piątek, 28 października 2016

(231) Hodowcy ptaków

     Rzadko mam okazję się zajechać. Fizycznie zajechać, tak do zmęczenia mięśni, drżenia ud, pustki w głowie i padnięcia na pysk. Zajadę się, myślę, z głową, bo nie na śmierć, pójdę z centrum ze dwa przystanki per pedes. Jak się zajeżdżać, to tylko piechotą.

    Jeden, dwa, trzy. Zgiełk, pisk tramwajów. koła turkocą po bruku. Cztery, pięć, dziewięć. Trzask drzwi autobusów, mijani ludzie rzucają mi pod nogi bomby z opóźnionym zapłonem, wybuchając śmiechem ranią uszy. Brnę dalej, dalej, Staję na moście. W oddali dachy, po których chodziłam, gdy byłam jeszcze młoda, jakoś latem. Patrzę na leniwie pełznący nurt rzeki, na stalowe języki liżące betonowa nieckę. Opieram się o barierkę i trzymam zimną poręcz, jakoś się trzymam. W piersiach czuję trzepot i rozdzierający ból. Mój ptak orze mi dziobem wnętrzności. A ja nie mogę nic zrobić, więc patrzę, pocę się na zimno i blednę. Panta rhei, rzeka i krew, jakie to pretensjonalne, że właśnie teraz. Pełen dramatyzm chwili, he. Rozpinam się i macham skrzydłami swetra, ale nie odlatuję jeszcze. Odzyskuję oddech, wchłaniam w siebie pot i nabieram łyżką na twarz trochę kolorów jesieni. (Pamiętasz, co ma wspólnego łyżka z jesienią? Je się nią).

     Idę dalej, ze dwanaście, rzeka już daleko za mną, przede mną jezioro, w głowie przyjemny przeciąg a w nogach kilometry. Z szumu samochodów wpadam w szum liści. Powoli zanurzam się w moim świecie. Zieleń wybrzmiała ostatnią nutą, złoto i brąz dźwięczą szlachetnie. Idę coraz wolniej, bo w kącik oka wpada cud numer jeden. Nade mną błękitne niebo, choć jeszcze przed chwilą były na nim draperie z wilgotnej brudnej waty. Po lewej szum. Jezioro migoce, trzyma fason i lustro, przegląda się w nim szpaler znajomych drzew na garbatym pagórku w chusteczce z koca w kratę i złocistej koronie.

     Siedzi na wodzie, ptak-cudak. Pierwszy raz widzę tu kormorana. On pierwszy raz widzi mnie. Stoimy cierpliwie obserwując się wzajemnie, bardzo dokładnie i wnikliwie. Uśmiechamy się, wymieniamy dobry dzień na grosze, on sam na boi, ja sama na brzegu się trochę boję. Dwa czarne samotne ptaki ubabrane w złocie i błękicie.
Zostawiam mu worek problemów, naklejam na niego etykietę ze słów i mówię, rób co chcesz, utop.

     Lżejsza idę dalej, przechwytuje mnie cieniem klon jawor i zaraz koronuje. A w koronie na mych skroniach miły trzepot i po chwili maleńkie kropelki spadają z góry i osiadają mi na twarzy. Na gałęzi kołysze się sroka, zmieniając się z nastroszonej szyszki w smukłego eleganta we fraku. Prrrrrysznic, madame! Prrroszę barrrdzo, pokrrrrropię cię jeszcze, bo to takie okrrrropnie fajne.
A ja mam nadzieję, że to tylko woda.
Dziwne te ptaki, dziwaczne spotkania.

     Chłonę słońce i wilgoć przez pory skóry, a nade mną pojawia się klucz do nieba. Ogromny, gęgający, pięknie uformowany, jak grzebień w błękitnych włosach. Stoję i patrzę na te ptasie pokazy, mkną równiutko, na wschód, jak strzałka na mapie. Pokazują mi kierunek, bo na zachodzie przecież ciągle bez zmian. Trzeba mi za nimi na wschód.

    Słońce, kormoran, sroka i klucz. Woda, niebo i powietrze. Wiem, że będzie dobrze, wszystko ma stać się wolne. Powoli.
     Staję w lesie, słońce przenika świetlistymi pasmami na ukos aż do wilgotnej ziemi, liście spadają do mych stóp, wirując obłędnie. Zadzieram głowę, tnę nosem złocone niebieskości i wiem co muszę zrobić.

Odpinam sweter, otwieram klatkę. Leć!

Nie wzbija się, nie trzepocze skrzydłami. Patrzę zdziwiona w swoją ciemna czeluść, że nie orzeł, nawet nie sowa. Na ziemię z otwartej piersi wypada mała kolczasta kula. Tupta pod stertę liści i zagrzebuje się w niej.

Wcześniej ktoś tak wypuścił kormorana, który nurkował w przeszłości i wyławiał ościste ryby.
Chytrą srokę co piekła żywym ogniem i warzyła kaszę.
Pęk kluczy do szczęścia i sukcesu, który nie zakwitł.


Jest mi lekko i nie boli.

Kormoran przestanie łowić i rozpruwać żyły.
Srocze łzy wyschną i przestana piec.
Klucze wszystko otworzą.

A kolczasta kula obudzi się wiosną.

Na wschodzie zmiany.



wtorek, 25 października 2016

(230) Statek-widmo

     Podkręciłam wąsa, wzięłam dziateczki pod pachy jak rasowy bosman majtki i ruszyłam w kipiel. Kipiel falowała, unosiła nas na grzbietach fal, targając przy okazji fale mych loków i grzywy młodych samców. Raz nie było widać Mata, raz Mima, którzy nurkowali między mackami odmętów ludzkich i wili się jak morskie węże, zmierzając ku wyspom szczęśliwym widocznym w oddali w rejonach oceanu bardzo spokojnego. 
    
     Wyspy szczęśliwe miały ściśle określone położenie geograficzne: rząd 1- miejsce 31, rząd 2 miejsce 31 i 32. Przepływaliśmy naszą szalupą przez gąszcz żywych wodorostów oplatających łydki, by dzięki skurczom partym tłumu osiąść na rafach sali Centrum Kongresowo Dydaktycznego Uniwersytetu Medycznego, tuż przy mostku kapitańskim, na którym za chwilę miał się pojawić bosy ale w ostrogach Wu Cejrowski. 
    
     Morze charknęło mokro i wypluło nas pod scenę. Nasze ruchy stały się coraz bardziej gwałtowne, a myśli zdesperowane, bowiem trzy komplety oczu na naszym wyposażeniu, ujrzały coś strasznego. Byliśmy już nawet gotowi dokonać niecnego abordażu na rząd trzeci, albowiem... rząd pierwszy i drugi okazały się rzędem-widmem! Trójkąt Bermudzki naszych trzech miejsc wciągnął w odmęty niebytu dwa rzędy sali, pozostawiając w wykładzinie wymowne dziury. Dziury, jak to dziury - uparcie milczały, patrząc prosto w sklepienie i to bez najmniejszego mrugnięcia kłaczkiem. Mnie za to drgnęła nerwowo powieka i rozbujała się noga w kolanie, porwałam więc majtki na biodra, torebkę na szyję i pognałam ratować świat, albo przynajmniej wyspy szczęśliwe i pozyskać posiłki, bo słodka woda Mima nie starczyła na długo. Do butelki zamierzaliśmy włożyć list i wysłać go do Kup.Bilecik.pl by puknęli się nią w czółko. Sprzedać miejsca, które nie istnieją - wirtuozi marketingu!

     Niagarą schodów na dół, ziuuu po poręczach, dwa nokauty i osiem farbowanych wielorybów później stoimy już przed rekinami imprezy. Rekiny okazały się mimo młodego wieku bezzębne i niegroźne, a wręcz przyjacielskie i już po krótkiej chwili zamieniły się usłużnie w Szerpów niosących dla nas wyściełane krzesła z podłokietnikami i wygodą w pakiecie. Nie, to co ta biedota z drugiej strony sali - na drewnianych dostawkach! Szerpowie wpuścili nas wejściem dla VIPów, odgrodzonym od fal mózgowych ciżby plastikowym łańcuszkiem, wnieśli 1/3 krzeseł, ponieważ drugi rząd jednak wyłonił się z odmętów jak Wenus z piany. Usiadłam więc przy scenie w fotelu i mogłam niemal dotykać bosych (na wypadek podniesienia się wód) stóp WC.
Nadmienię tylko o pozyskaniu u rekinów informacji o czasokresie niebytu pierwszego rzędu. Mianowicie pochłonęła go nicość 5 lat temu. Pięć. Lat. Temu. 
Ha. 
Haha.
Ha.

No.

Mandacik dla Bilecika.

     Za to  widok z fotela miałam przedni - lewym okiem patrzyłam na kapitana Bosa Nova'k, prawym na całą salę, dzięki zezowi rozbieżnemu nic z rejsu mi nie umknęło; co więcej - nasz kąt zdołał przemycić kilka celnych ripost słownych, ośmielony tym moim tronem, wiecie. Byt kształtuje świadomość i tępi zmysły, a odwaga w ławicy szprotek ryczy lwem. Zwłaszcza, że wkoło ciemno, a WC oślepiony szperaczem. Zero ryzyka.

     Po rejsie spłynęliśmy w dół, by pobrać autografy, a jako, że jest to już nasze trzecie spotkanie z WC, Mim ośmielił się zadać pytanie o ulubione zwierzę (zapach bydła plus szop pracz, ponieważ jest zabawny), a ja - gdzie pisze książki - w RP czy USA (w USA, ponieważ tam ma spokój. Hmm). Mat jak zwykle nie zapytał o nic, tylko pobrał autograf i zdjęcia. Zdjęcie robiłam ja, więc jest poruszone. Mamy więc imperatyw, by powrócić za rok.

2013, Wojciech Cejrowski w Zamku za zasiekami ludzkimi.
Jak widać, świecką tradycją zdaje się być nieostry osąd sytuacji.

poniedziałek, 10 października 2016

(229) Nieskończoność

     Akurat właśnie ósmego.
     Ósemka to taka nieskończoność postawiona na baczność. Dla mnie od równo dwudziestu lat.



     Może Wasi ojcowie żyją, może niektórzy nie. Jesteśmy już w tym wieku, że następuje naturalna zmiana warty.

     Zazdroszczę tym, którzy poznali swoje wnuki, odeszli jako starzy ludzie. Zawsze następuje to za wcześnie, nawet jak są omszeni i mają po sto słojów. Zawsze szkoda umierać, młodo umierają ponoć tylko wybrańcy bogów. Ponoć. Po cholerę, nie wiem.

     Mój tata umarł w wieku 52 lat, do 53 urodzin zabrakło Mu miesiąca i sześciu dni.
I wszystko byłoby w miarę nietraumatyczne dla tych, którzy zostali, gdyby nie jedno maleńkie ale. Umarł, choć nie musiał. Ot, pomyłka, każdemu się może zdarzyć. Nawet lekarzowi, nawet Gabrielowi z mieczem. Coś tam pochrzanili w papierach na górze, przeoczyli datę przydatności, przekleili metki. Może jakoś naprawimy tę pomyłkę, może klej puści i da się przedatować? O? Nie udało się? Nie może być! Zabawa w kotka i myszkę przez pół roku. 

     Poniedziałki to próg zwalniający całego tygodnia. Kołdra jest najcieplejsza, głos syren najbardziej pociągający. W poniedziałek mówię do mamy - mamo, ja już nie mogę, po prostu nie daję rady. Nie mogę na to patrzeć dzień w dzień, naprawdę już nie mam siły, ani kropli. Jestem w szpitalu od razu po zajęciach, w domu ląduję pod wieczór. Była wiosna? Lato było? Kiedy? Jest jeszcze morze w Polsce? Nie wyschło? Ach, wpłakiwałyśmy na bieżąco. Nie stwierdzono obniżenia się poziomu, tylko nastroju? Teraz podobno kolej na jesień? Jakoś skurczyła się do granic zimnych murów. Mam nimi ściśniętą klatkę, kompresja myśli, balotami odlatują windą do nieba, albo do ciepłych krajów, nie wiem, bo nie oddycham. A chyba muszę czasem. Muszę pisać tę cholerną magisterkę Dzisiaj sobie odpuszczę, mamo, dobrze? Pozwalasz mi się wyprząc dzisiaj? Tylko dzisiaj.Pozwól mi zdjąć popręg, zobacz, mam krwawe rany. 

Jak uważasz. 

Uważam.
Nie zdjęłam.
Poszłam.

    I to był ostatni raz, kiedy Go widziałam żywego. Ogoliłam go na leżąco. W trakcie wymiotował. Człowiek nie umiera jak na filmach. To nic czystego i pachnącego fiołkami. Śmierć jest sprzątaczką z kubłem pomyj i szmatą w brudnej dłoni, z żałobą za paznokciami. Kosa jest niesterylna. 
     
     Nie wiem co robić najpierw. Nie mam wprawy. Siedzę na metalowym krzesełku, na siedzisku którego widać drobne korzonki wrastające mi w uda. Czoło opieram o brzeg jego pościeli. Zamykam oczy. Trzymam go za rękę, od której biegnie galopem zwój kabli. Jedna rurka w ostatniej sprawnej, lekko pulsującej żyle na szyi, kap kap, druga w nozdrzu, ślurp ślurp. Rurka spod kołdry z woreczkiem zapełniającym się moczem, kap kap. Życie skapuje na szpitalną podłogę, przecieka przez palce, łapiesz durszlakiem jak idiota, bo w progu dyszy ta sprzątaczka z kubłem. Już można posprzątać? 

     A ja jak durny rycerzyk z durszlakiem na głowie, bronię, trzymam głowę na skraju łóżka, tuż obok naszych rąk i trzymam to letnie życie za mały palec, za włos, odwracam siłą woli grawitację, by nie wbił się w Ciebie miecz Damoklesa, co na drugie ma Gabriel, w blond loczkach i białej wykrochmalonej sukience.

     Sio, zgrajo!

   A pamiętasz jak opowiadałeś mi bajki? Leżeliśmy na boku, zwróceni twarzami do siebie. Opierałeś głowę na swojej ręce, a ja wtulałam Ci się pod pachę. Byłeś spocony po całym dniu, dla Ciebie się on jeszcze nie skończył. Wtulałam się w tę pachę, gdy mi opowiadałeś straszne historie. 

Teraz role się odwróciły.

Nie bój się, dobrze? To tylko sen. Jutro będę. Jak co dzień.



   Jutro tymczasem nie przyszło. Nie przyszło ani pojutrze, ani żadnego innego dnia, nawet nie wiem, czy teraz  dni biegną jak powinny, skoro jeden dzień zbiegł z kalendarza. Czy to zniknięcie nie zaburzyło symetrii nieskończoności?

     To był pierwszy wtorek bez Taty. Wiedziałam po co tak wydziera się ranny telefon. Drzesz się i drzesz, zdechnij! Dzwonek wwiercał mi się w mózg, Im dłużej nie odbiorę, tym dłużej będzie ze mną, bo przecież to niemożliwe, by tak po prostu zniknąć. Jak to? To już? Tak, ot? Po prostu? 
     
    Zawsze był, a dzisiaj go nie ma. I nie będzie już nigdy. I pogodzić się jest tak cholernie trudno. Z czymś co stać się nie miało, a stało. Nie mogło, a zdarzyło. Jakiś błąd systemu, bo komuś się wyślizgnął miecz przy przeklejaniu metek. 


Oszuści.


Mam tylko nadzieję, kopnięta ósemko, że jesteś pętlą Mobiusa.





piątek, 7 października 2016

(228) Noc i koty czyli jak się zostaje artystą

SEN (a może NOC, nie pamiętam)

Kiedy idę spać, sny do mnie przychodzą,
ze świerszczem jestem w jednym pokoju.
Tam nie ma żadnego spokoju.
Ptaki przez okno do mnie mówiły,
jak bardzo głodne kiedyś były.
Nagle wszystko ucichło...
a po drabinie wspina się kocisko.
Skacze, przenika przez okno i patrzy
na planety trzy.

Mim, lat 10.


To zadanie domowe z języka polskiego na 7.10.2016.
Zmodyfikowane przez autora, który nie chcąc pisać opowiadania wyznał (zełgał?), że woli poezję.
Wykonane o godzinie 21.30 dnia 6.06.2016.
Zaraz po angielskim.
I plastyce...
(Świat podwodny metodą frotażu). 

WTF?!

Najszybciej znalazłam odpowiedź na palące, z powodu późnej pory, pytanie: co to, do cholery, jest ten frotaż?!

     Kiedyś nie podziwiałam zbytnio cierpliwości matek. Błąd. Teraz nie dziwię się już, że matki zazwyczaj nie potrafią wprawnie posługiwać się kosą spalinową, toporem i szpadlem. To tylko dlatego w wilgotnych celach  jest jeszcze miejsce dla innych złoczyńców.



Hm. Będąc dokładnie w wieku Mima, czyli jakieś circa osiem lat temu, tworzyłam podobne poematy w zeszycie w trzy linie. Pamiętam początki dwóch z nich:

Połamały się kredeczki
naszej małej Kasineczki.
A Kasieńka krzyczy w głos:
- Mamo, mamo, ja chcę to!

Dalej nie pamiętam, za co Was nawet nie przepraszam, bo tego się zbytnio nie da czytać bez tików nerwowych. Było coś o awanturach przed witryną sklepową i o bajeczności kredek. Pewnie dzieło powstało pod wpływem tych chińskich, grubych, świecowych z pandą, pamiętacie je? Ołówkowe były z Misiem Uszatkiem.

Drugi wierszyk miał nośny tytuł "Januszek-Łakomczuszek" i pamiętam tylko, że Januszka ciągle bolał brzuszek. Wiersz był pełen empatii, a zakończon był brawurowo wiadomym morałem, co mnie dziwi, gdyż jestem dzieckiem systemu i jakoś nigdy nie umierałam z przejedzenia się kilogramem trufli czy szynki parmeńskiej, więc pisząc te słowa chyba nie podpierałam się kosturem empirii. 

Ale, pomińmy trywialność wierszyka, jego niezborność werbalną i sfokusujmy uwagę na metrum, rymach i takich tam różnościach, dzięki którym poemat wpada w ucho i nie jest nazbyt wstrętnym.

     Moje dzieci mają jakieś zadatki ku wygibasom językowym. Mat na prozaika (zaraz po sportowcu chemiku lub matematyku), Mim na białego poetę podróżnika. Tak, mili Państwo, tak to się zaczyna i to już. Co prawda Mim zawsze odgrażał się, że będzie niebieskim ptakiem i widzę, że fatum rodzinne w postaci obciążenia genetycznego nie jest jednak mitem.

     A tak liczyłam, że zostaną milionerami...


Po kliknięciu w obraz, ten czarodziejsko się powiększa.


     A wierszyk Mima w wydźwięku podobny jest do mojego, który znalazł się komentarzach u Eli Wasiuczyńskiej dawno dawno temu. Hasło: KOTY TO... Być może się powtarzam, ale co tam.

http://wasiuczynska.blogspot.com/2016/03/konkurs-kot-jaki-jest-kazdy-widzi.html#comment-form


 ***
Nad dachem mojego domu w Poznaniu
jest uśmiech kota jak księżyc w maju.
Wskazuje azymut na Mleczną Drogę,
w której kot czarny moczy swą nogę
i właśnie śni sen o lataniu :)

No i potem poszłooooooo:

 ***
Mówisz więc, że otrzesz się o mnie lekko jak muślin trącając neurony,
Wzburzysz ocean łóżka, dotykiem zbudzisz drzemiące pod skórą demony...
O zmroku z łuku mej skroni zliżesz problemy przebijające sklepienie.
A gdy się wtulisz we mnie, z mruczeniem wypełnisz mnie mlecznym ukojeniem.

Mówisz więc, że jesteś tylko kotem?



Powstały też inne kocie fikołki:



***
K  to spotkał choć raz czarnego kota
O  d razu myśli: mam kłopota!
T  edy spluwa szybko przez lewe ramię.
Y  ch!!! Pech! Splunął wprost w oko jakiejś damie!
TO  wyrok, klątwa, bo wpadł jej w oko! (Na szósty wers tu za wysoko).




 ***

-poKO TY TOmaszu
 co tam masz w kamaszu?
-Nie pokażę, bo nic nie mam!
-Dziura tylko, więc się nie łam,
dziura to jest nic!
  1. Dziurę mieć w skarpecie-
    za nią winię cię,
    ty paznokciu nieobcięty
    i jak pazur zawinięty!
    Koci pazurze!

    Teraz państwo wiecie
    czemu już na świecie
    nie ma żadnych kotów w butach,
    nie ma nawet ich w paputach!
    Wszystkie bose są!

    ........

    To oczywiście nieznana do dzisiaj dalsza część wierszyka Tuwima o kocie Tomaszu, w identycznym lubianym rytmie :)

    Miauczy kotek: miau!
    - Coś ty, kotku, miau?
    - Miałem ja miseczkę mleczka,
    Teraz pusta jest miseczka,
    A jeszcze bym chciał.

    Wzdycha kotek: o!
    - Co ci kotu, co?
    - Śniła mi się wielka rzeka,
    Wielka rzeka pełna mleka
    Aż po samo dno.

    Pisnął kotek: piii..
    - Pij, koteczku, pij !
    ..Skulił ogon, zmrużył ślipie,
    Śpi - i we śnie mleczko chlipie.
    Bo znów mu się śni.
  2.   I łamańce językowe:

 ***

  1. Pokotem leżą koty
    Potem im pocą się stopy.
    Po to te koty przedtem kopią
    By potem pachnieć potliwą wonią
    I gapiąc się kłapią w pyskach bronią. 
  2.  i medyczne diagnozy...
 ***
KOTYTOnia to choroba
na nią lekarstw każdych szkoda!
Nie wyleczysz się, przepadłeś
kiedy kotem ty zawładniesz!
(Wieeem, że tobą kot, niecnota!)
;)

Albowiem kot też ma miednicę.

środa, 28 września 2016

(227) Lapsusy

     Czasem niektórych rzeczy nie należy robić. No nie nada i nielzja.

     Przytrzymałam mego życiowego rumaka w cuglach piąta dziesięć rano, kiedy to elektroniczny kur wypiał pobudkę i dziobiąc w zadek nieparzystokopytnego, chciał wygnać na nim pół rodziny, czyli Mata i mnie, spod kołdry wprost na poniewierkę. W sumie niedaleko, do biedronki, przy której zbierała się ciżba szkolna, by osiąść w autokarze i dać się powieźć ku ojczyźnie Kopernika i pomniejszych wielkich, pulchnej jak piernik Katarzynka, ziemi toruńskiej. W zasadzie przez 15 minut drogi nie ma się zbytnio czasu ani okazji sponiewierać, ale zmarznąć już tak. To zostało mi więc oszczędzone. Matowi natomiast został dzięki temu oszczędzony widok mnie jako jedynej matki machającej chusteczką. Jako jedynej matki odprowadzającej dziecko w ogóle. Obie strony były więc zadowolone - ja uniknęłam zapalenia pęcherza, a Mat kompromitacji.
   
     I tu naszła mnie refleksja, że człowiek wspina się bowiem całe życie na tę wieżę Babel macierzyństwa, używając czekana miłości, wysublimowanej wiedzy, szantażu i przekupstwa. A potem, gdy stanie na szczycie, okaże się, być może, że to urwisko spartańskie, a u jego stóp bieleją kości starców i niezdolnych do życia w szerokim rozrzucie, także tym wiekowym. Kwestią czasu jest tylko dodające skrzydeł klepnięcie w plecy przez własne potomstwo. A potem leci się gładko.

     Nie pomna nielzja, zajrzałam z mieszaniną ciekawości i napiętej ostrożności graniczącej z kakofonicznym akordem, bo nie samotną nutą, przerażenia w czeluści działu zakurzonych kopii roboczych bloga. Trzydzieści dziewięć zasuszonych larwalnych postów, związanych jak salcesony, łypie na mnie matowym okiem z zatłoczonej drewnianej półeczki. Całe stado salcesonów. Co z wami zrobić, pokraczne maluszki? Dobić nie mam siły, tym bardziej urodzić. A kij wam w oko! Płodzę czterdziesty. Jestem Alibabą, co jest bardzo podobne werbalnie do alidady. A wiedzę, co to alidada, posiadłam dopiero w wieku dojrzałym i soczystym, czym oczywiście się tu pochwalę, bo jak się nie pochwalę, to ją zapomnę.

    Kiedy słowa wykazują aż tak daleko idące podobieństwa, łatwo w takich wypadkach o przejęzyczenie, prawda? No niestety i mnie się to zdarza, przyznać muszę. I to w wersji nie tylko akustycznej, ale i pisanej. W sumie dobrze, że nie znam żadnych męskich bliźniaków. No dodam, że piekielnie inteligentnych lub choćby tylko przystojnych. Jeszcze by mi się pomylili i co. Przejęzyczyliby mi się zapewne.

A oto co mi się werbalnie zdarzyło:

- Napijesz się siku*?
- A Ty?!
- Chętnie.
- Stosujesz urynoterapię?!
______
* soku


- Polski jeżyk* rodził się chyba w bólach.
- Ale dlaczego tylko polski? To chyba niełatwe zadanie, okupione nieludzkim cierpieniem.
- No, nie. No wiesz, te wszystkie szelesty...
- Tak, jeże na pewno nie rodzą się w ciszy.
_______
* język


- No i naukowcy w tym Sevres widzą zegar i szczytują*.
- Tak?
- No tak, żeby zgrać się w czasie, wiesz.
______
*sczytują


- Chłopięce zabawy są ekstra! Kiedy byłam mała, byłam chłopcem. Wtedy najchętniej  bawiłam się sutkami*!!! Ale czad!
- Hm, wiesz, że ja też? I do tej pory lubię.
_____
*autkami



      A teraz, pisząc ten post - co za chichot zbiegu okoliczności - usiłuję wyczyścić monitor. Skrobię paznokciem i skrobię, myślę sobie, co za franca zbezcześciła mi monitor długopisem, albo, sądząc po trwałości śladu, jakimś permanentnym ustrojstwem, bo nie schodzi i już.

     Aż wreszcie zauważam, że to zagubiony apostrof...

niedziela, 18 września 2016

(226) Bajka o karpiu

     Siedzę na trawiastym zboczu, wpatrując się w wijącą w dole rzekę, jak muska mokrymi liźnięciami nieco gliniasty brzeg. Małe wiry w pobliżu kamieni, powierzchnia wody uczesana nurtem w sztruks.
     
     Moje łokcie spokojnie spoczywają na ugiętych kolanach, w splecionych dłoniach obracam źdźbło trawy. Biorę je do ust, rozgryzam zębami soczystą łodyżkę i spoglądam kto siedzi obok mnie. Ostry profil, okulary w drucianych oprawkach, pasma siwych, dobrze ostrzyżonych włosów. Podwinięte rękawy czarnej koszuli, między kołnierzykiem dwa guziki niedopowiedzeń.

- Znasz historię karpia? - wyrwany z zamyślenia odrywa wzrok od hipnotyzującego prądu rzeki i zwraca ku mnie twarz. Zamykamy obwód. 

Kiwam przecząco głową. Już wiem, że utonę w tej opowieści. 

- Wiesz, jaki ma kolor woda tej jasnej nocy, kiedy karp umiera i wystawia swój brzuch ponad lustro wody, by odbić się w tarczy Księżyca? - po szkłach okularów przebiegają świetliste refleksy.

Ela Wasiuczyńska

- Skoro umiera nocą, to pewnie w granatach inkrustowanych srebrem? Nie za wiele srebra, - dodaję po chwili - gdyż wyglądałoby to tandetnie i nie pasowało do powagi śmierci. Tandeta ośmiesza. Posrebrzone są pewnie lekko maleńkie części fal, ot, tyle smug księżyca, ile pływa po powierzchni wody, gdy zanurzysz w niej czubek pędzelka.
A jeżeli to nie byłby granat - dodaję, - to mogłaby to być czerń kosmosu złagodzona do ziemskiego grafitu. Pewnie z domieszką głębokich podwodnych szmaragdów osadzonych w pierścieniach pijawek. Na takim tle brzuch karpia jest trupio blady, widoczny z daleka jak biała wyspa na morzu czarnym.

- Otóż nie. Śmierć karpia jest zjawiskiem cyklicznym i nie tonie w żałobnych kirach. Kiedy karp rokrocznie umiera i przewraca się mlecznym brzuchem do góry, zaburza porządek wszechrzeczy. Woda opalizuje wtedy radosnym różem i srebrzystościami księżyca, ale zdarza się też czasem, że zdąży wpleść w rwące warkocze nurtu złoto promieni słońca.

     Rozglądam się i zauważam, że nie jesteśmy sami. Zbocze pokryte jest szczelnie kocami, na których siedzi już spory tłum złakniony widowiska. Z góry nieprzerwanie lukruje wszystko białe światło Księżyca, rozsmarowując się na powierzchni wody tysiącem migotliwych gwiazd. 

- Jest coś ważniejszego - nachyla się do mnie i odgarnia kosmyk włosów tak, żeby gorący podmuch powietrza z jego ust wypełniał wnętrze małża ucha. Ścisza przy tym głos do tego stopnia, że staje się piaszczysto chropowaty. Ziarenko słów podrażnia i toczy perłę. -  Najważniejsze w tym jest to, - jego wilgotny szept osiada rosą - że w momencie, kiedy woda staje się srebrzyście różowa i oznajmia śmierć karpia, spełniają się wszystkie życzenia.

-  I trwa to tylko chwilkę? - Pytam z lekkim uśmiechem, nie mogąc oderwać wzroku od gasnącego w dole hipnotyzującego widowiska malującego się w gęstej ciszy u mych stóp. Pod drobnymi falami  gasną ostatnie opalizujące smugi różu, a karp odpływa w głębiny.

- Tak, - odwraca głowę, by spojrzeć na ciemną już rzekę. Rozgląda się i spuszcza wzrok. - Jak łatwo przegapić cud.


czwartek, 8 września 2016

(225) Trywialne objawienie

     Doznałam ostatnio iluminacji. Objawiła mi się rzecz najprostsza i najoczywistsza, która tkwi tuż przed nosem, a więc paradoksalnie jest najtrudniej zauważalna.

     Człowiek skupiony jest na celach. Co chce. Osiągnąć, mieć, do jakiej wyspy na tej zagmatwanej mapie życia dotrzeć, co na niej zbudować i kim zostać jak dorośnie.
O ile kiedyś dorośnie.
Piotruś Pan nie dorósł i miał fajnie. No ale on tak postanowił i był konsekwentny, więc można mu wybaczyć tę niesubordynację względem czasu.

     Ale! Równie ważne jest wiedzieć, czego w życiu się nie chce. Odważnie spojrzeć sobie w oczy i powiedzieć jakich cech się nie toleruje, o co boleśnie haczy dusza wirująca w ciele, do których wysp nigdy nie dopływać. Wiedzieć, czego się nie chce to już ogromnie dużo.

Ale marzeń sobie nie odmawiam. Zwłaszcza tych malinowych. Niech idą w boczki. 

Dzisiaj Dzień Marzyciela. Ktoś z Was się poczuwa do świętowania przy mentalnym torcie? Palec pod niezabudkę!

Zaraz zrobimy kawę. Wprawdzie nie mam kawy, filiżanek i pieniędzy,
ale od czego jest nadrealizm, metafizyka, poetyka snów.

                                                                                                                              Tadeusz Różewicz



A Ty? Kim będziesz, jak dorośniesz?


piątek, 26 sierpnia 2016

(224) Igraszki z Kaczyńskim

     Dziś znowu nie będzie o robalach, bo mam palący wręcz piekielnie temat, którym muszę się z Wami podzielić, niech Was też parzy, a co.

     Wyobraźcie sobie, że staję teraz na mównicy i natchniona, z rozmarzonym wzrokiem i rozmazanym okiem mówię jak Martin Luther King: I HAVE A DREAM! I ta reakcja! Z milionów płuc wydobywa się ekstatyczne westchnienie, które łącząc się z moją emfazą w jedno pierzaste serce, unosi się nad tłumem, samo będąc jednocześnie dla niego prawie namacalnym dowodem jedności i podniosłości chwili. Coś jak napisy końcowe pojawiające się przy wtórze porywającej muzyki. Wyciska łzy przez pępek.

Z tym, że mój sen daleki był od marzenia sennego, a reakcja tłumów daleka od ekstazy. Oj, tak. Aż się wzdragam na jego wspomnienie.

     Nie mam pojęcia jak go ubrać w słowa, bo nijak nie wpasowuje się w dzisiejszą, lepszą rzeczywistość nad której urwiskiem szumi już nie szopenowska wierzba, lecz brzoza (nota bene to już kolejne drzewo w szpalerze historii, obok tych, na którym gniazdo założył orzeł biały, dębów Bartek, Lech, Czech i Rus, obok jodeł, co to szumią na gór szczycie i rozdartych sosen. I jaworów, pod którymi amory. Może flaga Kanady nie jest taka od czapy?).
Sen może się jednak tak akuratnie wpasować w tę dendrologiczną rzeczywistość, że okaże się, że będzie to mój ostatni post, więc jeżeli zniknę w niewyjaśnionych okolicznościach, to wspominajcie mnie dobrze i przysyłajcie cebulę i majtki na zmianę. Dobrą zmianę.

     Mianowicie śnił mi się PREZES. Tak, sam Kaczyński. Jestem zaszczycona. I to nie był sen erotyczny, o nie! Jesoo, jeśli to byłby sen erotyczny, to o zabarwieniu horroru, z nutą groteski, a nawet makabreski. Taka niestrawna mieszanka spowodowałaby, że kołderka automatycznie zamieniłaby mi się w kir i marmurową płytę zaraz po transmisji. 

     Nie wiem, czy dam radę opisać te ekscesy, ale w końcu taki mam zawód, więc po prostu muszę, rozumiecie. Taka robota. Ale co się zobaczy, nawet we śnie, tego się już nie odzobaczy, a nie chcę być jedyną osobą na świecie z szokiem pourazowym. Mam widocznie coś sadystycznego we krwi, więc przekręćcie potencjometr tolerancji na maksimum, żeby nie doznać spalenia obwodów. Bo tu wymagane są wzmożone moce przerobowe. Normalnie aż mi wstyd. Włączcie empatię. I wybaczcie. To potrwa krótko.

Otóż prezes nosił wodę z jednego pokoju do drugiego bardzo ją rozchlapując. Dlaczego? Nosił ją w ustach, a przy tym tak się śmiał, że wypływała mu spomiędzy zębów, ciekła kącikami ust, pryskała po każdym parsknięciu. Prezes próbował zakrywać usta rękami, co jeszcze pogłębiło wydźwięk chwili. Przebiegał kurcgalopkiem w garniturze w tę i wewtę. Czułam wielki niesmak i niemal obrzydzenie. Politowanie i wstyd, całą tą niezbyt przyjemną mieszankę, kiedy ktoś wygłupia się niesmacznie, a przy tym głupkowato. Mieszanka zabójcza, dyskredytująca i dyskwalifikująca.



Chcąc przetrwać ten danse macabre, krzyknęłam: ZBIÓRKA!

Kaczyński stanął jak wryty, zbaraniał kompletnie, powiódł ciemnymi oczkami z prawa na lewo, aż trafił na mnie i w wysokim stopniu zaskoczony wykrztusił bezradnie: JESTEM PREZESEM! TO JA MOGĘ ROBIĆ ZBIÓRKI!

No już. Koniec tej traumy.

Z sennika staropolskiego:
Śnić o męskich wygłupach - uważaj, spełni się na jawie! Oraz strzelisz trójkę w totolotka.

Zaiste, sama prawda w tych sennikach.


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

(223) Mogiłka

     Miało być o robalach, ale nie będzie, bo może Wam się już przejadły? Będzie w takim razie o czymś innym. 

      Stał się oto cud i pojechaliśmy w zielone, daleeeeeko, daleeeeeko, za siódmą górę. Mim, Mat, Mama z Koleżanką i ja. No, może zajechaliśmy nie aż tak daleko, ale fakt faktem, że dojechaliśmy na pogranicze Wielkopolskiego Parku Narodowego, gdzie mamy kawałek naszej planety na wyłączność. Na górze kilka tysięcy metrów własnego nieba, pod nogami analogicznie tyle samo chwastów, a przed furtką rząd wierzb niepłaczących, szuwary, pole, o tej porze ogolone na jeża, a za nim jezioro, po którym będąc małą szczerbatą dziewczynką pływałam z bratem żaglówką albo i wpław.
     Jezioro to, jak większość jezior na tym terenie to akwen polodowcowy, w którym znajdowałam tony muszelek. Ale nie takich zwykłych, nie. Muszelki były bowiem skamieniałe. Mieliśmy kilogramy skamieniałości, ach, gdybyż zachowały się do dziś, bylibyśmy chyba obrzydliwie bogaci, co? A tak to pozostaje grać w totka.  

     Ale nie będę opisywać co robiliśmy w chwaściorach, bo to raczej nudne, no, z wyjątkiem zabaw Mata i Mima, którzy to rzucali mirabelkami do celu. Celem była srebrna strzała mamy, japoński cud motoryzacji z przełomu wieków. W zasadzie zarówno gabarytami jak i kolorem przypominała finalnie słoik dżemu mirabelkowego.

Wcisnęliśmy się do niego ponownie, a nasze pięć ciał wypełniło szczelnie przestrzeń strzały (ach, jaki smaczny zlepek szczprzstrz!). Jechaliśmy, jechaliśmy, wieczór wciskał się do środka przez wywietrzniki, oddechy uciekały przez uchylone okienka, kolana kłuły w brody, a brody kłuły kolana (Mat, nie dość, że produkuje więcej testosteronu ode mnie, to już mnie przerósł! Ma 173cm wzrostu i nie widać końca tej tendencji). No i pech i Mat chcieli, żeby odebrać po drodze zdjęcia. Stanęliśmy więc na parkingu, Mat poleciał na skrzydłach euforii po swoje foty, a ja i Mama wysiadłyśmy powdychać pełną piersią świeże spaliny miasta. Położyłam bukiet kwiecia od Mima na dachu, żeby nie trzymać go ciągle w dłoni. Wiecie, ręka się poci, łodygi też, nic przyjemnego ściskać taką zieleninę. Kładąc je na dachu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że kładę je jak na pięcioosobowym grobowcu, tylko, że wewnątrz Mim i Koleżanka bardzo żywotnie deliberują. 

- Zapomnisz o nich - beznamiętnie zauważa Mama.

- Ależ skądże, specjalnie położyłam je w tak widocznym miejscu, żeby nie zapomnieć. 

- Ze straszykami było to samo, przypominam - Mama ziewnęła przeciągle.

Zacukałam się z lekka. Hmmmm, serio? Zamordowałam straszyki w tak perwersyjny sposób? Błogosławiona sklerozo i Ty, święty Alzheimerze!

No, Mat, długonoga gazela, powrócił. Pakujemy wszystko i wszystkich do srebrnej strzały i wyruszamy.
Jedziemy sobie dostojnie, aż tu nagle na drugich światłach młodzieniec obok wykonuje bulwersujące ruchy prawicą, i patrzy na mnie uśmiechając się lubieżnie. No co za facet! Oczywiście uśmiecham się do niego również. Tylko co to za nieprzyzwoite ruchy? Aaaa, że mam okno otworzyć. Nono. Szkoda.

- Proszę głośniej, młodzieńcze!

- No to kwiatki spadły, mówię, ale dopiero niedawno!

Psiakrwia. A to nawet nie Boże Ciało. No i mamy proroka w rodzinie.



Jako, że brak fotografii ilustrującej zdarzenie, a to wysoce z nim koreluje, pokazuję Wam z czego wiosną zrobiłam cukier fiołkowy.
No to może następnym razem będzie już wyłącznie o robalach, co? 

sobota, 13 sierpnia 2016

(222) Lukratywna posada i słaba waluta

     Ostatnimi czasy w wolnej chwili przechadzałam się po rynku pracy. Rynek na pierwszy rzut oka zdawał się być wielkogabarytowy i oferujący bogatą gamę płodów ludzkich, od  elastycznego młodego koperku po stukilogramowe spasłe dynie. Wszędzie praca, praca, praca, człowieku nie opędzisz się, musisz podjąć pięć równoległych etatów, taka klęska urodzaju. 
     
     Niemniej po wnikliwych oględzinach rynek zaczął się niepokojąco kurczyć, a na straganach, jak się okazało, leżała przeważnie cebula, buraki i marchewka. I to w rozkroku. Pożądana jest sama nać, to znaczy brać studencka. Studentki za ladę pubu, sklepu, do tacy, do masażu. Studentki na hostessy i na barykady. Na infolinię i do e-commerce. Teraz to się wszystko tak ładnie nazywa. Sprzedawca to doradca klienta, albo zastępca kierownika sklepu, albo i sam kierownik. Chcąc pracować jako rejestratorka - wymagamy dyplomu ukończenia kursu, prowadzić biuro notarialne może owszem, studentka, ale już tylko prawa. Kurs wymagany niemal do każdej profesji, nic, tylko prowadzić takie kursy, pomyślałam. Obsługi kserokopiarki dla kopistki, ekspresu do kawy na sekretarkę, jednego programu komputerowego na recepcjonistkę. Żałuję, że nie jestem wieczną studentką. Bo po studiach być to już też nie, bo na pewno taka zaraz zajdzie w ciążę i to bliźniaczą.
     
     No i teraz pracuje się głównie na zlecenie, więc w zasadzie popracować można trzy miesiące i zacząć zwiedzanie rynku od nowa. Aż się zwiędnie i zostanie rynkową starą panną, babulinką straganową lat 29. 


     Ale, hola, hola! Co me modre oczęta wypatrzyły na rynku! Leży sobie soczysty i jędrny anonsik - osobista asystentka. Nie chcą studentki (to znaczy chcą, ale nie jest to warunek konieczny), praca na pełen etat (etat!), umowa o pracę, wysoka, kilkutysięczna pensja, a praca nie wymagająca wydzierania sobie rękawów - prócz prowadzenia biura, organizowanie spotkań  biznesowych, delegacje itede itepe. Na razie ładnie. Cofam się jednak trzy wersy wyżej, bo wzrok mój ukłuły słowa "dyskrecja" oraz "bliska współpraca ze mną" tudzież "obowiązki pozabiurowe".

     No i tu cię mam, bratku. Ale sprawdzę, mówię sobie, może moje myśli robaczywe zagalopowały się na tym koniku zbyt daleko, zbyt śmiało i może ja źle oceniam człowieka? Bo przecież firma ma piękną stronę internetową, wszystko ładnie i cacy, więc nic nie budzi podejrzeń. No, prawie nic. Zwłaszcza, że znajduję drugie, bardzo podobne ogłoszenie, pensja już wyższa - 7 tysięcy.

Z głupia frant pytam nobliwie o wachlarz obowiązków pozabiurowych. I nadchodzi odpowiedź, cytuję:

" (...)Natomiast zakres jest dość szeroki. Począwszy od seksu oralnego, klapsach, ciągnięcia za włosy, kończąc na seksie analnym jeśli obie strony go preferują".

Odpowiedź od drugiego "prezesa" (jeden lat 32, drugi 42 - moja dociekliwość socjologiczna kazała mi wybadać, w jakim wieku człowiek staje się tak zdesperowany i znudzony (?) i poszukuje płatnych osobistych asystentek), była jeszcze dokładniejsza. Tu już w "obowiązkach pozabiurowych" było wymienione wszystko, równiutko, w  wielu podpunktach, tak do 3/4 długości alfabetu.
     O, mamuniu. Dobrze, że leżałam, bo bym upadła.

  Teraz nie wiem, czy podołałabym tym całodobowym powinnościom :P No i w przeliczeniu na roboczogodzinę to chyba nie za bardzo się opłaca, co? Zwłaszcza, że złotówka ( tfu! pięciozłotówka), jak się okazało, to taka słaba waluta! Wystarczy, by sięgnęła bruku z wysokości metra i, o, co się robi.


PS
A na mój --->Kręgosłup Oralny wchodzicie? Opisuję tam właśnie swój gorący romans z ZUSem. Proszę się zapisywać w poczet rencistów, pókim żywa! I nie trzeba być studentką! 


wtorek, 26 lipca 2016

(221) Uroda życia

     Dawno nie chodziłam po plaży w kostiumie kąpielowym. No, nie żebym siedziała na plaży w dżinsach i koszuli zapiętej na ostatni guzik, nie. Ale dawno nie szłam plażą swobodnie z jednej miejscowości do drugiej ubrana li i jedynie w bikini.
Bardzo lubię to uczucie, kiedy woda zabiera mi piasek spod stóp, jest zimna i orzeźwiająca. Wiatr plącze mi włosy, a ja muszę ciągle wkładać te niesforne kosmyki za ucho. W zasadzie dlaczego muszę? Nie muszę właśnie, niech spadają mi na twarz. Niech jaśnieją na słońcu, niech słońce i wiatr pospołu z woda morską robią mi naturalny balejaż. Jakoś wiosną bowiem zauważyłam początek tego fryzjerskiego procesu, całe pasma siwych włosów. Spojrzałam sobie w niebieskie oko i pomyślałam, że to już. Powoli, skrada się, zbliża koniec pewnej epoki. Nie wyglądam jednak na swój wiek. Wiem. Ostatnio wprawiłam w konsternację ginekologa, niestety nie tym, co mam między nogami, lecz metryką. Dobre i to!

     Wracałam, wiatr łaskotał mnie w plecy, bawił się sznureczkiem związanym pod łopatkami w symetryczną kokardkę. A oczom mym ukazał się piękny widok. Czterech panów bez psa. Dwóch rosłych brunetów, w pełni mocy przerobowych, skanowało płyciznę w poszukiwaniu syren, pan starszy, przyprószony bardziej niż ja szedł po linii demarkacyjnej wody i lądu, a wokół nich jak elektron dreptał brzdąc płci męskiej lat na oko trzy. Szli sobie, czterej wspaniali, nic nie mówiąc, wprawiali w zamęt ziarna piasku i cząsteczki wody, a ja patrzyłam jak na film w iluzjonie. Piękny obrazek, zaprawdę powiadam Wam. 
Czasem człowiekowi zahaczy się w sercu coś tak pięknego i poruszającego, coś, czego inni nie zauważają, a które może w przyszłości wyda jakiś owoc. Kto wie, może czterej panowie bez łódki i psa pojawią się znienacka w jakiejś bajce i zostaną przesłani w kapsule czasu kolejnym pokoleniom.

Czasem udaje mi się zatrzymać coś pięknego w kadrze. Mam w głowie taką przegródkę wyściełaną niebieskim welurem, gdzie składuję ładunek z plusem. To jest takie ogniwo galwaniczne, kiedy sama jestem jednym minusem, działa jak bateria na wspomnienia. Muszę pamiętać o cyklicznym doładowywaniu :) Macie przegródkę na coś pięknego i dobrego? Co tam chowacie? :)











Szkoda, że nie słyszeliście. Kos siadał przed naszym oknem o świcie i wieczorem. Śpiewał tak cudnie, że powietrze zamieniało się w kryształ. 

niedziela, 26 czerwca 2016

(220) Co robią skrzaty w promocji? Oraz sesja i biżuteria!

     15 czerwca nie był pod żadnym względem dniem nadzwyczajnym. Nie było trzęsienia ziemi, bo ten fakt zanotowały sejsmografy w poniedziałek, wiadomo, najgorszy dzień tygodnia usiany zawałowcami i gęstym trupem.
   
    Dzień był niby słoneczny ale przydymiony, niby bezchmurny, ale grzmiący głosem piorunów. Ktoś miał rocznicę ślubu, ktoś tam komuś się urodził, ktoś świętował oblany egzamin albo dwie kreski na teście. Po dwóch tygodniach chyba już nikt nie pamięta, co tego dnia robił.

     Tymczasem, gdzieś w podziemiach matrasów i empików, zgraja pracowitych skrzatów ciągnęła za sobą dębowe skrzynie wypełnione czymś zielonym. Niestety, nie dolarami. I nie zużytymi chusteczkami higienicznymi, to akurat dobrze. Ale z tymi chusteczkami blisko, blisko, elementem zbioru wspólnego są wydzieliny głowy i celuloza.

- Jasny gwint, ale to ciężka rzecz, ta literatura! - zauważył pierwszy, wysupłując skołtunione bokobrody spomiędzy deszczułek skrzyni.

- Dokładnie!. A wszyscy gadają, że lekkie pióro! Że leciutko się czyta! Że poczucie humoru nic nie waży!

- Gówno prawda, ci powiem - spomiędzy wyplątanych bokobrodów zaraz za słowami wytrysnęła porcja gęstej śliny, lądując finalnie na ścianie katakumb księgarni. Zapadła cisza przerywana chrapliwymi oddechami o konsystencji bąka. Obaj skrzaci patrzyli leniwie jak ślina spływa po ścianie, zostawiając po sobie ślimaczy ślad.

- Wiesz. Ale podobno całkiem gładko się czyta - oczy osadzone nad bokobrodami śledziły tor plwociny aż do samej podłogi.

- A w dodatku ta blondyna z tego erotycznego autorskiego trójkąta schudła znacząco - między wąsem a brodą drugiego ukazał się mokry, różowy język podobny do jaszczurzego. Po chwili znikł w gąszczu zarostu wijąc się jak robak. Żółte ślepia błysnęły obleśnie w półmroku - wiesz, że ona latem nosi wyłącznie krótkie sukienki? I to bez niczego pod spodem?!

- Czasem dobrze być małym, co? Hehe! - spomiędzy splotów trzęsących się bokobrodów wysypały się okruchy starego gulaszu i rechot. Okruchy spadły na podłogę, a rechot wkręcił się głęboko w brudne ucho wąsacza. Ten pokręcił długim, żółtawym paznokciem w głębinach swej muszli, oblizał go ze smakiem i pomlaskując, sięgnął do skrzyni po książkę. Mokrym palcem przerzucił kilka kartek. - Ty, słuchaj, tu są nawet momenty! - dorzucił po chwili.

     Ukucnęli przy oplutej ścianie, ściskając w lepkich łapach książkę. Dwie pary oczu pełzały zachłannie po rzędach czarnych liter, a trzy ręce naprzemiennie gładziły najpierw śliską, sztywną okładkę, a potem wysuwający się spod zarostu wilgotny jęzor. Czwarta całkiem jawnie drapała goły pośladek. Pod bokobrodami powstało podciśnienie, powietrze zostało ze świstem wessane do płuc właściciela, który to, modulując głos, przeczytał, co następuje:  


"Odskoczył, uderzając plecami w drzwi. Te uchyliły się
nieco pod jego ciężarem. Stukułka, nie mając oparcia,
zsunął się po ich gładkiej powierzchni i upadł jak długi,
lądując głową między czyimiś korpulentnymi łydkami
stojącymi za progiem. Leżąc na wznak, przesunął wzrok wyżej,
na uda, skądinąd znajome. Nad nim, jak Statua Wolności,
stała Aldona Maieuskaus, dzierżąc we wzniesionej dłoni pogrzebacz, 
a w drugiej kajet. I Stukułka, patrząc na promienie okalające głowę Aldony
– a były to ołówki kopiowe, którymi wypełniała księgi w magistracie – 
doznał olśnienia i zobaczył wolność wiodącą lud na barykady.
– Aldono! Miłości mojego życia! Będziemy wolni! Ty i ja! 
Wydrzemy się z tych kleszczy wojny i pobiegniemy
ku jutrzence swobody. „Jest to najmądrzejsze posunięcie
 ze wszystkich, które uczyniłem.”, Stukułka był pewien, że czyni słusznie.
 „Lepiej będzie, gdy krew Aldony zamknięta w tak kształtnym ciele
nie zostanie przelana. Czymże jest poświęcenie dla ojczyzny?
Czyż lepiej będzie, że zginiemy tutaj, czy może damy sobie szansę
poza tym kotłem świata? Jeśli zginiemy w drodze,
cóż, taki zamysł Opatrzności. Ale dajmy sobie tę szansę.
Dajmy ją naszym nienarodzonym dzieciom!”
Po czym od razu przeszedł do czynu na skrzypiącej kozetce 
w drugim pokoju, zostawiając skonsternowaną,
przyścienną staruszkę samej sobie (jednakże czuł fizycznie
czyjeś oko świdrujące przez dziurkę od klucza
i prześlizgujące się po ich splecionych, nagich ciałach).
„Ljubow nie kartoszka – Dłużej gorąca, a i w towarzystwie lepiej smakuje”,
Stukułka, doszedłszy do tych życiowych eksperiencji, mlasnął
i zasnął na ciepłym biuście Aldony".*)


*) "Wędrówki i myśli porucznika Stukułki" wydawnictwo MG, premiera 15.06.2016


     Finalnie skrzaty zdołały dostarczyć książki do miejsca ich intymnych spotkań z Czytelnikami, gdzie, drodzy Czytacze możecie ją odnaleźć pod literką T jak Tyrmand Leopold. (Kaczce i Skorpionowi doniosły skrzynkę szampana, którego sączą mocząc odnóża w basenie (nie szpitalnym)).

     A jak to się zaczęło i jak to Kaczka i Skorpion wygrały konkurs, można doczytać tutaj:

http://booklips.pl/newsy/napisaly-najlepsze-zakonczenie-minipowiesci-tyrmanda-ich-tekst-ukaze-sie-w-ksiazce-razem-z-dzielem-autora/

i w skorpionim pamiętniczku tutaj:


Mat, jak uważasz, który profil jest mniej przykry dla oglądających?



No, ale książkę trochę też uchwyć, co?



Bez przesady!



O, idealnie. 



Dla wnikliwych - taaaak, mam profesjonalny pierścień :D



Wykonany na podstawie rysunku Newy, który jest zdjęciem profilowym Skorpiona na FB :



Cmok!
Wracam do basenu! A Wy czytajcie!


środa, 15 czerwca 2016

(219) Poranek

     Oj, bardzo lubię takie zadania literackie! Dobrze czuję się w poezji, w prozie poetyckiej. Na razie tak. A seksu wciąż nie ma :)


Twoje zadanie na dzisiaj

Dzisiaj będzie nieco przewrotnie. Na stronie Nonsensopedii (...) znalazłam taką wskazówkę na temat tego, jak napisać wiersz: 

„Po pierwsze – żadnych prostych zdań, niczego nie mów wprost. Jeżeli chodzi ci o to, że kanapka z serem jest spleśniała, lepiej napisać Ni to strawa, czy już porost, pokrywający chleb powszedni niczym ziemia nieboszczyka. Po drugie – mnóstwo metafor i porównań. Sens niewskazany, chyba nie chcesz, aby prozaiczni ludzie zrozumieli twe nasycone emocjami wiersze... (…) Po trzecie – dziel zdania enterem jak popadnie. Dzięki temu wydasz się niezmiernie natchniony”. (http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Poradnik:Ja..., online 20.05.2016) 


Dzisiaj zastosujesz się do tej wskazówki i napiszesz krótki tekst (może być wiersz, choć nie musi) o tym, że każdego dnia wstajesz rano, jesz śniadanie a potem idziesz do pracy. I tyle. 



Słońce wysuwa się asem z rękawa horyzontu
po raz sto sześćdziesiąty siódmy tego roku, tym razem pogodny.
Nie kantuje.
Promienie pełzną po pierzastych górach
w pachnącą chemicznie łączkę z ekologicznej bawełny
sieją zamęt i ziarno prawdy
genetycznie modyfikowane
mleko
w kubku z głuchym uchem.
Z górskich dolin zmartwychwstaję,  oblewam ziemistą cerę rumieńcem,
by kwitnąć o poranku wzbudzanym cyklicznie życiem.
Orzę stopami włochaty dywan, ciągnę lemiesz rytuałów,
kroję plony
androny
andruty prawd
maślane.
Mam ochotę na gruszkę z wierzby z parmezanem.
Zasadzę.
Przesadzam.
Urośnie arialem do wysokości dwunastu pikseli.


piątek, 10 czerwca 2016

(218) Włos



Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki artykuł poradnikowy „Jak podzielić włos na czworo (i po co to robić)?”.

     Tak, jak do brydża, tak i do dzielenia włosa potrzebnych jest czworo ludzi. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy ludzie ci darzą się sympatią. Nawet, gdyby jakimś cudem lubili się przed podziałem, to możemy być pewni, że po podziale już nie będą. Dlaczego? Z prostej przyczyny - podział taki jest z założenia niesprawiedliwy, a człowiek jako istota o wysublimowanym i wyśrubowanym poczuciu sprawiedliwości, z miejsca wychwyci nawet subtelne drgania w tej materii. 

Pójdźmy dalej: osoba, która zostanie obdarowana nasadą włosa z cebulką, będzie wzbudzała zazdrość osób, które otrzymają dwa dalsze, zwyczajne odcinki. Mieć cebulkę, to jakby mieć wędkę i krowę dojną jednocześnie. Można sobie hodować włos choćby metrowej długości.
Ten, kto dostanie końcówkę - zszarganą farbowaniem, a, nie daj bóg, rozdwojoną, będzie miał słuszne pretensje do pozostałej trójki.
A to nie koniec darcia pierza! Jesteśmy o włos od wojny! Wiadomym jest bowiem, że lokowaci chcą mieć włosy proste, a prostowłosi kręcone. Niesprawiedliwość i tu zagląda nam w oko. Włosa kręconego w jednostce długości jest więcej niż włosa prostego i to kolejny powód do kłótni. Włos blondyna jest cieńszy od włosa bruneta i znowu powstają niesnaski, bo blond pukli wchodzi więcej wagowo. 
Tak czy owak, ciągle źle.
Dlatego nie dzielmy włosa na czworo. Zagrajmy w brydża!



wtorek, 7 czerwca 2016

(217) Kurza twarz!

Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki tekst zaczynający się od zdań: „Ostatni wagon przeleciał z hukiem. Wybiegliśmy na tory”. (Wilk 2014: 7) 

- Kurza twarz, Żorżyk, co to było?! Widziałeś to?! - Kurakao poczochrał się po rozwichrzonej piersi, przeskakując z emocji z jednego podkładu kolejowego na drugi.

- Nooo. Ojapitolę - Żorżyk flegmatycznie przewrócił oczami  - ten pociąg dosłownie frunął w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

- Nie dziwota, w środku były same niebieskie ptaki, widziałeś je? Smukłe, błękitne skrzydła unosiły tę kupę żelastwa w powietrzu jak piórko - Kurakao, wciąż nerwowo podskakując, poczerwieniał na podgardlu - normalnie czary! 

- Ale, że co? - Żorżyk nie zadążał - Usiłujesz powiedzieć, że to, co przed chwilą rozmazało nam  w pędzie krajobraz, to latający pociąg?

- No jasne, że latający! Napędzany niebieskimi migdałami z gardeł tych niebieskich ptaków. Przecież to jasne jak słońce - piał w zachwycie Kurakao. 

Żorżyk wdrożył awaryjny tryb myślenia, który odmalował się na jego ptasiej twarzy wyrazem posępnego zasępienia.
- Kuraś, kurzy móżdżku, to chyba jednak nie bardzo możliwe- odrzekł po chwili. - Wytłumacz mi taką rzecz - dlaczego zatem, kiedy wypadaliśmy z tego towarowego, nie unieśliśmy się w powietrzu z naszą klatką ani na milimetr? Hę? Machaliśmy skrzydłami jak szaleńcy i nic, kurza morda, nic! Nie unieśliśmy się ani na moment, nie licząc momentu pędu pociągu. Ani my, ani nasza klatka.

- Ko-ko-ko-KORWA, faktycznie, brachu. On nie mógł lecieć, no ja piórkuję! Omamy mam. - W oczach Kurakao pojawiła się nuta szaleństwa (dwukreślne C), a może to tylko wirus ptasiej grypy. - Chodź na glebę, Żorżyk, czuję, że muszę zalać robaka.