poniedziałek, 9 października 2017

(256) Bazanek i chochliki

     Nie, nie można być na świecie niczego pewną! Mówią, że pewne są tylko podatki i śmierć. To też nieprawda, choćby z powodu rozlicznych meandrów prawa finansowego, nie mówiąc już o postępach, jakie czyni medycyna i krioterapia.

     Swojego czasu wspominałam ----> tutaj, co się wyrabia w podziemiach empików. Wiecie teraz, że dzieją się tam rzeczy gorszące i zrywające bielmo z oczu od pierwszego wejrzenia. Już sama aparycja mieszkańców kazamatów jest wielce odrażająca, a jeśli dodać do tego ich grubiańskie i wulgarne zachowanie, to daje poniekąd pełen obraz ich zerowych kompetencji i ponadprzeciętny poziom kunsztu we wszelkich możliwych psotach, psujstwach i psikusach wszelkiej maści. Tak, to one - chochliki drukarsko-księgarskie. Stwory zasiedlające wszystkie struktury rynku wydawniczego, począwszy od zacisza pokoju pisarza, a kończąc na księgarniach.
   
     Wszystko zaczyna się już u autora. To tu chochliki składają jajka. Rozmnażają się przez dzieworództwo jajeczne, a jako, ze w warunkach naturalnych występują one w płci nijakiej, zbliżonej fenotypowo do ludzkiej męskiej, więc proces ten zwany jest prawicorództwem (od słowa prawiczek). Istnieją co prawda przekazy, że widziano osobniki żeńskie tego gatunku, ale to pogłoski, mające siać ferment w świecie chochlików i podburzać ich do migracji konnych w celach towarzyskich oraz do nadużywania urlopów macierzyńskich. Ab ovo. Wracajmy do jaj. Jaja inkubują się w cieplarnianych warunkach pisarzy. Zazwyczaj jest to pokój odosobniony, po którym przechadzają się wolnym, chybotliwym krokiem nieśmiałe kosarze, bo zakaz wstępu ma tu wszystko, co porywa notatki w przestrzeń, z odkurzaczem i świeżym powietrzem w postaci przeciągów włącznie. Procesy myślowe pisarza rozgrzewają powietrze do 21C, wilgotność z racji wydzielania siódmych potów i toczenia łez niemocy twórczej, sięga punktu rosy. W takich warunkach klują się pierwsze chochliki.

    Jaja, wiadomo, są zielone. Ale tylko w środku, bo z zewnątrz pokryte są lustrem fenickim, żeby nie było ich widać. Czasem tylko słychać jakieś niezdefiniowane trzaski podczas wylęgu, albo snuje się po kątach zapach o niewytłumaczalnej etiologii. Proces inkubacji trwa około trzech miesięcy. Już od chwili wyklucia chochliki nie grzeszą urodą, a do tego są ślamazarne i leniwe, często więc spędzają jeszce jakiś czas w skorupach. Większość ich późniejszych wybryków nie wypływa z jasności umysłu i inteligencji, ale właśnie z wrodzonej gułowatości i lenistwa. Czasem także z powodu uwarunkowanych genetycznie cech, jak daltonizm i czysta złośliwość. W ich żyłach nie płynie krew tylko atrament z jadem. W połączeniu z powietrzem i celulozą tworzą niezwykle kleksogenny  i wypalający związek dihumorku menelu.

     Chochliki podlegają brawurowym procesom ontogenezy, prowadzącym wprost do zaskakującego poziomu ewolucji tego gatunku. W obecnych czasach potrafią już prawie wszystko. Począwszy od wywracania i znikania plików, zamiany kolejności rozdziałów, zawieszek dysków twardych na podchwytliwych pod żebro hakach lub wręcz inaktywacji i wyrywaniu całych płyt głównych i brukowaniu sobie nimi trotuarów w kazamatach księgarń (do księgarń przenoszą się drogą pośrednią przez wydawnictwa z chwilą osiągnięcia dojrzałości płciowej tylko po to, by zasiedlić tam nowe woluminy, z którymi trafiają do kolejnych domostw. Jeśli trafią na pisarza - proces zatacza koło).

    To właśnie przytrafiło się Bazankowi! Już, już miał wystawić głowę na świat w Krakowie, już była znana data narodzin, gdy tymczasem złośliwe chochliki namieszały tak w jego akcie urodzenia, że przeniosły poród na przyszły rok, postanawiając, że jednak urodzi się w Poznaniu. No i dobrze, bo tutaj w końcu mieszka. Co więcej - chochliki pomieszały też w fizjonomii książki, ale miejmy nadzieję, że okładka, ajko się rzekło, będzie niebieska.:)


Dla osłody domek, w którym mieszkają Bazankowie podebrany z ----> bloga Newy:



Jednakże nie macie co patrzeć w okna willi, bo w tym momencie Bazanków w niej nie ma. Zwykle mieszkają na pierwszym piętrze, tam, gdzie widzicie balkon, ale właśnie teraz włóczą się z mieszkanką poddasza po Muzeum Archeologicznym, więc podaję fragmencik rozdziału, cytuję tytuł:


w którym gubimy się w korytarzach Muzeum Archeologicznego, zwojach mumii i własnych domysłach oraz dowiadujemy się, że w pomieszczeniach służbowych jest najciekawiej.

(...)

– Chodź tędy – zakomenderował Emil i pociągnął brata za rękę. Sam nie wiedział dokąd go właściwie prowadzi, bo stracił zupełnie orientację w topografii muzealnych sal. Błąkali się, bezowocnie usiłując znaleźć wyjście już nie tyle z sytuacji, ale chociaż z plątaniny pomieszczeń ekspozycyjnych, korytarzy i schodów. Nie pamiętali już skąd przyszli, ale błądzenie po muzeum było bardzo zabawne. Rozradowani weszli do małego pokoju na końcu korytarza, jedynego, które miało drzwi. Skoro były tam drzwi, więc zamknęli je za sobą. Żaden z nich nie zauważył widniejącej na nich małej tabliczki z napisem “Zakaz wstępu. Pomieszczenie służbowe”. Naprzeciw wejścia rozpościerało się duże okno, na które wpadały właśnie gnane wiatrem pierwsze, ciężkie krople deszczu, rozbijając się o szybę z głuchym plaśnięciem. W środku nie było zbyt dużo sprzętów. Wzdłuż przeciwległych bocznych ścian stały wysokie regały w ciepłym kolorze wiśniowego drewna, wypełnione jednakowymi, szarymi kartonami, skrupulatnie opisanymi z frontu równym, kaligraficznym pismem. Środek pomieszczenia zajęty był przez duży, trochę dziwaczny stół, bo pozbawiony blatu. Zamiast niego była metalowa, ogromna taca z wywiniętymi na zewnątrz rantami, tworząc coś na kształt dużej, płytkiej miski. Na misce leżało coś, co przykryte było białym obrusem, tworząc pod nim szereg wybrzuszeń przypominający pasmo Beskidu Sądeckiego. Bazanek zobaczył, że za regałem, tuż przy oknie, były uchylone drzwi, prowadzące do małego kantorka. Ktoś tam był. Słychać było jakieś westchnienia, mamrotanie, a po chwili odezwał się męski niski głos:

Niechaj me zmysły płoną w zachwycie
nad pięknem twoich oczu!
Chociaż ich nie ma, uciekło życie,
nie ma też w tobie moczu.


Bracia odskoczyli w tył, by ukryć się za regałem, bowiem coś szurnęło jak szura odsuwane krzesło i usłyszeli zbliżające się kroki. Nad białym całunem spoczywającym na specyficznym stole pojawił się osobnik płci męskiej w kitlu i maseczce chirurgicznej na twarzy, zza której wystawał fragmentarycznie bujny zarost. Maseczka poruszała się w rytm jego oddechu, tworząc na przemian wybrzuszenie i wklęśnięcie w miejscu, gdzie powinny tkwić usta osobnika. W jednej ręce trzymał kojarzące się bardzo nieprzyjemnie narzędzie, przypominające skrzyżowanie obcęgów i nożyczek, a w drugiej wacik na długim patyczku, jakby miał zamiar czyścić ucho słoniowi. Podniósł płachtę skrywającą wyniosłości spoczywające na stołowej tacy, odsłaniając coś, co na pierwszy rzut oka przypominało wielka rolkę krzywo nawiniętego papieru toaletowego. Pochylił się nad nią i pociągnął energicznie za końcówkę rolki, wprawiając ją w ruch wirowy, inicjując pociągnięciem stopniowe wyłonienie się zawartości zawiniątka. W tym momencie Bazanka ogarnęło dziwne przeświadczenie, że skądś zna tego człowieka i że chyba domyśla się co skrywają zwoje. Zrobiło mu się podwójnie nieprzyjemnie, bo zobaczył, że jego przypuszczenia nie odbiegały od prawdy – na stole spoczywał fragment ludzkiego ciała. Dokładnie górny. Mężczyzna pochylał się nad nim i wrażał mu w oczodół wacik do pobierania wymazów, rozszerzając otwór swoim makabrycznym przyrządem, co doprowadziło Bazanka na granice szaleństwa i z powrotem. Za to Jonasz zaczął się szamotać i wyrywać, pokazując na migi, że koniecznie musi zajrzeć do czaszki mumii. Mężczyznę zafrapowały podejrzane szelesty dochodzące zza regału z archeologicznymi eksponatami. Przerwał swoje czynności dokonywane nad ludzkimi szczątkami sprzed czterdziestu wieków z hakiem, podniósł powoli wzrok i skierował go bezbłędnie na źródło dźwięków. Bazankowie struchleli z dwóch powodów. Pierwszym było to, że mężczyzna flegmatycznie sięgnął do kieszeni kitla i wyjął stamtąd ludzką, wysuszoną dłoń o skórze pomarszczonej i czarnej jak smoła oraz krogulczo zagiętych palcach, którymi z rozmysłem, ku zgrozie Bazanków, podrapał się po głowie. Drugim było to, że Emil przypomniał sobie skąd zna tego człowieka. O, zgrozo! To był ........ (tu wykropkowuję hehehe, żebyście nie wiedzieli, Skorpioczytacze!)

– Wśliznęliście się tu jak węgorze… – wycedził powoli – nie zdrętwiały wam karki? – jego głos zabrzmiał złowrogo na tle błyskawicy, która przeszyła niebo, rozświetlając łuną tę mrożąca krew w żyłach scenę. Chwilę potem powietrze przeszył trzask pioruna. Bracia B. wybiegli przerażeni z pokoju.




poniedziałek, 18 września 2017

(255) Zaraz wiosna!

     Juhu! A wiecie, że jeszcze trzy miesiące i dzień zacznie się wydłużać? I to ekspresowo! My już szybko odfajkowaliśmy pierwsze jesienne przeziębienia, a może i zaraz zrobimy Wigilię łączoną z Sylwestrem, żeby już mieć to za sobą i uniknąć tłumów w aptekach i sklepach, no i wyłącznie dla nas pozostanie czyste cieszenie się czekaniem na wiosnę. Calusieńkie dla nas, nietknięte brudnym zębem czasu i nierozprute wskazówkami zegara. Że też na to nie wpadłam wcześniej! Wszyscy będą biegać, uwijać się jak w ukropie z zakupami, prezentami dwunastoma daniami, a my spuścimy ze smyczy nasze życie, które położy się pod drzewem i wywalając mokry różowy jęzor będzie czekać na fiołki, upał i cień rzucany przez zielone listowie. Będziemy je klepać po brzuchu, a czekanie umilimy sobie od niechcenia szkołą, ale nieprzesadnie, herbatą z cytryną, będą koledzy, tenis i łucznictwo, a ja jednym okiem będę spozierać na to miłe bractwo, a drugim łypać w swoje litery i pasać teraźniejszość, aż nabierze wagi i kolorów.
      A gdy dzień nareszcie zacznie się wydłużać jak paznokieć, niezauważenie, z zawrotną prędkością mikrona na godzinę, nasze życie ruszy się spod lipy, otrzepie się radośnie, podskoczy może nawet, ale my będziemy się już trzymać krzepko w siodle, jak rasowi kowboje, którzy mogą z podniesionym czołem zniknąć w malinowej salaterce zachodzącego słońca.

     Po tym nader optymistycznym wtręcie, mam dla Was wieść cuchnącą odorem tragedii. Otóż nie mogę umyć okien. I nawet już nie z powodu wrodzonego lenistwa. Na parapecie łazienkowego okna siedzi bowiem bydlę. Wielkie, spasione i włochate. Stoi, macha halabardą i mówi - dalsze nielzja! Skandal. Wlepia we mnie te czarne niewinne oczęta i halabardą dłubie sobie w zębie, w którym utknęła czaszka ofiary. Nawet nienadgryziona. Spluwa kością udową jakiegoś nieszczęśnika, który kiedyś coś tam chciał zmajstrować przy oknie, ale już nawet najstarsi mieszkańcy domu nie pamiętają co to było... (halo, mamo! ....mamo!..... MAMO??)
- Czego? - pada z góry.
- Dzień dobry - poprawiam chusteczkę pod brodą i wycieram ręce w granatowy kitel z drelichu. Wbijam wzrok w swoje stopy ozute w obuwie marki ortopedki, w których macham swobodnie odkrytymi paluchami pod wielką kokardką - ja tu tylko sprzątam, czy można?
- Nie teraz! Nie widzi, że hamakuję?
- No... widzę, ale to chyba nie takie pilne? Może pan przesunąć nogę? Chociaż machnę tu szmatą, co? - zerkam na jego długie kończyny całkowicie pokryte bujnym owłosieniem. Brunet niefarbowany, myślę. Faceci się nie depilują, no ale, żeby włosy na stopach również? Hm. Może wtedy się cicho stąpa, albo nie trzeba już używać skarpetek - myślę sobie - albo nawet na butach przyoszczędzić. I już wiem, że sama zapuszczę włosy na stopach.
- Jak nie pilne? Bardzo pilne! Niech przyjdzie później!
- Yyy, jest 23.07, to kiedy?
- A nie wiem, później niech spróbuje. Koło niedzieli pewnie.
- W niedziele to ja mam wolne - próbuję wypertraktować jeden dzień wolnego.
- A kto latał w zeszłą niedzielę na miotle i omiatał pajęczyny, hę?
- No tak. Człowiek wyrywny, zamiast siedzieć i nakładać maseczkę na twarz, ma jakieś dziwne fantazje na temat porządku.
- No właśnie, to niezbyt normalne.
- Nie? Jak zaniecham, będzie tu śmietnik, muchy będą latać... - krzywię usta, jeden kącik spada mi na brodę.
- Przepraszam, a gdzie ja jestem?! - włochaty wstaje z hamaka i rozgląda się rozpaczliwie na boki- miałem wszelkie podstawy by tak mniemać!
- Yyy, muszę niestety zniweczyć pańskie nadzieje. Chociaż niedużo mi już brakuje, serio. Jeszcze ciut i czuję, że już osiągnę ten stan.
- Brawo, kobieto. Oby tak dalej. Chociaż, jak cię oglądałem w niedzielę, na czworakach, z wypiętymi we mnie pośladkami, to zwątpiłem już w ludzkość.
- Dziękuję. Dlatego pana nie zabiłam.

No i widzicie, nie mogę umyć tego okna, bo on tam ciągle siedzi i siedzi. I czeka na muchy. Na razie chyba żyje miłością i rosą z pajęczyny.

A my czekamy na wiosnę!




czwartek, 14 września 2017

(244) Huragan Irma

     Siedzę w cieple, silnik autobusu linii 74 mruczy cichutko i wibruje pod siedzeniem potrząsając lekko moimi udami. Wszystkie siedzenia puste, jestem sama. Patrzę przez okno i widzę, jak Irma biegnie chodnikiem, wiruje obłędnie połami beżowego swetra i z łopotem akrylowych skrzydeł dopada do drzwi, zagarniając do środka mikrotornada pierwszych suchych skórek liści. Osiada miękko dwa miejsca przede mną, wyciągając przed siebie zgrabne, bose nogi oprawione w ludzką, nieco garbowaną skórę. Opiera czoło o szybę i widzę jak wychodzi z niego rządek maleńkich przezroczystych Celsjuszy, którzy wbiegając w zimną taflę, przeliczają słupki rtęci w swych kajecikach i tworzą rozlewającą się plamę ciepła. Irma zdmuchuje pył z rękawa, patrząc gdzieś ponad moją głową szmatkami mokrego nieba. Nagły podmuch wzbija mi w powietrze włosy jak stado wróbli, ale przywiązane za nóżki do cebulek, szybko opadają z powrotem na oczy słodkim ćwierkoblondem.
 
     Na każdym skrzyżowaniu Irma zamyka oczy i porusza palcami pukając magnolią w okno. Srebro spada do jej krtani otulając struny cienką warstwą oksydowanej chrypki. Odchrząkuje, a za oknem błysk kroi niebo w grube plastry, które spadają z łoskotem jak kości domina. Pierwsze krople spuszczone ze smyczy wybiegają z nieba Irmy wprost na jej skrzydła. Pióra furkoczą w ulewie jak husarskie, podnoszę szybko to, które wypadło na brudną podłogę i chowam pospiesznie do torebki. Miasto tasuje się na zewnątrz, dachy uchylają kapelusza, a świerki chyboczą kryzami w takt melodii sączącej się z brzucha Irmy. Parapam pam pam rapapam...  Wijemy się serpentynami zakrętasów jego wnętrza godzinę albo rok, a Irma skrapla się na szybie, ciągle nieświadoma mojej obecności. Miasto z piskiem hamulców rodzi nas na pętli Mobiusa. Koniec drogi. Irma wypada na zewnątrz, podrywając z ziemi starą gazetę i okiem cyklonu rzuca na kierowcę. Podmuch porywa jego czapkę, więc biegnie za nią jak gnany wiatrem, zupełnie nie wiadomo po co, bo po co mu stara czapka, pal ją licho.

     Irma idzie po chodniku i stawia stopy równo, w jednej linii, jakby balansowała na skraju wszystkiego co niesie na plecach. Zostawia mokre ślady i znika w maleńkiej uliczce ukrytej w ramionach flory, rozglądając się na boki, czy aby nikt jej nie śledzi. Znika w zamszowym rękawie. Przemykam niepostrzeżenie i chowam się za jej cień. Z jednej strony szpaleru młode jarzębiny drżą wabiąc dojrzałością koralowych ust i chowając je za pierzastymi wachlarzami, a z drugiej równy szereg klonów w wysokich kepi zmienia zieleń dolarów w złocisze i płaci jarzębinie rzucając jej do stóp drobniaki. Panny pochylają się, szurając sukniami o chodnik, a Irma rozpościera ręce na cała szerokość szpaleru i idzie, muskając ściany zieleni, które z szelestem uginają się pod jej smukłymi dłońmi. Zatrzymuje się i rozgląda na boki, po czym nabiera powietrza i niespodziewanie spluwa na śnieguliczki. Białe kulki kiwają się na boki, uchyliwszy się przed porcją śliny. Irma ociera łzy skrzydłem, układa język w rurkę i spluwa ponownie. Trójka. Napiera powietrza i wypluwa pocisk ponownie z odgłosem, jaki wydobywa z siebie karabinek pneumatyczny. Szóstka. Wdech, rurka, splunięcie, osiem. Z uśmiechem spluwa dalej - dziewięć. Dziesięć! Dziesięć! Dziesięć! Mistrzostwo świata, medal i śmiech spada gradem śnieguliczek. A Irma idzie dalej, potem biegnie i śmiejąc się, ociera błękit szmatką nieba i rzuca się na wiatr słowami prosto z mostu.

     Podchodzę do niej, wyjmuję z torebki pióro i wbijam w serce Irmy. Potem zdejmuję niebieską szmatkę z jej oczu i oglądam pod światło. Nie widzę tam ani furii, ani złości huraganu. Szmatka jest mokra od rozpaczy. Wykręcam jej ręce, wkładam do kieszeni i idę ściąć włosy. 


piątek, 8 września 2017

(243) Doba

      Ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano jest dziewicze, niesplątane przecinającymi się trajektoriami kroków, wolne od zderzeń cząstek masy, części ciał i plątaniny myśli. Powietrze jest jeszcze klarowne, bo wolne od piekących oczy dymków wypowiedzi.

Ranek sunie gładko łódeczkami godzin i wpływa w popołudnie, które, gęstsze od ranka, staje się brzemienne pęczniejącym pod sercem wieczorem.

     Kiedy wieczór dojrzeje, nabrzmiewa, a wtedy pęka przezroczysta błonka oddzielająca go od dnia. Wieczór rodzi się w ciszy, samotnie, gdzieś wysoko, oblewa świat skondensowaną czernią kosmosu i zaskakuje wrodzoną zdolnością przekształcania rzeczywistości. Stopniowo opadając na wszystko, rozmywa kształty, powoli i skutecznie rozpuszcza kreskę konturów, przez którą wylewa się podstawowa zawartość rzeczy i zdarzeń. Ich skrywane głęboko prawdziwe znaczenia uwalniają się i mieszają ze sobą, a łącząc się w sposób przypadkowy, nabierają nowych nieokreślonych jeszcze cech, które trzeba na nowo nazwać. W ciemności, po cichu, ich uwolnione wnętrza spotykają się, dotykając się najpierw nieśmiało, później coraz odważniej, przenikają się w różnych pozach i konfiguracjach, tworząc hybrydy życia. Ewolucja. Wieczór wlewa się w noc.

     Jestem Królową Nocy. Mam nad nią władzę. wydobywam z jej Enigmy sens złożonych struktur, ekstrahuję esencję z jestestw. Godzinami trawię gęstość ciała doskonale czarnego. Rozcieńczam, rozplątuję, wysnuwam z niego czarną nitkę i plotąc z niej pojedyncze litery tkam z nich wersy zdań, by wszystko stało się czytelne, gdy noc umrze o poranku. W moim okrągłym brzuchu nad kielichem ud następuje inwolucja minionych zdarzeń. Rodzę każdy ranek w bólu, krzyżuję na kolejnych kartkach ramiona gwiazd zarannych.

     A rankiem znowu wszystko leży równo poskładane w kostkę brukową, myśli uczesane w koński ogon posłusznie ciągną dorożki. Lusterkom kałuż odbija się niebo po upojnej nocy. Oddycha się na przestrzał, poruszając firankami, a kryształ powietrza dźwięczy czysto sercem dzwonu. Życie staje się pozornie prostsze, a przynajmniej rzadsze i nie zalepia porów skóry. Ranek odradza się lekkością bytu. 

     ...ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano znowu jest dziewicze...

     Dowodem na to, że to nie był sen, jesteś Ty, który właśnie nawijasz na własne uzwojenie ten upleciony ciąg liter moczących swe ogonki w kałamarzu czarnej dziury.





***

     No. To wiecie, Skorpiofani, co robię w nocy. Rok szkolny zaczął się kompletnie znienacka, zegarki zwariowały, dzwonią jak opętane w środku nocy, a ja martwą unoszę powiekę i z drżącą reanimuję kwiat młodzieży. Potem robię sobie dożylnie zastrzyk z kofeiny i bułeczki cynamonowej i w końcu budzę się. Nie wiem bowiem, czy wiecie, że ktoś u nas zamieszkał? Zauważyłam ją jakiś czas temu. Widzę tę postać, jak błyska siwizną za oknem, kiedy jest jeszcze ciemno i okna patrzą ciągle odbiciami do wewnątrz. Kłaniamy się sobie nieznacznie, uchylając lekko wydumane panamy zwieszające się jak nawis inflacyjny nad skrzydełkiem brwi. Chodzimy razem do łazienki, widzę ją jak się kąpie w mojej obecności, nie mając za grosz wstydu. Zauważyłam, że ze skroni spływają jej pierwsze siwe pasma dróżek mlecznych, a wokół oczu ma drobne zmarszczki. Skądś przecież znam ten odcień błękitu. Przecieram zaparowane lustro, a ona stoi przede mną naga. Mówię dzień dobry, również bezwstydnie przechylam na bok głowę, ona wykonuje taki sam grymas ust i spod przymkniętych powiek wypuszcza stado koników morskich. Przeciera ręką lustro by płynnym ruchem dłoni z powrotem nałożyć warstwę pary na zimna taflę. Dobrana z nas para. Trio właściwie. Cień, odbicie i ja. 

     A Wy jak tam żyjecie w tym deszczu i zgniliźnie jesiennej, która tak słodko chwyta zimnymi palcami za kostki i wyrywa nogi spod kołder już gdzieś w rejonie krzyża? 

    

środa, 23 sierpnia 2017

(242) Survival

     Kolej rzeczy jest taka, że prędzej czy później będziemy musieli opuścić Skorpionland i udać się z tobołkiem w nieznane, jak bracia z rosyjskiej baśni, albowiem ostrze miecza Damoklesa, po przecięciu naszych dróg, spadnie i ze świstem przetnie dom na połowy. W zasadzie robi się z tego bajka o księżniczce i połowie królestwa. Rykoszet przewidziany i spodziewany od dawna. Chociaż pewnie, zanim to nastąpi, sporo wody upłynie w rurociągu, albowiem najpierw trzeba napaść na bogatego kupca, potem otumanić go i zrolowanego w perski dywan skutecznie hołubić, by zapałał żądzą do Skorpionlandu na tyle, by go posiąść. Bez uczucia się nie da.

   Właśnie z uwagi na powyższe zmuszona jestem wziąć pod uwagę zmianę biotopu i dlatego brawurowo bierzemy (z królewiczami) pod uwagę kilka wariantów siedliskowych. W ramach przyzwyczajania się do jednego typu z nich, wyjechaliśmy na skraj globusa, do zwieszającej się w niezgłębione odmęty wszechświata leśniczówki i zaanektowaliśmy ją z intensywnością kolonii pleśni. Moje miejskie dzieci, odłączone od aparatury podtrzymującej życie wirtualne, o dziwo przeżyły, co więcej - wykazały progres w zakresie aktywności, hodowane na prawdziwych pomidorach i wiejskim chlebie.
(muszę tu przerwać opowieść i zjeść śledzia, wybaczcie, walczę z tym od dziesięciu minut, ale przegrywam)

....

....

o matko...

.....

omniomniom...


Wybaszsie, że wasz ne poszesztuje, ae przesz czekłe kyształy sze ne da.


boszeeee

.....

(słoik smażonych śledzi w zalewie octowej i pół kubełka siekanki śledziowej w koperku z doprawdy śmiesznym napisem "opakowanie rodzinne" później):

      Droga do lasu. Mat, leży w trawie i fotografuje (natchniony). A leży, bo trawa w obiektywie wydaje się tak wysoka, że w niej toniemy.
- Wiesz, mamo, mógłbym mieszkać w ciemnej głuszy, nie straszne mi wilki, burze, chwilowy brak zasięgu, a nawet permanentny brak MPK. Tu jest bosko - mogę chodzić do szklarni polować na pomidory i przynosić ci naręcza świeżej bazylii z ogródka ziołowego. Pod warunkiem, że wskażesz mi palcem, które to bazylia. (Żebym to ja wiedziała synu, zawsze poluję na to w sklepie i widzę już odcięte od przyrody i starte na proch).



     Droga z lasu. Progenitura w podskokach szybko opuszcza knieje i wypada na skąpaną w sierpniowym świetle ścieżkę:
- O, nie, tu są kleszcze! Dlaczego kleszcze są tak małe, że ledwo je można zobaczyć? Powinny być wielkości szopa pracza - głos Mata już zniknął w leśniczówce, podczas gdy ja wychodziłam dopiero z lasu.

      Tak więc nie wiem co teraz z naszym nowym podmiejskim domem. Chyba popracujemy nad związkiem z przyrodą - jego trwałością, elastycznością i no... może najpierw w ogóle nad tym, by go jakoś na początek chociaż zadzierzgnąć na tyle, żeby nie zejść na zawał przy spotkaniu z sarenką.




     Powiem Wam na ucho, że w tej właśnie leśniczówce będzie się toczyła akcja Bazanka II. Najpierw jednak przeczytajcie jedynkę! Jeszcze tylko miesiąc do premiery :)

     A teraz pozwólcie, że się oddalę. Idę zjeść ogórki konserwowe od Izabelki. O ile w ogóle otworzę słoik. Jezu, jak odkręcam słoik od Izabelki, to mi serce pęka z wysiłku i fantazjuję o nożycach do cięcia karoserii.

środa, 2 sierpnia 2017

(241) Trzeba Ż czyli Skorpion odkrywa karty

Priwiet riebjata, że tak zagaję z francuska!

     Szalenie podoba mi się reklama pewnego płynu bogów, która nakłania do tego, by Ż, bo jest już później niż myślimy, a żona bez Ż to tylko ona. Ach, ekwilibrystyka słowna, tak prosta, a jakże fascynująca! I ja, wyobraźcie sobie, powinnam opływać w dostatek i złocistą ciecz (nono!) począwszy od dzisiaj, aż po kres dni moich, albowiem wyłapałam i bezbłędnie wypełniłam ten przekaz niemal podprogowy w stu procentach, stając się tym samym znakomitym targetem dla owej kompanii, zwłaszcza podczas piekielnych upałów. Kompanię tę, gdyby nie mur i roślinność wysokopienna, nieomal widzę z okna, więc winszowałabym sobie, by w nieodległej przyszłości kompania rozpieszczała mnie dostawą ciągłą czasowo. I to nie kroplówką, ale - powiem posługując się językiem z wyżyn marketingu, że coś jak door to door. Ż nie umierać, co?

     I ja właśnie już jakiś czas temu postanowiłam Ż. Pełną piersią, a nawet dwoma, którymi w końcu mogę nabrać powietrza tak głęboko, że falują mi troczki w szortach i falbany pod nimi.

     Oto biorę moje Ż we własne ręce. Obracam w dłoni i patrzę że, kurczę, tu się wyklepie, tu podmaluje, tu polakieruje i będzie jeszcze prawie jak nówka! Jako Żona zabieram więc całe swoje Ż i zostawiam tylko oną. I pewnie w tym momencie skórę potylicy drąży Wam myśl jak świerzbowiec i nie wiecie, czy się podrapać, czy od razu walić młotkiem. Podrapcie się ze spokojem, przygładźcie przedziałki, bo i tak wieść ta Was ogłuszy. Czy to oznacza to, co myślicie? Tak. Wystąpiłam o rozwód. Nie da się dłużej grać wyłącznie niebieskimi kartami. Ktoś musi powiedzieć: atu!

A to jeszcze nie koniec rewelacji!

     Najpierw jednak pozwólcie, że skondensuję tę moją drogę po kocich łbach do wielkości stwierdzenia, że warto było po nich jechać, choćby po to, żeby po 20 latach wrócić do siebie, tej prawdziwej. Błysnę zatem diamentową myślą, która krystalizowała się w warunkach podwyższonej temperatury i ponadnormatywnie wysokiego ciśnienia przez tyle lat, a zmieniła się w brylant kiedy to odpoczywałam sobie na ganku i patrząc w niebo słuchałam bicia własnego serca. Zadałam sobie tylko jedno pytanie: Skorpionie, czy chcesz się zestarzeć z tym człowiekiem? W tym momencie świat z wielkim zgrzytem giętych w swym jądrze blach z niklu i żelaza stanął w miejscu, bo odpowiedź była jednoznaczna: NIE. Świat z ulgą odetchnął wiatrem i poturlał się dalej.

     A mówię o tym wszystkim nie bez celu. Otóż okazuje się, że jestem tą osobą, dzięki której będziecie mogli zrealizować swą fantazję, by móc demotywator wcielić w czyn, zwłaszcza, że bardzo pomaga w tym wujek Alzheimer. Wejdziecie do księgarni i bez pardonu zapytacie o niebieską książkę. Człowiek nigdy nie wie kiedy, co i kogo spotka, prawda?



A skoro spotyka się Newę, która po mistrzowsku włada niebową kredką, zakochuje się bez pamięci, to nie mogło być inaczej!


Tadaaam!


Przedstawiam Wam nasze dziecko, które już we wrześniu ukaże się w księgarniach całego kraju nakładem wydawnictwa Akapit Press, czyli wydawnictwa, w którym rodzi się dla świata Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz. Należy kliknąć Bazanka w pępek, by przenieść się w nieodległą co prawda, ale jednak - przyszłość.




Kłaniamy się nisko! 

ilustracje:
Ewa Newska czyli -------> Newa!


tekst:
Monika Krauze, choć jeszcze Dyrlica, czyli ja - Skorpion pandeMonia
(co bardziej spostrzegawczy zauważyli pewnie zmianę szyldu w prawym górnym rogu. Wraz ze zmianą nazwiska zmieniło się logo firmy i sukcesywnie zmieniać się będą dekoracje na stronie -----> USŁUG LITERACKICH, także na fb. Jeśli komuś się zachce opowiadania dla połowicy, bajki dla wnuka sąsiadki, biografii albo innych wiązanek słownych, zapraszam :) ).



     Tym, którzy będą tęsknić do Dyrlicy, przypominam, że ciągle w księgarniach jest dostępna książka, którą popełniłyśmy z Kaczką, wygrywając w cuglach konkurs na dokończenie powieści Leopolda Tyrmanda. Tym, którzy boją się powieści historycznych powiem, że ani Kaczka, ani tym bardziej ja nie znamy się na historii. Tak więc wszystkie fakty zostały wyssane z wydatnej piersi weny.



    To może teraz wyartykułuję podziękowania, a kiedy książka się ukaże, po prostu je skopiuję, co? :)

Bardzo dziękuję tym, którzy pomagali mi zawodowo i prywatnie, wiele Wam zawdzięczam: przetwory w słojach, miody, imbir, sery, książki, rysunki, maile, prawdziwe listy, porady wszelkiej maści, liczenie cyfr w słupku, mądre rozmowy, także znad Tamizy, odwiedziny w realu i wirtualne, naprawy psujących się urządzeń, naprawę kolan, zakupy, sprawdzanie literówek, wiarę we mnie, ocieranie nosa, gdy było ciężko i kopanie w tyłek, kiedy było jeszcze ciężej. Nie dałabym rady bez Was ♥

Bazanek ma dwie matki chrzestne, które namawiały mnie na książkę od wielu lat. --->Katachreza uzmysłowiła mi, że młodzieżówki to jest to, w czym czuję się najlepiej, a bohaterów i tematy mam w domu postaci Mata i Mima, --->Bebe od zawsze równolegle mówiła to samo.

Ojcem Bazanka jest Kaczka. Akuszerkami Ela Wasiuczyńska, Jarecka i Alcydło Kr.

Podziękowania dla Kaszmirowej, Kaliny, Diabła w buraczkach, Izabelki, mRufy, Kanionka, Momarty, Dorotki, mojej Madzi PS, Magdy G., Ani, Kingi, Marcina, Mariusza.

A największe podziękowania wkładam do maczanego w słonecznej herbacie dzioba kosa i wysyłam w podniebną drogę na południe. ♥ DZIĘKUJĘ ♥



Wieprzu - dziękuję. Odrzucamy człony rakiety!

3... 2....1....0.... 

START!!!!!!!!!!





Tym, którzy nie lubią młodzieżówek (chociaż chyba tu nie ma takich?), powiem na ucho, że jesienią ukaże się też mój zbiór opowiadań dla dorosłych :) Chyba jeszcze nikt nie zrobił czegoś podobnego, bo partner jest zacny i szacowny!


środa, 26 kwietnia 2017

(240) Siała baba mak

     Powoli kończy mi się zapas liter, które noszę w środku. 

     Jestem jak dwustronna łodyżka maku. Na jednym końcu pusta makówka, w której grzechoczą ostatnie ziarna, owoce sezonu który mija. Pisałam maczkiem, pilnie. Orałam białe pola stron, siałam historie. Wypisałam cały atrament z klawiatury, aż mnie pióra bolą. Jestem obolała i chcę zasnąć makowym snem.

     Z drugiej strony łodyżki jestem zielonym i prężnym pąkiem, z pulsującym sokiem pod omszoną skórką i jeszcze złożoną czerwoną, pomarszczoną spódniczką, która tylko czeka na to, by wysunąć się z futerału i rozkwitnąć szkarłatem. Czekam na plony. Jestem pełna nadziei i nie chcę zasypiać. Szkoda czasu, trzeba w końcu urodzić samą siebie. To ja jestem początkiem do każdego celu.


     Ostatnio jestem bardzo do środka, podszewką do góry. Strasznie przyklejają mi się do niej paprochy świata, z których w środku toczę perły jak beczki. Toczę beczki śmiechu, czasem toczę łzę i wojny.

Zobaczymy, jak to się potoczy. Bądźcie ze mną ♥





poniedziałek, 3 kwietnia 2017

(239) Cyrk na kółkach

     Borzeborze, czy jak wyjdę z domu, to od razu świat musi tak na mnie łapczywie napadać? Ja wiem, że świat jest mnie wielce złakniony, gdyż ostatnio mało się udzielałam światowo i multidyscyplinarnie, jedynie mury, które mnie ściskają w objęciach odczuwają przesyt, tworząc ze mną roztwór bardzo nasycony, co objawia się u mnie przesytem i cofaniem treści. Dążąc zatem do upragnionej homeostazy, wypuściłam się na miasto w towarzystwie dwóch przystojniaków. 

     Pragnąc przewietrzyć głowę i zabrać w płuca trochę innej kultury niż organiczne multikulti własnych bakterii, Mat i Mim pojechali ze mną do Empiku na spotkanie z Andrzejem Maleszką. Nie, żebym była psychofanką owoców jego metafizycznych mózgowych lędźwi, ale ostatnio stałam się napaloną wojerystką artystów, zwłaszcza związanych z rynkiem księgarskim. 
     
   I tu bije źródło malowniczego opisu naszego spływu bystrym nurtem wydarzeń o wysokim stopniu kuriozalności. 
     
     Niedziela to, zważcie. Przedstawienie czas zacząć! Aktorzy biorący w nim udział nie są już młokosami, oj nie. Mają doświadczenie! Więc próżny trud narzekania tu na młodzież.

     Stoimy z Matem i Mimem na naszym macierzystym przystanku tramwajowym, z racji podziemnego ułożenia zwanego na wyrost metrem. Przez dwie minuty nic się nie dzieje. Martwota. Słońce leniwie wpada przez przeszklony dach, grzejąc moje gołe palce u stóp, które po pół roku stania w obuwniczej zagrodzie, pierwszy raz w tym roku zostały wypuszczone na okólnik, by pobrykać w klapkach. Ludzie siedzą na ławkach, wpatrują się w smartfony, gołąb robi kupę, pijak lat 55 plus schodzi do lądowania lotem koszącym po schodach, ściągany na prawo przez niewidzialną gumkę. Kątem oka rejestruję, że jedna część koszuli wpełza do spodni, a druga wypełza na wierzch, pewnie z racji słabowitości owej gumki. I nagle łopot przybliża się do mnie, pokonując te dwadzieścia metrów w minutę trzydzieści osiem koma dwa, zaliczając jeszcze po drodze siad na ławce, a znad kołnierzyka koszuli, dokładnie z czerwonej bulwy, kipi wyraźnie skierowana do mnie oracja o bardzo krótkim czasokresie, ale niebywale intensywnym natężeniu, w pół sekundy generując u mnie wysokie napięcie.

- Zaraz ci przyje**ę! Przyje**ę ci! - obietnica wystrzeliła z ust jego karminowych wprost we mnie, a takich obietnic, (tak, tak!), ja się po prostu boję. Tym bardziej, że nogi jego zaczęły nieść korpus z rękami kręcącymi się jak wiatraki wprost ku nam, by bez zwłoki wypełnić przesłanie wypowiedzianych proroczych słów.

    Nie wdając się w żadne dyskusje, wszelkie wysiłki skierowałam na to, by stać się z chłopcami niewidoczną. Ku mojemu zdziwieniu nie rozpłynęliśmy się w powietrzu, w przeciwieństwie do beknięcia pana. Jako, że próba numer jeden okazała się nieskuteczna, wdrożyłam plan awaryjny, czyli pospieszne udanie się do ostatniego wejścia do wagonu mojego pseudo metra, które miłościwie podjechało. Kątem oka zobaczyłam jeszcze, że wiatrak został poniesiony na fali własnych emocji i siły tłumu do przedniego wejścia. Usiedliśmy zatem z ulgą na miejscach skierowanych bokiem do kierunku jazdy. Gdzieś z przodu wagonu dochodziły jeszcze gasnące groźby człowieka-wiatraka, gdy wtem, przystanek dalej, do tramwaju wsiadła para mieszana i wstrząśnięta w sumarycznym wieku circa stu dwudziestu lat, z butelkami po ice tea wypełnionymi procentami i zaczynają się zachowywać jak trunek, czyli wyskokowo. Torują sobie drogę w ciżbie alkoholowym odorem i kulami, by finalnie ułożyć swe ciała na siedzeniach niedaleko nas. Pani zajęła siedzenie po nawietrznej, pan po zawietrznej. Pan zaczyna wygrażać pani w sposób niedwuznaczny, a wypowiedź jego jest soczysta od ornamentów, wśród których prym wiedzie słowo, które zastąpi wszystkie pozostałe, w zależności od jego intonacji. Facet był zaczepny koguci i jurny w pysku, myślałam tylko o tym, by nie doszło do reakcji wybuchowej między przodem a końcem wagonu. 




Moje modły zostały wysłuchane, bo środkowymi drzwiami wszedł kolejny cyrkuśnik. Wielki, siwy, nasączony alkoholem po bożemu, jak to w niedzielę. 

- Posuń się! Mówię, posuń się! - wydobyło się zaklęcie z siwej brody do pana z brzuszkiem, na oko dwunasty miesiąc, który trwał niewzruszenie jak skalny sezam.

- Przepraszam się mówi - rzekł z wyrzutem ciężarny.

- Nie! - gruchnął podpity brodacz. - Tobie nie powiem! Tobie powiem SUŃ SIĘ!  - brodacz wlepił z góry swe wyłupiaste oko w ciężarnego obleczonego w czerwone polo.

     I zaczął monologować w przestrzeń, natchniony jak Mickiewicz, poruszając pasjonujący temat zasięgu swych łokci, które będzie właśnie trzymał tak a nie inaczej, i nikt mu, ku*wa nie zabroni! Dowiedziałam się, a przy okazji kilkadziesiąt innych osób, co nieco o sile jego kolan, braku problemów z łydkami oraz silnych pęcinach, które zdołają go jeszcze jakiś czas utrzymać w pionie, jednakowoż nie moralnym, bo właśnie obrażał jakąś siedząca niewiastę za to, ze siedzi, a nie stoi.

     Siedem minut jazdy za nami, jesteśmy w połowie. W połowie jest najciekawiej, bo za oknem pojawił się wilkołak. Będę musiała teraz klęczeć na surowym grochu przez jakieś osiem lat, bo jedno oko mi ciągle zezowało na niego, dopóki nie ruszyliśmy. Cała prawa połowa jego twarzy, łącznie z powieką, pokryta była włosami, do tej pory widziałam to tylko w telewizji i w internecie. Tylko nadprzyrodzonej, boskiej interwencji należy przypisać to, że wilkołak nie wsiadł do naszego wesołego tramwaju, bo nie wiem jakby to się skończyło, gdyby zauważył go wiatrak z przodu, prawie bijąca się para o kulach z tyłu i Łokietek pośrodku. 
     
     Namiot cyrkowy ruszył dalej, zostało kilka minut naszej golgoty w oparach absurdu i alkoholu.
Potem już było z górki, bo na przedostatnim przystanku dosiadł się tylko młodzieniec lat 40 w kurtce z wymiocinami na plecach i dwiema torbami na kółkach, które wygrywały brzęcząc butelkami marsza. Był bardzo spokojny i nie wadził nikomu, co wszyscy przyjęliśmy z nieskrywaną ulgą. 

     Udało nam się dojechać na miejsce w jednym kawałku, na spotkaniu zdążyliśmy się dwa razy wzajemnie zgubić, więc de facto wyjazd zakończył się podwójną porcją lodów i pozyskaniem plakatów Emilii Dziubak, na którą szykowałam się wojerystycznie, ostrząc zmysły od dwóch tygodni, a która wystąpiła dzień wcześniej.

     Czy jak wychodzicie i jedziecie tramwajem raptem czternaście minut, to Was też tak życie mocno dotyka?


środa, 8 marca 2017

(238) Wyznanie z okazji Dnia Kobiet

     Zdarzyło mi się pewnego razu, że byłam z koleżanką w kawiarni. Przy stoliczkach siedziały grupki ludzkie w konfiguracji liczebnej miłej memu sercu, czyli zazwyczaj pary. Układ doskonały, wymagający skupienia wyłącznie na drugiej osobie, więc można oddać się jej całkowicie, ale tez mieć do niej całkowity dostęp. Oczywiście czasowo, werbalnie i atencyjnie, chociaż jak stoliczek jest odosobniony, to kto wie. 
      
     Tworzyłyśmy grupkę płciowo niezróżnicowaną, natomiast obok nas, zupełnie blisko, tak na odległość sterczącego na skórze włosa, siedziała para mieszana. Na oko i ucho trochę jakby zakochana, znająca się od niedawna, to widać. Pan około pięćdziesiątki, nawet trochę po, w okularach, łysiejący, siwiejący, z brzuchem, więc wszystko klasycznie, a obok niego trochę młodsza partnerka, okulary, pierwszy siwy włos pokryty szczelnie farbą, więc też wszystko jak należy. Para sączyła białe wino, z ich ust sączyły się zdroje elokwencji, erudycji i czego tam jeszcze na e, na zmianę z pocałunkami, które są na p. Wsiąkali w siebie wzrokiem, słuchem, uczynkiem i zadbaniem. I nagle nad ich głowami zafurkotało zdanie, które drapie me wnętrze do tej pory, a które wypłynęło z ust pana, wybrzmiewając tak:
- Ach, jaka ona jest fajna ta nasza koleżanka, mam z nią wspólne zainteresowania. Mógłbym z nią być i może byłbym.- rzekł. Po czym chyba się zreflektował, że to faux pas i dodał - oczywiście, gdybym Cię nie znał i nie był z Tobą - spojrzał na panią gorąco i zdziwił się okrutnie, że pani spuściła oczy i wbiła wzrok filiżankę, bardzo długo mieszając jej zawartość i zagryzając wargę.
- Nie mówi się takich rzeczy kobiecie, z która jesteś - powiedziała.




     A mnie się zrobiło tak... No właśnie, jak? I drugie pytanie do Was - co zrobiła pani?

Wszystkiego najlepszego, Kochane! Bądźcie silne, dobre, samodzielne i piękne, czyli nie zmieniajcie się! ♥ Ja tam lubię Dzień Kobiet :)

środa, 22 lutego 2017

(237) Maskara

     Zakrawa wręcz na cud miary tego w Kanie fakt, że piszę post raptem dwa dni po poprzednim. Nie przetrzymam Was tym razem ani w miesięcznym rozkroku, ani w napiętym oczekiwaniu, kiedy coś się tu pojawi. Ale muszę napisać teraz, bo sprawa nie cierpi zwłoki. A zwłoki nie cierpią spraw zaległych. Zwłoki nie cierpią, poprzestanę na tym.  
     
     Otóż dostałam ulotkę z firmy kosmetycznej Y, w której cyklicznie zaopatruję się w kosmetyki, w tym tak zwane kolorowe (cykl wynosi jakieś dwa i pół roku) i oko swe zawiesiłam na towarze powoli deficytowym w mym koszyczku, mianowicie na tuszu do rzęs zwanym maskarą. Nie używam terminu maskara, żeby słowo nie stało się ciałem, ponieważ mnie nazwa kojarzy się z dwoma kolejnymi: masakrą i maszkaronem. Widocznie to wyrazy bliskoznaczne. 

     Cóż wyczytałam w ulotce? Czuję podśluzówkowo, że płoniecie żądzą poznania tej tajemnicy. Otóż pierwszą część czytam gładko, mój wzrok mizia literki w takim ekwilibrystycznym układzie: Tusz zwiększający objętość rzęs 360 stopni z proteinami migdała. I tutaj następuje pierwsze zawieszenie zwojów, nawet wielokrotne. Objętość rzęs? Zwiększa? No dobra, o ile procent? Nie procent?! Stopni?! Jak się mierzy objętość rzęs? Wszystkich? Jednej? Chodzi o grubość pojedynczej rzęsy, tak? Wytłumaczcie mi, proszę Ale dlaczego w stopniach? A może te 360 stopni wycięto w tym jednym migdale? Stopnie z proteinami. Fakt, jestem blondynką, w dodatku, na moje nieszczęście naturalną, a więc wrodzoną i może dlatego do mnie to nie dotarło aż tak wyraźnie jak to, co przesylabizowałam potem: Efekt otwartego oka 360 stopni. Hmmm. Szok i niedowierzanie, jak mówi Mat. Maluje się tym oczy na powiekach, kiedy się śpi w pracy? Aż boję się wyobrazić, co się musi dziać z powiekami za gałką oczną. Bo one chyba uciekają do tyłu, skoro cała gałka, czyli kula 360 stopni jest na wierzchu? I to ma mnie upiększyć? I to za 25,90? Może się skuszę... Zauważyłam, że zaczynają mi opadać powieki.  

Oryginalny japoński patent.Nie trzeba konturówki.
Źródło zdjęcia ginie w mrokach dziejów i internetu.

      Po tym odkryciu na miarę Indii, które okazały się Ameryką, od razu przeczytałam całą ulotkę bardzo dokładnie, czego nigdy nie robię, w poszukiwaniu innych kuriozów. Ale nie, nie znalazłam niczego szczególnego. No, może zafrapowała mnie trochę Praktyczna kosmetyczka na weekendowy wyjazd i nie tylko. Po zapoznaniu się z wymiarami zauważyłam zgryźliwie, że mogłabym ją faktycznie, wziąć na wyjazd, ale w charakterze torby na ekwipunek, nie kosmetyczki i nie na weekend, ale na co najmniej tydzień. Boję się teraz pomyśleć co można targać na dwutygodniowy urlop w Kenii. Dlaczego akurat w Kenii? A nie wiem, to pierwszy kraj, który skojarzyłam z dwulitrową flaszką repelentu. 

Ale wiadomo przecież, że ja nie potrzebuję upiększeń! Proszę, dowód! Tak mnie zdybano na plaży!


Ela Wasiuczyńska

poniedziałek, 20 lutego 2017

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*


     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




piątek, 20 stycznia 2017

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥



sobota, 31 grudnia 2016

(234) Ostatnie dywagacje w 2016

     Każdego roku człowiek chce być lepszy, zrobić więcej, coś poprawić. No, powiedzmy... Więc piszę ten post, by pozostawić w archiwum o ten jeden więcej, niż w roku za chwilę ubiegłym. Czysta kalkulacja, podnoszenie własnych rankingów, gównie po to, by ponieść skarlałe blogerskie morale. Jakież to niskie pobudki!

     Jak to bywa zwykle na przełomie lat, znowu zarejestrowałam to samo - że rokrocznie mam zaskakująco pozytywny horoskop, chociaż powinnam napisać jednak zażalenie, bo mój kawałek zodiaku był w tym roku momentami horroskopem, ale na szczęście tylko z jednej, jesiennej strony. Poza tym powiedzmy roboczo, że raj, nenufar na tafli jeziora, ptasie mleczko i delicje, trochę tylko przeterminowane. Mógł mnie czekać przecież laparoskop, albo, co gorsza, kolonoskop. Więc, reasumując, przyjmijmy, że jestem z horroskopu  umiarkowanie zadowolona.

     Rok 2017 będzie lepszy, to akurat jest pewne. Muszę powymieniać gumki w rajtach, Wam też to radzę, bo ciśnienie podskoczy nam do 1020 hektopascali, a nie wiem czy wszyscy mamy tak elastyczne naczynia. 
Tu mogę gładko nawiązać do poprzedniego posta i zakomunikować, że, choć trochę wody w Warcie upłynęło, to butelka czerwonego wina w dalszym ciągu jeszcze nie świeci pustką, co więcej daleko nam do dna. W każdym znaczeniu na szczęście. Ale przecież nie wyleję, nie? Poumartwiam się trochę, największa radość z alkoholizowania się będzie jak nareszcie kiedyś, w nieokreślonej przyszłości, skończę tę butelkę. Podejrzewam już nawet, ze ktoś złośliwie przekleił etykietę i to wcale nie jest wino, tylko ocet balsamiczny albo, co bardziej możliwe, jabłkowy. Czasem wręcz jestem pewna, że to bejca do drewna z perhydrolem. Jak to człowiek ma tendencje do samobiczowania się ze skąpstwa. Dociągnę  z tym winem do Wielkiego Postu i dzięki temu już mam zaklepane miejsce w niebie. Ha! Główka pracuje!

A pracuje ciągle, bo kiedy tak sobie cierpiałam, a trwa to zawsze wieki, wymyśliłam szereg udogodnień dla ludzkości. Na przykład, hit Sylwestra i wieczorów panieńskich - czopki musujące. Oraz, uwaga, dziewczęta, takież globulki. I czekolada w iniekcjach.

Zafrasowałąm się także nad pokręconą etymologią i kalectwem językowym słowa ŚLISKO. Dlaczego mówi się ŚLIZGAWICA, POŚLIZGAĆ SIĘ, co się u licha dzieje z tym S i K?  Serdecznie współczuję zagranicznym studentom polonistyki, to wzruszające, ze tacy istnieją. Czysty heroizm.

Takie myśli krążą nad kieliszkiem z tą barwną cieczą o zapachu sfermentowanego moczu łasicy, która jednakowoż jest najpewniej utoczoną w odrażający sposób wydzieliną jakichś owadów lub,  co gorsza, skąposzczetów. Żaden ssak nie chce tego ssać. A ja muszę! Ale potem życie moje wyda mi się kolorowe jak bollywoodzki film, czego i Wam życzę.

Udręczona planuję zajęcia i wydarzenia na rok 2017, mam już zapełnione 228 dni, więc gdyby ktoś się chciał jeszcze ze mną spotkać, to proszę klepać mnie po terminach.

I co by tu jeszcze..

No, mogłabym tu napisać o czym marzę i śnię w 2017, ale nie będę obnażać przyszłości, po prostu sami zobaczycie co mi się zmaterializuje. Na razie zmaterializowały mi się makowiec i mieszanka wedlowska i to w sposób bardzo symptomatyczny dla szwów moich spodni.  Reszta okaże się niedługo. 

     I na koniec muszę się do czegoś przyznać, mianowicie, że bardzo nie lubię Sylwestra. Zazwyczaj w Sylwestra jestem uwiązana łańcuchem do kaloryfera i z jakąś rzewno-dekadencko-irytującą nutą obserwuję rozbłyskające w oddali iluminacje. Miałam to zawsze, od dzieciństwa, to nostalgiczne wrażenie, ze cały świat się bawi, tylko mój się wali. Takie jakieś smutne ciągnięcie za nerw duszy. Samotność, pustka, żal, jakiś dziwny zlepek uczuć, mimo, że dookoła ludzie. Zero beztroskiej radości kapiącej z TV. Hm. Po latach dowiedziałam się, że moje odczucia są raczej typowe. Albo mnie pocieszacie?


Srebrne żywe lisy, migotliwa aura, malnięte oko
 - czyli wizualny poradnik jak to bez wchodzenia z domu
stwarzać pozory szampańskiej zabawy.
Coś jak Sylwestrowa Noc z Polsatem w kapciach. 



Kochani Czytacze!

Niech 2017 obsypie Was szczęściem, dobrem i miłością,
nie dajcie się złemu światu!



niedziela, 25 grudnia 2016

(233) O nierównej walce z procentami

     By nieco osłodzić sobie obraz Świąt, które u mnie w tym roku wyjątkowo gorzkie, w godzinie późnowieczornej przypomniałam sobie, że jest na świecie coś takiego jak alkohol. Płyn rzadko widywany w moich stronach, zupełnie jak kwiat paproci, a szkoda, bo, jak wiadomo, posiada magiczną zdolność rozpuszczania konturów, likwidowania ostrych krawędzi i szlifowania fasetek w odpowiednią formę. Postaram się poprawić! Właśnie wróciłam z sanatorium, więc moje szanse  znacząco wzrosły.
     
     Zdarłam więc pajęczyny porastające szafkę, której ćwierć półki spełnia rolę barku i klękając przed nią nabożnie przejrzałam wiktuały. Na pierwszy plan wysunęła się pękata, bodajże litrowa, butla, z której w zeszłym roku międzynarodowe, doborowe towarzystwo Pań przy Wielkiej Okazji Wpisywania się w Annały Literatury sączyło kukułczankę made by Jarecka. Niestety, butla ziała rozdzierająca trzewia pustką.

     Obok tej pustki stała wódka meksykańska sprzed bodajże dziesięciu lat. Nie dość, że nie pijam mocnych trunków, a zapach wódki mnie przygniata, to ta jeszcze miała na swym dnie truchło larwy nieznanego ludzkości gatunku. Podejrzewam, że to coś z rodzaju Delirium tremens. Nóżki rachitycznie podgięte pod miękki brzuszek, czarne oczka na przekrzywionej męczeńsko główce, ciało białe, zmacerowane i udręczone, co w konsekwencji nie nastrajało świątecznie, wręcz nawet antykoncepcyjnie.

     Kolejnym trunkiem była ekskluzywna wódka rasy miodula, którą dostaliśmy z okazji parapetówki kilka lat temu. Wódeczka w skórkowym woreczku, a'la moszna, z ręcznie wypisaną etykietą z numerem beczki, z której została zlana i szereg innych, pisanych odręcznie wiadomości, dla mnie zupełnie zbytecznych, bo nie jestem targetem dla żadnych wódeczek. Mat jednakże podłubał w smartfonie i kategorycznie zakazał mi jej dotykać, odczytawszy cenę na Allegro. No więc butelczyna będzie leżakować u nas kolejne lata, kto wie, czy nie dziesięciolecia. W sumie dobrze, bo może zbijemy na niej malutką fortunkę.

     No i pochodu potłuczonych maszkaronów dopełnia maleńka piersióweczka ruskiego koniaku, już chyba pełnoletnia. Koniaku to ja w ogóle nie lubię, nawet zapach przyprawia mnie o mdłości. Mam niestety chamskie, a podejrzewam nawet, że nie czarne, tylko miętkie i luziowe, podniebienie, bo lubię wyłącznie szampana, białe wino i piwo (jasne, gorzkie i bez profanacyjnego soku i słomki). 
     
     Tymczasem, ku mojemu zaskoczeniu, w ciemnicy szafki, za wodą święconą, którą trzymam w butelce po winie mszalnym z etykietką Najświętszej Panienki (osobiście czekam na cud), stała butelka gruzińskiego wina, niestety czerwonego. Cóż, poświęcę się. Niech będzie już to czerwone, skoro raz na pięć lat mam ochotę się znieczulić lampką.

     Tylko dziesięć minut zajęło mi szukanie korkociągu i kolejne tyle próby wyciągnięcia korka czymś, co miało kształt knurzego penisa i powinno leżeć w muzeum tuż obok Szczerbca.

    Tak więc, jak się można łatwo zorientować, butelczyna z obskubanym korkiem zachowała cnotę i spoczęła w krypcie obok larwy, ruskiego i mioduli. Niech jej szkło lekkim będzie. Kij jej w szyjkę. I tak nie lubię czerwonego. Pf.


Wesołych Świąt, Kochani, bo bo co nam zostało? Tyle naszego!
Jedzcie i pijcie, bo:



Achtung, apdejt!

     Składam samokrytykę. Że też ja o tym nie pomyślałam wczoraj! Jako matka chłopców i siostra jedynego brata, jedyna córka mego ojca, powinnam przecież wiedzieć jak się postępuje z kobietami, nawet kruchymi jak szkło butelki.
Otóż, król Julian też to wiedział i żarliwie wyłuszczał te kwestie żyrafie w umieralni. Azaliż poszłam po rozum do głowy, długo nie wracałam, ale w końcu jestem. Wcieliłam się zatem w gentelmana, który próbuje uwieść wybrankę. Wcześniej próbowałam deflorować na siłę, a jak wiadomo, przynosi to skutek odwrotny od zamierzonego. Tak - przemyślałam kwestię konsumpcji naszego związku - otworzyłam barko-półkę, by porwać butelkę w ramiona. Poszeptałam jej ciepłe słówka, ogrzałam oddechem, zaplanowaliśmy przyszłość, przynajmniej tę najbliższą, po czym rzuciłam się na podłogę na kolana, między którymi była butelka. Rzucenie się na kolana jest tu kluczowe. Butelka wtedy rozmięka i jest uległa. Wkręciłam jej zatem w szyjkę korkociąg, a ona pozwoliła na wszystko. Tadam. I w ten oto sposób spędzamy upojny wieczór. Będzie trochę cierpka z początku, ale mam nadzieję, że nasze stosunki nabiorą słodyczy. Na zdrowie!


apdejt 2:

Po pierwszym łyku z całą mocą trafiło do mnie, jak bardzo nie lubię czerwonego! Sorry, maleńka, ale musimy się rozstać. I nie, nie idę do tej meksykańskiej larwy. Po prostu nie pasujemy do siebie.

środa, 21 grudnia 2016

(232) Pies

     Przyszłość podchodzi do mnie jak pies. Trąca mnie nosem, łasi się do kolan. Poklepuję go raz po raz po łbie, a on patrzy na mnie brązowymi oczami. Rzuć mi ten kij, proszę. Rzuć go, a pobiegnę z jęzorem na wierzchu. Nie bój się, może być trochę krzywo, możesz nawet rzucić w krzaki. Ja pobiegnę i znajdę. I przyniosę ci do stóp. Odkryję ścieżki, to nieuniknione. Nie każ mi  łazić przy nodze. Puść mnie. I biegnij za mną. No nie bój się, nie ucieknę. Będę dwa kroki do przodu, tuż przed tobą, nawet jak zniknę ci na moment z oczu, to będę.

     Dziś usłyszałam, że przyszłość już mnie zna. Że czeka na mnie, na to co zrobię. Ona już wie. Wie, co umiem i za czym mam biec. Ja chyba też już to widzę, wyszło zza zakrętu. Trzymam się sama w objęciach i ryzach, także papieru, postaram się nie puścić i nie rozsypać. Ale jeszcze ukrywam się sama przed sobą, wstydzę się prawd o sobie, bo przeczuwam, że jeśli je zobaczę nagie, poczuję się jeszcze gorzej, bo ich nie akceptuję. Pokochać siebie jest tak trudno. 

***

     Nie uwierzycie, ja też nie mogę, zaskoczyłam w tej chwili sama siebie. Ale kiedyś przecież miałam psa, czarnego jak smoła mieszańca po dobermanie i wyżlicy. Miał na imię... Future.