych restrykcji czasowych w korzystaniu z xboxa. Co jak co, ale to ostatnie działa niewymownie. Od godziny łkam, żeby mi ktoś odgarnął włosy z oka. Paluszkiem.

     Boże! Świeć Panie nad moją tuszą!

A one się tak do mnie śmieją!


piątek, 10 listopada 2017

(248) Wózek inwalidzki i nalewka czyli jak to smutek z radością się przeplata

     Dom wariatów! Jak pragnę zdrowia, dom wariatów. Chciałam się tylko podzielić tą refleksją, która zakwitła kwiatem dorodnym i czerwonym, kiedy patrzyłam na naszą uszczuploną rodzinę, że w zasadzie nic się nie zmieniło w tym zakresie. Norma. Nawet po napisaniu tytułu, czytam: jak to sutek z radością się przeplata. W sumie niby prawda.
     
     Ad rem. Otóż staliśmy się szczęśliwymi, acz tymczasowymi posiadaczami dwóch wózków inwalidzkich. Jeden pojechał do ---> Michała, czerwony jak bolid Ferrari, drugi, niebieski jak niebo w południe, został u nas na przezimowanie. Nie wiedziałam, że brakuje nam wózka, dopóki nie przybył. Od tej chwili okazało się, że to sprzęt pierwszej potrzeby i rzadko stoi bezczynnie. Dzieci skorpiońskie oszczędzają nogi i ujeżdżają po Skorpiolandzie zamiennie. Czasem chcą popchać swą matkę, czyli mnie. Matka, jak to matka, zgadza się prawie na wszystko. W sumie bardzo słusznie, bo kto wie, co człowieka czeka, niech się młodzież przyzwyczaja. Chcą pchać, tym lepiej. Jak nie stara rodzicielka, to i tak czeka ich wózek-gondola z oseskiem. Siadam więc i jestem pchana, to zupełnie jak taksówka w skali mikro. Mim spożywa na nim także posiłki, a krótkie momenty, kiedy wózek stoi bezczynnie, wykorzystuje kot i zasypia na nim z lubością. Ale śpi tylko chwilę, bo zaraz wózek zaczyna jeździć z tym biednym zwierzęciem po domu, pchany troskliwie przez Mata i Mima. Faktycznie, kot jeżdżący na wózku inwalidzkim budzi nad wyraz opiekuńcze instynkty. Proszę poruszyć kołowrotkiem wyobraźni i rozczulić się.

     Sprzęt pomocniczy traktujemy jako sprzęt i tyle. Nie ma potrzeby się go bać. Zauważam bowiem, że społeczeństwo jest zabobonne, a jednocześnie traktuje zaopatrzenie ortopedyczne jak relikwie. Nie dotykaj! Nie siadaj! Dlaczego? Bo zachoruję? Bo dosięgnie mnie palec losu i utrąci kręgosłup za karę? Nie sądzę. Laska, kula, wózek, o ile nie służą jako rekwizyty do szykan, wyśmiewania się, poniżania drugiego człowieka, są zwykłym sprzętem. Ot i cała sprawa. 

      
     W domu siedzę niemalże na walizkach. Nie wiem w którym momencie będziemy musieli opuścić to miejsce, które tak kochamy. Żegnać się z kolegami dzieci, zmieniać szkoły, okolicę. W tym roku nie zasadziłam kwiatów w donicach przed domem, nie miałam surfinii jak co roku. Na stole trzymam dokumenty, których używam, bo sprawy urzędowe mnożą się w postępie geometrycznym. Śpię jak zając.

    Wczoraj dopadło mnie dziwne uczucie. Coś podobnego do końca żałoby, kiedy ma się już siłę przerzucać rzeczy po zmarłym. Wkładając wyprane i wyprasowane pościele na górną półkę szafy, wzrok mój padł na półki, gdzie były ubrania męża. Do tej pory zionęły pustką. Minęło już pół roku. Wczoraj postanowiłam, że położę na niej swoje ubrania. Dziwne uczucie. Jeszcze tego nie zrobiłam, ale chyba już mogę. Chyba schowam dokumenty. Może nawet zasadzę kwiatki w donicy... Ostatni raz.

http://poznan.wyborcza.pl/poznan/1,105531,19511602,murale-z-poezja-w-poznaniu-rozewicz-szymborska-herbert-jak.html
Znamienne, że ten mural jest obok biura mojego adwokata.

Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
Stanisław Barańczak


      Jeżeli porcelana to wyłącznie taka
      Której nie żal pod butem tragarza lub gąsienicą czołgu,
      Jeżeli fotel, to niezbyt wygodny, tak aby
      Nie było przykro podnieść się i odejść;
      Jeżeli odzież, to tyle, ile można unieść w walizce,
      Jeżeli książki, to te, które można unieść w pamięci,
      Jeżeli plany, to takie, by można o nich zapomnieć
      gdy nadejdzie czas następnej przeprowadzki
      na inna ulicę, kontynent, etap dziejowy
      lub świat
      Kto ci powiedział, że wolno się przyzwyczajać?
      Kto ci powiedział, że cokolwiek jest na zawsze?
      Czy nikt ci nie powiedział, że nie będziesz nigdy
      w świecie
      czuł się jak u siebie w domu?


***

    Z rzeczy fajnych i przyjemnych mam ogłoszenie! Nie wiem, czy Wam w ogóle o tym mówić, bo zrobicie mi nie lada konkurencję, ale co tam, zawsze miałam dobre serce. Tak mówią ci, co zjedli je po wysmażeniu i doprawieniu kurdemolem. 

Izabelka zaprasza na 



Do wygrania dwa zestawy utensyliów (ja się ustawiam po nalewki). Idźcie tłumnie, zapisujcie się i pamiętajcie kto Wam o tym powiedział! No. Powodzenia, druzja. I niech szczęscie sprzyja potrzebującym! Asasasa!



środa, 23 sierpnia 2017

(242) Survival

     Kolej rzeczy jest taka, że prędzej czy później będziemy musieli opuścić Skorpionland i udać się z tobołkiem w nieznane, jak bracia z rosyjskiej baśni, albowiem ostrze miecza Damoklesa, po przecięciu naszych dróg, spadnie i ze świstem przetnie dom na połowy. W zasadzie robi się z tego bajka o księżniczce i połowie królestwa. Rykoszet przewidziany i spodziewany od dawna. Chociaż pewnie, zanim to nastąpi, sporo wody upłynie w rurociągu, albowiem najpierw trzeba napaść na bogatego kupca, potem otumanić go i zrolowanego w perski dywan skutecznie hołubić, by zapałał żądzą do Skorpionlandu na tyle, by go posiąść. Bez uczucia się nie da.

   Właśnie z uwagi na powyższe zmuszona jestem wziąć pod uwagę zmianę biotopu i dlatego brawurowo bierzemy (z królewiczami) pod uwagę kilka wariantów siedliskowych. W ramach przyzwyczajania się do jednego typu z nich, wyjechaliśmy na skraj globusa, do zwieszającej się w niezgłębione odmęty wszechświata leśniczówki i zaanektowaliśmy ją z intensywnością kolonii pleśni. Moje miejskie dzieci, odłączone od aparatury podtrzymującej życie wirtualne, o dziwo przeżyły, co więcej - wykazały progres w zakresie aktywności, hodowane na prawdziwych pomidorach i wiejskim chlebie.
(muszę tu przerwać opowieść i zjeść śledzia, wybaczcie, walczę z tym od dziesięciu minut, ale przegrywam)

....

....

o matko...

.....

omniomniom...


Wybaszsie, że wasz ne poszesztuje, ae przesz czekłe kyształy sze ne da.


boszeeee

.....

(słoik smażonych śledzi w zalewie octowej i pół kubełka siekanki śledziowej w koperku z doprawdy śmiesznym napisem "opakowanie rodzinne" później):

      Droga do lasu. Mat, leży w trawie i fotografuje (natchniony). A leży, bo trawa w obiektywie wydaje się tak wysoka, że w niej toniemy.
- Wiesz, mamo, mógłbym mieszkać w ciemnej głuszy, nie straszne mi wilki, burze, chwilowy brak zasięgu, a nawet permanentny brak MPK. Tu jest bosko - mogę chodzić do szklarni polować na pomidory i przynosić ci naręcza świeżej bazylii z ogródka ziołowego. Pod warunkiem, że wskażesz mi palcem, które to bazylia. (Żebym to ja wiedziała synu, zawsze poluję na to w sklepie i widzę już odcięte od przyrody i starte na proch).



     Droga z lasu. Progenitura w podskokach szybko opuszcza knieje i wypada na skąpaną w sierpniowym świetle ścieżkę:
- O, nie, tu są kleszcze! Dlaczego kleszcze są tak małe, że ledwo je można zobaczyć? Powinny być wielkości szopa pracza - głos Mata już zniknął w leśniczówce, podczas gdy ja wychodziłam dopiero z lasu.

      Tak więc nie wiem co teraz z naszym nowym podmiejskim domem. Chyba popracujemy nad związkiem z przyrodą - jego trwałością, elastycznością i no... może najpierw w ogóle nad tym, by go jakoś na początek chociaż zadzierzgnąć na tyle, żeby nie zejść na zawał przy spotkaniu z sarenką.




     Powiem Wam na ucho, że w tej właśnie leśniczówce będzie się toczyła akcja Bazanka II. Najpierw jednak przeczytajcie jedynkę! Jeszcze tylko miesiąc do premiery :)

     A teraz pozwólcie, że się oddalę. Idę zjeść ogórki konserwowe od Izabelki. O ile w ogóle otworzę słoik. Jezu, jak odkręcam słoik od Izabelki, to mi serce pęka z wysiłku i fantazjuję o nożycach do cięcia karoserii.

poniedziałek, 20 lutego 2017

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*

♥

     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




wtorek, 25 października 2016

(230) Statek-widmo

     Podkręciłam wąsa, wzięłam dziateczki pod pachy jak rasowy bosman majtki i ruszyłam w kipiel. Kipiel falowała, unosiła nas na grzbietach fal, targając przy okazji fale mych loków i grzywy młodych samców. Raz nie było widać Mata, raz Mima, którzy nurkowali między mackami odmętów ludzkich i wili się jak morskie węże, zmierzając ku wyspom szczęśliwym widocznym w oddali w rejonach oceanu bardzo spokojnego. 
    
     Wyspy szczęśliwe miały ściśle określone położenie geograficzne: rząd 1- miejsce 31, rząd 2 miejsce 31 i 32. Przepływaliśmy naszą szalupą przez gąszcz żywych wodorostów oplatających łydki, by dzięki skurczom partym tłumu osiąść na rafach sali Centrum Kongresowo Dydaktycznego Uniwersytetu Medycznego, tuż przy mostku kapitańskim, na którym za chwilę miał się pojawić bosy ale w ostrogach Wu Cejrowski. 
    
     Morze charknęło mokro i wypluło nas pod scenę. Nasze ruchy stały się coraz bardziej gwałtowne, a myśli zdesperowane, bowiem trzy komplety oczu na naszym wyposażeniu, ujrzały coś strasznego. Byliśmy już nawet gotowi dokonać niecnego abordażu na rząd trzeci, albowiem... rząd pierwszy i drugi okazały się rzędem-widmem! Trójkąt Bermudzki naszych trzech miejsc wciągnął w odmęty niebytu dwa rzędy sali, pozostawiając w wykładzinie wymowne dziury. Dziury, jak to dziury - uparcie milczały, patrząc prosto w sklepienie i to bez najmniejszego mrugnięcia kłaczkiem. Mnie za to drgnęła nerwowo powieka i rozbujała się noga w kolanie, porwałam więc majtki na biodra, torebkę na szyję i pognałam ratować świat, albo przynajmniej wyspy szczęśliwe i pozyskać posiłki, bo słodka woda Mima nie starczyła na długo. Do butelki zamierzaliśmy włożyć list i wysłać go do Kup.Bilecik.pl by puknęli się nią w czółko. Sprzedać miejsca, które nie istnieją - wirtuozi marketingu!

     Niagarą schodów na dół, ziuuu po poręczach, dwa nokauty i osiem farbowanych wielorybów później stoimy już przed rekinami imprezy. Rekiny okazały się mimo młodego wieku bezzębne i niegroźne, a wręcz przyjacielskie i już po krótkiej chwili zamieniły się usłużnie w Szerpów niosących dla nas wyściełane krzesła z podłokietnikami i wygodą w pakiecie. Nie, to co ta biedota z drugiej strony sali - na drewnianych dostawkach! Szerpowie wpuścili nas wejściem dla VIPów, odgrodzonym od fal mózgowych ciżby plastikowym łańcuszkiem, wnieśli 1/3 krzeseł, ponieważ drugi rząd jednak wyłonił się z odmętów jak Wenus z piany. Usiadłam więc przy scenie w fotelu i mogłam niemal dotykać bosych (na wypadek podniesienia się wód) stóp WC.
Nadmienię tylko o pozyskaniu u rekinów informacji o czasokresie niebytu pierwszego rzędu. Mianowicie pochłonęła go nicość 5 lat temu. Pięć. Lat. Temu. 
Ha. 
Haha.
Ha.

No.

Mandacik dla Bilecika.

     Za to  widok z fotela miałam przedni - lewym okiem patrzyłam na kapitana Bosa Nova'k, prawym na całą salę, dzięki zezowi rozbieżnemu nic z rejsu mi nie umknęło; co więcej - nasz kąt zdołał przemycić kilka celnych ripost słownych, ośmielony tym moim tronem, wiecie. Byt kształtuje świadomość i tępi zmysły, a odwaga w ławicy szprotek ryczy lwem. Zwłaszcza, że wkoło ciemno, a WC oślepiony szperaczem. Zero ryzyka.

     Po rejsie spłynęliśmy w dół, by pobrać autografy, a jako, że jest to już nasze trzecie spotkanie z WC, Mim ośmielił się zadać pytanie o ulubione zwierzę (zapach bydła plus szop pracz, ponieważ jest zabawny), a ja - gdzie pisze książki - w RP czy USA (w USA, ponieważ tam ma spokój. Hmm). Mat jak zwykle nie zapytał o nic, tylko pobrał autograf i zdjęcia. Zdjęcie robiłam ja, więc jest poruszone. Mamy więc imperatyw, by powrócić za rok.

2013, Wojciech Cejrowski w Zamku za zasiekami ludzkimi.
Jak widać, świecką tradycją zdaje się być nieostry osąd sytuacji.

piątek, 7 października 2016

(228) Noc i koty czyli jak się zostaje artystą

SEN (a może NOC, nie pamiętam)

Kiedy idę spać, sny do mnie przychodzą,
ze świerszczem jestem w jednym pokoju.
Tam nie ma żadnego spokoju.
Ptaki przez okno do mnie mówiły,
jak bardzo głodne kiedyś były.
Nagle wszystko ucichło...
a po drabinie wspina się kocisko.
Skacze, przenika przez okno i patrzy
na planety trzy.

Mim, lat 10.


To zadanie domowe z języka polskiego na 7.10.2016.
Zmodyfikowane przez autora, który nie chcąc pisać opowiadania wyznał (zełgał?), że woli poezję.
Wykonane o godzinie 21.30 dnia 6.06.2016.
Zaraz po angielskim.
I plastyce...
(Świat podwodny metodą frotażu). 

WTF?!

Najszybciej znalazłam odpowiedź na palące, z powodu późnej pory, pytanie: co to, do cholery, jest ten frotaż?!

     Kiedyś nie podziwiałam zbytnio cierpliwości matek. Błąd. Teraz nie dziwię się już, że matki zazwyczaj nie potrafią wprawnie posługiwać się kosą spalinową, toporem i szpadlem. To tylko dlatego w wilgotnych celach  jest jeszcze miejsce dla innych złoczyńców.



Hm. Będąc dokładnie w wieku Mima, czyli jakieś circa osiem lat temu, tworzyłam podobne poematy w zeszycie w trzy linie. Pamiętam początki dwóch z nich:

Połamały się kredeczki
naszej małej Kasineczki.
A Kasieńka krzyczy w głos:
- Mamo, mamo, ja chcę to!

Dalej nie pamiętam, za co Was nawet nie przepraszam, bo tego się zbytnio nie da czytać bez tików nerwowych. Było coś o awanturach przed witryną sklepową i o bajeczności kredek. Pewnie dzieło powstało pod wpływem tych chińskich, grubych, świecowych z pandą, pamiętacie je? Ołówkowe były z Misiem Uszatkiem.

Drugi wierszyk miał nośny tytuł "Januszek-Łakomczuszek" i pamiętam tylko, że Januszka ciągle bolał brzuszek. Wiersz był pełen empatii, a zakończon był brawurowo wiadomym morałem, co mnie dziwi, gdyż jestem dzieckiem systemu i jakoś nigdy nie umierałam z przejedzenia się kilogramem trufli czy szynki parmeńskiej, więc pisząc te słowa chyba nie podpierałam się kosturem empirii. 

Ale, pomińmy trywialność wierszyka, jego niezborność werbalną i sfokusujmy uwagę na metrum, rymach i takich tam różnościach, dzięki którym poemat wpada w ucho i nie jest nazbyt wstrętnym.

     Moje dzieci mają jakieś zadatki ku wygibasom językowym. Mat na prozaika (zaraz po sportowcu chemiku lub matematyku), Mim na białego poetę podróżnika. Tak, mili Państwo, tak to się zaczyna i to już. Co prawda Mim zawsze odgrażał się, że będzie niebieskim ptakiem i widzę, że fatum rodzinne w postaci obciążenia genetycznego nie jest jednak mitem.

     A tak liczyłam, że zostaną milionerami...


Po kliknięciu w obraz, ten czarodziejsko się powiększa.


     A wierszyk Mima w wydźwięku podobny jest do mojego, który znalazł się komentarzach u Eli Wasiuczyńskiej dawno dawno temu. Hasło: KOTY TO... Być może się powtarzam, ale co tam.

http://wasiuczynska.blogspot.com/2016/03/konkurs-kot-jaki-jest-kazdy-widzi.html#comment-form


 ***
Nad dachem mojego domu w Poznaniu
jest uśmiech kota jak księżyc w maju.
Wskazuje azymut na Mleczną Drogę,
w której kot czarny moczy swą nogę
i właśnie śni sen o lataniu :)

No i potem poszłooooooo:

 ***
Mówisz więc, że otrzesz się o mnie lekko jak muślin trącając neurony,
Wzburzysz ocean łóżka, dotykiem zbudzisz drzemiące pod skórą demony...
O zmroku z łuku mej skroni zliżesz problemy przebijające sklepienie.
A gdy się wtulisz we mnie, z mruczeniem wypełnisz mnie mlecznym ukojeniem.

Mówisz więc, że jesteś tylko kotem?



Powstały też inne kocie fikołki:



***
K  to spotkał choć raz czarnego kota
O  d razu myśli: mam kłopota!
T  edy spluwa szybko przez lewe ramię.
Y  ch!!! Pech! Splunął wprost w oko jakiejś damie!
TO  wyrok, klątwa, bo wpadł jej w oko! (Na szósty wers tu za wysoko).




 ***

-poKO TY TOmaszu
 co tam masz w kamaszu?
-Nie pokażę, bo nic nie mam!
-Dziura tylko, więc się nie łam,
dziura to jest nic!
  1. Dziurę mieć w skarpecie-
    za nią winię cię,
    ty paznokciu nieobcięty
    i jak pazur zawinięty!
    Koci pazurze!

    Teraz państwo wiecie
    czemu już na świecie
    nie ma żadnych kotów w butach,
    nie ma nawet ich w paputach!
    Wszystkie bose są!

    ........

    To oczywiście nieznana do dzisiaj dalsza część wierszyka Tuwima o kocie Tomaszu, w identycznym lubianym rytmie :)

    Miauczy kotek: miau!
    - Coś ty, kotku, miau?
    - Miałem ja miseczkę mleczka,
    Teraz pusta jest miseczka,
    A jeszcze bym chciał.

    Wzdycha kotek: o!
    - Co ci kotu, co?
    - Śniła mi się wielka rzeka,
    Wielka rzeka pełna mleka
    Aż po samo dno.

    Pisnął kotek: piii..
    - Pij, koteczku, pij !
    ..Skulił ogon, zmrużył ślipie,
    Śpi - i we śnie mleczko chlipie.
    Bo znów mu się śni.
  2.   I łamańce językowe:

 ***

  1. Pokotem leżą koty
    Potem im pocą się stopy.
    Po to te koty przedtem kopią
    By potem pachnieć potliwą wonią
    I gapiąc się kłapią w pyskach bronią. 
  2.  i medyczne diagnozy...
 ***
KOTYTOnia to choroba
na nią lekarstw każdych szkoda!
Nie wyleczysz się, przepadłeś
kiedy kotem ty zawładniesz!
(Wieeem, że tobą kot, niecnota!)
;)

Albowiem kot też ma miednicę.

sobota, 28 maja 2016

(211) Rozwodzę się! Werbalnie - na temat fauny i flory.

Dzisiaj druga wprawka przed kursem, który ruszy 1 czerwca. 


Można się jeszcze zapisać, ostatnia szansa!

Rozbujajmy zatem ponownie mięśnie Kogla mogla!

Ćwiczenie - rozgrzewka 0.3
Kot ministra jest…

Właśnie, jaki jest kot ministra? Wypisz 5-10 cech kota ministra. Uwaga, wszystkie muszą się zaczynać na literę W!

Następnie napisz krótki tekst (do 10 zdań) pt.: „Zwykły dzień kota ministra”.


    Zofia Nachojska cierpiała na zaawansowaną bakteriofobię, co znacznie utrudniało jej życie, także to zawodowe. Już sama myśl, że mogłaby dotknąć czegoś gołą ręką, czegoś, o zgrozo!, nieczystego, wielkiego i włochatego, indukowała u niej tak silny atak lękowy, że najchętniej weszłaby do lodówki i poddała się w niej hibernacji na osiem godzin dniówki. Pomyślała o tych wszystkich zakamarkach, gdzie TO może się kryć - wąsate, wynaturzone wypierdki wydry, albo woniejące kupki wągrzastego naskórka, które doprowadzały ją do palpitacji serca. Nie, tak nie można żyć, tak się nie da pracować, a przecież to Ministerstwo! 
     
     W gabinecie ministra to już  w ogóle stajnia Augiasza. Dobrze, że minister nie pozwala wchodzić do niego nikomu, nawet jej, bo marnie by się to dla nas obojga skończyło! Minister słynie ze swoich wstrętnych szwindli, w szufladach chowa pliki podrobionych dokumentów, sprowadza do pokoju panie z zaskakującymi wybrykami wenerycznymi, płaci im brudnymi pieniędzmi oraz, czyn haniebny, używa nieodpowiedniej wody toaletowej, która nawet nie udaje, że maskuje zapach jego wstrętnego potu. A wszystko to, po atomie, opada na podłogę, zostaje omotane woalką kurzu i uformowane w postać wielkiego kurzowego kota, który myśli powyższe, siedząc pod reprezentacyjnym biurkiem ministra. 
Kot zaciera swoje brudne nibyłapy, bo wie, że Zofia Nachojska nigdy tu nie wejdzie, a on będzie tu tkwił jak dzisiaj, tak jutro czy pojutrze i każdego następnego, zwykłego dnia; i będzie rósł i obrastał w nowe ingrediencje.

     I nie byłoby w tej historii nic dziwnego, gdyby nie to, że Zofia Nachojska jest ministerialną sprzątaczką...


Wokabularzyk:
włochaty, wielki, wągrzasty, woalka kurzu, wypierdek wydry, wąsaty, woniejący, wynaturzony, wybryki weneryczne, wstrętny


***

Ale co tam szczebel ministerialny.
My tu to dopiero mamy problemy!

     Od kilku dni w dziurkę w futrynie, w która zachodzą bolce przy zamykaniu balkonu wchodzi pszczoła. Pszczoła prędzej sama zaszła z trutniem i mości tam sobie gniazdo, gdyż jest to pszczoła murarka najpewniej, samotnica, a nie społecznica, dlatego się tak intymnie izoluje. Niemniej poszła na łatwiznę, wybierając sobie taki ładny, gotowy otwór. 

W związku z tym wprowadzamy pewne reguły postępowania, dla nas nowe i ożywcze.
Już od rana z pokoju chłopców dobiega gromki głos Mima:

- No chodźcie tu, pszczoła chce wlecieć, a balkon zamknięty! 

- Prosz - jako odźwierna sprawdzam się doskonale.

- O znowu włazi!

- Niech włazi.

- Ale młode się nam urodzą w drzwiach! - Mimem targa niezdecydowanie.

- No to zamknij drzwi.

- A jak zniosła już tam jajko?!

- To nie zamykaj.

- Ale jak nie zamknę, to wleci, naznosi i urodzi się cały rój!

- Zamknij więc.

- Wtedy będzie z żałości kołować przy otworze!

I tak w kółko, doprawdy nie wiem co z tym fantem. 


     Ponadto mamy problem z mrówkami. Tak znowu. Opisana >> TU historia ma swój ciąg dalszy Rodzina mrówek, które Mim dostał pod choinkę ma już od dawna swe maleńkie mogiłki, prócz królowej, która spoczęła w przejrzystym sarkofagu na drugim poziomie korytarzy i utknęła tam na dobre w pozie wielce dramatycznej. Odtąd formikarium nosiło przyjemną nazwę mauzoleum. Wczoraj mauzoleum zostało zasiedlone. W wielkim trudzie i znoju pozyskałam wprost z mrowiska furę mrówek model Formica rufa, znanych mi z pracy zarobkowej w zeszłym dziesięcioleciu i poprzednim wcieleniu, kiedy to wykonywałam dla nich interaktywna planszę. Mrówki rudnice są tak ogromne, że gdy wysypywałam zawartość słoika do mauzoleum - a słoik był zapełniony po dekiel - doznałam lekkiego urazu psychiki, gdyż okazało się, że pojemnik zasiedlało tylko pięć mrówek, za to gabarytów młodego chomika.
W mauzoleum szaleństwo! Pogo po ścianach, step i popping. Tumult, wrzask, i balanga do późnych godzin nocnych. A potem towarzystwo ucichło... 
     
     Rano wstajemy... 
Królowa leży na środku areny (arena to taki nazwijmy to umownie, leśno-ściółkowy wybieg poza oszklonym Kolumbarium), wyniesiona przez bandę pięciu ze swego M1 na poziomie drugim. Wygląda mizernie. Wysuszona, na pleckach, wygięta nieco w łuk, mina zgrzybiała, a trzy prawice teatralnie wyciągnięte ku niebiosom, drżące w podmuchu mojego oddechu. Oddechu wzburzonego i kołyszącego mą piersią do granic tsunami miseczki A. Ja się boję pomyśleć, co ta rozwydrzona chałastra bez własnej królowej matki mogła jej zrobić. I pytanie kardynalne - czy zauważyli, że nie nadaje się do celów reprodukcyjnych, choćby dlatego, że jest martwa?

Cisza dzwoniąca o szklane ściany kolumbarium wskazywała na to, że prócz ciała królowej nie ma tu nikogo. Zaiste! Opuściły swoje lokum klasy Michelin i dobrze rokujące krypty na rzecz niepewnej doli pośród ruchomych hałd kołder, samochodów resoraków i śmiercionośnym piłek, nie mówiąc już o odkurzaczu i detergentach. Wielka piątka przepadła! (Zanim odkryłam ten fakt, faktycznie coś mnie łaskotało pod sukienką).

     Dzisiaj nie pozostało mi więc nic innego jak pójść ponownie na safari. Mim zabrał osprzęt i poszliśmy na łów. Jakże było dziwnym oglądać nas kucających między parkowymi drzewami. Wyglądaliśmy zapewne jak ofiary kapusty kiszonej i kefiru. Ale udało się. Tym razem przytargaliśmy okazy wielkości noworodka kapibary. Mauzoleum znowu tętni życiem i wygląda jak sklepik spożywczy Azjaty. (Dziurka wentylacyjna została bezlitośnie zasklepiona plasteliną w kolorze ostrej żółtaczki).

Ha! Górny korytarz po prawej!

  Jakby tego było mało, na wczorajsze okrągłe urodziny Mim zażyczył sobie (wśród długiej listy mniej istotnych prezentów, jak piłka ręczną rozmiar 3 dla zawodowców o dłoniach jak patelnie, kolor paraliżująca zieleń) krwiożerczy dzbanecznik.

     Akurat trafiliśmy na promocję w markecie, więc porwałam donicę w objęcia i pognałam ku kasom. Ledwo weszłam do auta, dzbanecznik zwymiotował na mnie zawartością dzbanuszka. Pech chciał, że na gołą skórę. Oczami wyobraźni ujrzałam mą prawice obżartą do kości, więc, nie mając chusteczki, musiałam się poocierać o Małża. Wiecie, że coś jest na rzeczy, bo odbarwiła mu się koszulka? Teraz nosi na plecach godło - ale nie jestem pewna - Opla czy Zorro. 

    Dzbanecznik musiał zostać obfotografowany z profilu i en face, jak przystało na florystycznego Hannibala Lectera, po czym oddał się żywieniowej orgii. Jako, że w ogródku mamy właśnie nawał kwiecia, Mim z werwą i pietyzmem nowicjusza zapełniał dzbanki po te ich rozkoszne dekielki. W dzbankach znalazły się przedstawiciele krocionogów i dwuparców, błonkoskrzydłe i mrówki. Nie dowiemy się, czy dzbanek strawiłby dziecko winniczka oraz przedstawicielkę ssaków reprezentowaną przez smużkę (nie wiem jak Limka, mój słodki okruszek to robi). Jakie to szczęście, że smużkę wyniosłam na zewnątrz domu, a Mim po spektakularnym szlochu nad martwym ciałkiem, zapomniał o truchełku. Oceniając wielkość dzbana, smużka starczyłaby mu na jakieś dwa lata. Strasznie żarłoczny jest taki dzbanecznik.
Polowania nie było końca! Mim machał kawałkiem sfatygowanej i wątpliwej biologicznie tkaniny, która, tak myślałam, uprowadził z mopa, a  która okazała się wczorajszym tiszertem Mata. 

- Mimie, co robisz tej musze?

- Poluję na nią.

- Użyj packi, będziesz skuteczniejszy. 

- Daj spokój, ja chce ją tylko oszołomić.

- Ale celnym uderzeniem w podstawę czaszki czy zapachem?


sobota, 26 marca 2016

(205) Wielkanoc do góry nogami

     Nie wiem jak długo wytrzymają nasze drzwi. A już wyjątkowo martwię się o mleczne szyby, które tkwią (jeszcze) w każdych z nich i to w ilościach zmasowanych. Przerabialiśmy już sprawę w towarzystwie szklarza trzykrotnie, kiedy to Mat wybił kolanem pierwsza w łazience, a my przekonaliśmy się jaki mamy cenny sprzęt w domu. Potem poleciały szybki w szufladach trafione celnie piłeczką typu kauczuk. A potem wyleciał kauczuk. Bardzo zaprzyjaźniliśmy się wtedy ze szklarzem, mamy już zniżki. 
Szyby drżą w posadach od dwóch dni dopiero, świąteczna atmosfera wypycha je z ram. 

     Jesteśmy jedyną rodziną w promieniu tysiąca kilometrów, u których już był Zając. Mamy taką unikatową domową tradycję, że umawiamy się z nim tuż po Święconce, dzięki czemu całą sobotę mamy spokój z plączącymi się pod nogami dziećmi. A my, dorośli, możemy się oddać harcom i swawolom przy garach. Tiaaa.
Do sałatki wkroiłam pół palca, do ćwikły paznokcie, aż boję się tykać schabu. Biała się mrozi. Bezprocentowa, bo tylko kiełbasa. 




     O dziwo, tego roku nie ma śniegu na Wielkanoc. W związku z powyższym osiadłam na wywleczonym do ogródka krzesełku ogrodowym, by ochłonąć i przeprowadzić proces fotosyntezy, asymilacji i syntezy witaminy D. Płynąc na fali swojej karkołomnej biochemii wyprodukowałam sobie jeszcze pół litra kortyzolu przy pomocy Małża, po czym oddaliłam się w najdalszy kąt domu, by oddać się orgii z książką. Jak dom opustoszeje późną nocą, przygotuję stół. 

     Niestety, w tym roku moja psychiatryczna ciocia nie zaszczyci nas swoją osobą, ponieważ kategorycznie stwierdziła, że nie nadaje się już do towarzystwa, gdyż bolą ją zęby, które do jedzenia musi wyjmować hurtowo i kłaść na talerzyku. Kruczoczarna peruka nie daje się już rozczesać, a sztuczna gumowa pierś, przy obecnych uszczuplonych gabarytach właścicielki, wygląda, jakby zamieniła się w szkolny worek na kapcie, z tym, że bez kapci, za to z pokaźnym termoforem. 

     Odwiedzą nas za to znani Czytaczom inni krewni obarczeni chorobami od A jak afazja do Wu jak wylew. Może ja dojadę do Zet jak zgon.

     Mat osiągnął rozmiar buta 45, jedną dłonią obejmuje piłkę siatkową, a ja muszę prosić go o starcie kurzu na kuchennej szafce, bo nie chce mi się targać krzesła. Mat ukucnął i starł. Ma przerażająco duży zasięg kończyn. Potrafi bez wstawania sięgnąć przy stole po maselnicę leżącą na przeciwnym krańcu. A stół mamy sześcioosobowy. Cud, że mu się kończyny nie plączą, zadziwiające. 

     Mim jeszcze nie był w szkole od miesiąca. Nikt nie zadzwonił ze szkoły dowiedzieć się, czy żyje lub czy nie został wywieziony do Ameryki Południowej. a może dobija się do nas szkoła i opieka społeczna? Bo Mim się rozprężył wychowawczo i oświatowo. Boję się zajrzeć do e-dziennika... 


Kochani Czytacze, spędźcie te Święta tak, jak lubicie!
♥
Muah!



piątek, 18 marca 2016

(203) Strefa zgniotu

     Rok zaczął się spektakularnie. Przed oknem koło północy zamigotało, zawyło karnawałowo, a gdy dymy rac stały się przezierne, wyłonił się z nich przystojny Rosjanin w towarzystwie miłej brunetki i rosłego osiłka z walizeczką.

- Gdzie to niespełna 14-miesięczne dziecko? - zapytali trzaskając drzwiami karetki.

- YP! Nie mam! Przepraszam, nie mam już maleństwa! - mętne oko Rosjanina zawisło na mnie jak na matkobójczyni. - Ale mam 14-letniego dryblasa, może być? - zapytałam z nadzieją, że trójgłowy smok zadowoli się taką dziewicą.

- Może być - odparli zgodnie i dali się wciągnąć w kazamaty, gdzie dogorywał omdlały Mat błyskając białkiem i perlistym potem na czole.


***


- Mimie, dlaczego kulejesz?

- Nie kuleję, mamo.

- Przecież widzę wyraźnie, kuśtykasz jak ranny kuc. Okaż kopyto.
  YP! Masz całą siną nogę!

- Nie całą, tylko palce!

- I spuchnięte. Sine. Zimne jak trup. Nie bolą cię?

- Na razie nie , bo jestem wściekły. 

- Małżu! Tym razem musisz ty się pofatygować do szpitala, teraz dla odmiany na ortopedię. Nie patrz tak dziwnie. Opanuj brew. Tak, znowu.

- Co zrobił?

- ...

- Co zrobiłeś, Mimie?

- Kopnąłem z całej siły w ścianę, bo Mat mi zabrał piłkę.

- Nie ucelowałeś, lamo, a teraz zwalasz na mnie?!

- Mat, daj spokój, niedawno miałeś palec w szynie. Nie bij brata, bo się spocisz.


***


- Mimie, co Ty robisz? - pytam spokojnie, obserwując jak gmera patykiem w ręcznikach spoczywających na najwyższej półce szafy pod samym sklepieniem korytarza. Stojąc na krześle. I na poduszce ogrodowej. I na dwóch poduszkach zarekwirowanych z siedzisk krzeseł. Trzeciej z łóżka Mata. Czwartej ze swojego. Plus sztywną poducha z kanapy. - Mimie, dopiero opuściliśmy mury szpitalne, nie każ nam tam wracać. Co Ty robisz?! 

- Zawsze musisz chować tablet tak wysoko?!


***


    Uśmiecham się, bo dobrze ich tu mieć. Przypominam sobie strach, który teraz sublimuje w powietrze jak kulka suchych lodów. Na stole leży wypis ze szpitala. Szczęśliwym trafem nie oberwało nam się za mocno, a może po prostu tym razem chybiło. Medyczna lepka pajęczyna podejrzeń opadła na podłogę, po czym wylądowała w kuble przeszłości.

     Historia ma i dla mnie przyjemną konkluzję. Składam podanie o sanatorium :) Już jesienią 2017 będę łazić po plaży bez kwików młodzieży.




 ***

     Być matką wyłącznie osobników męskich nie jest kaszką na mleczku. Nawet zrobienie normalnego zdjęcia nie jest sprawą jednowarstwową. To pot i znój. Orka w kamieniołomie.


Mimie, uspokój się, stań w miejscu! Nie podryguj, nie rzucaj się w spazmach! No nie ruszaj się do pioruna! Stań, jak Mat! Choćby na sekundę!




Mat, teraz Ty?! Stań w końcu normalnie, jak Mim! Daj spokój z tym szarżującym tyranozaurem! Ile Ty masz lat?! No jak pragnę zdrowia, to tylko zdjęcie! Uspokój się!




Dobra, to teraz uśmiechnijcie się. Zróbcie przyjemny wyraz twarzy. Ostrzegam Was! Już się ściemnia, a ja tracę cierpliwość! Czy Wy możecie współpracować ze mną i nie robić tych kretyńskich min?!



Nareszcie! Nie można było tak od razu?






Moi Czytacze Kochani!
Mim był zachwycony Waszymi życzeniami ♥ 
Przetrwaliśmy dzięki Wam!

SERdeczne DZIĘKUJEMY!




sobota, 12 marca 2016

(202) Mim

     Bardzo ładny numer posta, od początku i od końca taki sam. Tytuł też. Łatwo się zagubić w środkowym zerze i wpaść w nim w cyrkulacje. Lubię liczby. Siedzę z nimi w wannie od miesiąca. 

     Przeliczam, od ilu dni jestem wdową. Na razie, co prawda, słomianą. Pierwszy raz w życiu obowiązki Małża zrobiły nam zsyłkową Kołymę. Planowałam przez ten miesiąc odpocząć, malować paznokcie na czekoladowo i zajmować się wyłącznie rozrywką, rzucić się w morze ludzi i płynąć sobie lekko rozkołysanym kajaczkiem w butelce z białym winem. Fale życia są jednak na tyle duże, że rzuciło mnie na statek widmo. Zahaczam szpilkami o deski na pokładzie i, przewieszona przez burtę, odczuwam mdłości. 

     Z Mimem od miesiąca kiepskawo. Napiszcie tu do niego parę słów, dobrze? Ucieszy się. Jeżeli przez weekend nie zdarzy się ekspresowy cud, to od poniedziałku idziemy do szpitala stawiać diagnozę z klocków. Co prawda ja trzymam się kurczowo dobrych myśli, ale wiecie jak to samemu na morzu...

Całuję
Monia






poniedziałek, 29 czerwca 2015

(180) Jak można zarabiać na dzieciach?

     Nareszcie wiem, po co dzieci zdobywają dobre stopnie na świadectwie! Nikt nie zgadnie! Dobre stopnie są potrzebne by ulżyć rodzicielom, zwłaszcza matce i babce w trywialnych, monotonnych czynnościach szarego życia domowego. Dobrymi stopniami bowiem nakręca się w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach, koniunkturę w sektorze AGD.

     Nareszcie jakiś pożytek z Mata, wyceniony przez dział obsługi klienta na 62 złote. I tu zadanie, żeby tryby nie zardzewiały: płacą tylko za szóstki i piątki (6zł kosztuje szóstka, 5 zł piątka, Mat ma 11 przedmiotów, dla ułatwienia dodam, że świadectwo ma nudne bo składające się wyłącznie z tych dwóch cyfr). Staliśmy się więc posiadaczami nowego żelazka z czerwonym kablem.

     Świadectwo opisowe Mima, jak wszystkich uczniów I-III, było warte tylko 20zł, czym wprowadza się w szeregi ludzkie veto dla równouprawnienia klas I-III i IV-VI. W przyszłym roku nasze szanse, jako rodziny, na wymianę sprzętu AGD rosną, gdyż Mat podejmuje naukę w gimnazjum (dochodzi kilka dodatkowych przedmiotów), a Mim kontynuuje karierę w szkole podstawowej, awansując do klasy czwartej, a więc świadectwa opisowe stały się u nas oficjalnie przeszłością. Jest cień nadziei, że może w końcu zaczną się uczyć, bo w tym roku szkolnym (zresztą w pięciu poprzednich latach również), nie widziałam Mata nad książką. Przysięgam! Mima widziałam tylko jak odrabiał zadania domowe. A jestem z nimi non stop.
     Jakiś czas temu widziałam w banku ofertę dla studentów, gdzie płacili za piątki na egzaminie. Prosz, jak ładnie progenitura mimochodem może dorabiać do budżetu.


Podczas, gdy Mat jest nieśmiały i nikomu nie chce wchodzić w paradę, to Mim nie zginie!

- Mimie, ty jesteś chyba z lekka uzależniony od komputera! - rzucam oskarżenie, widząc jak siedzi i łowi ryby w sieci.

- Ależ, skąd, mamo!

- No, ciekawe, czy wytrzymałbyś miesiąc bez patrzenia w ekran! Mogę się założyć o tysiąc, że nie! - i tu powinno mnie pokarać, albo przynajmniej cień przeczucia powinien kopnąć mnie w kostkę. Nigdy bowiem nie zakładałam się z nikim o pieniądze, a już z małoletnim w ogóle.

- A założysz się?! - Mim szczerzy się w uśmiechu. Drugie kopnięcie z pewnością przywiodło by mnie na właściwe dla matek tory, ale nie! Żyłka hazardzistki się naprężyła!

- Ha! No pewnie! Idę o zakład, że nie wytrzymasz nawet jednego dnia!

- Dobra! O tysiąc!

I moi drodzy Państwo, zdarzenie miało miejsce dnia 18 maja.


Pozwolił mi spłacać w ratach...

Dla ukojenia rozedrganych emocji - pole maków ręki Mima.
Przypuszczam, że każdy kwiat symbolizuje jedną transzę.

     A mogłam się tego spodziewać! W pierwszej klasie Mim przesiedział cierpliwie dzień lekcyjny pod ławką, gdyż odmówił współpracy, czując się niesprawiedliwie potraktowany przez nauczycielkę. I nie ma to znaczenia, że był jedynym członkiem strajku. Konsekwencja, upór i zawziętość to jego drugie imię. Wiecie, do jakich chwytów musi się posuwać matka, by mądrze wychować takie dziecko?! Z Matem nie miałam nigdy tylu zagwozdek wychowawczych! Mat urodził się już jako siwy mędrzec z brodą, od urodzenia rozwiązywaliśmy sobie jolki i gawędziliśmy o planetoidach. Mim - to dopiero wyzwanie! Myślę, że już za życia obwołają mnie świętą. Potrójną.

     W szkole robili sobie psychoanalityczną analizę SWOT w ramach zajęć psychologiczno-integracyjnych. Każdy każdemu pisał jego główną cechę charakteru, nadzwyczajne zdolności lub umiejętności:



A oto, co napisała Mimowi Jego Wychowawczyni:




a pod spodem psycholożka:

"Jesteś indywidualistą, któremu zależy na grupie (nawet, jeśli czasem trudno Ci się do tego przyznać). Jesteś wrażliwy i refleksyjny.

O, jest indywidualistą! Choćby teksty, jakie sadzi Mim nie należą do lekkich. Zadanie poniżej - napisz trzy zdania z wyrazami z "h". TRZY.




Cytuję, pisownia oryginalna:

     "Było Halloven, Hubert, Heniek i Honorata straszyli hipopotama Hipolita, ślimaka Huberta, kotkę Hannę, hałaśliwego juhasa Henryka, hamaską herbatę i psa Igora, który ciągle mówi hau, hau i handluje figurkami hipopotama i helikopterami, a w Hiszpanii nikogo nie było w hotelach i hucie, mieli to same marzenie, polecieć na Hawaje i znać cała historię świata, a hobby śpiewać hymn. Nagle pojawiły się dwie ch(m)óry - jedna w kształcie herbu, a druga haka. Niewielki halny zdmuchnął hiszpańskie marakasy i herbatę, a dzieci się przestraszyły, a obok pojawił się Grzegorz Hypki, ale nie zwróciły na niego uwagi, tylko szybko pobiegły do domu".


     Czuję, że w przyszłym roku kupimy sobie blender.