czwartek, 21 czerwca 2018

(264) Podlewajcie kwiaty podczas podróży!




Mary Oliver

 "Podróż"
Pewnego dnia wreszcie się dowiadujesz
Co musisz zrobić i zaczynasz
Pomimo, że wszystkie głosy wokół Ciebie
Ciągle wykrzykują złe rady.
Pomimo, że cały dom zaczął drżeć
I ciągle czujesz kulę przyczepioną do Twojej kostki.
„Napraw moje życie”
Krzyczą te głosy
Ale Ty wyruszasz.
Wiesz co musisz zrobić
Mimo, że wiatr atakuje swoimi zawziętymi palcami
Same fundamenty Twojej egzystencji i pomimo, że jego melancholia
Jest taka straszna.
Było już i tak dosyć późno,
A noc jakaś taka dzika,
Pełna połamanych konarów i kamieni.
Ale krok za krokiem, pomału,
Głosy za Tobą zaczynają cichnąć
I gwiazdy na niebie zaczynają świecić,
Przebijając się przez płaszcz chmur.
I pojawił się nowy głos,
Który rozpoznałaś jako swój własny.
Dotrzymuje Ci on towarzystwa, kiedy
Idziesz dalej i dalej w świat,
Zdeterminowana aby zrobić
Jedyną rzecz jaką zrobić możesz.
Zdeterminowana aby ocalić jedyne życie jakie możesz ocalić.

[tłum.Małgosia Dawid-Mróz]


***


Mentalnie jestem w podróży szmat czasu.
Nie mam żadnej stałej rzeczy w życiu, nawet nie wiem, gdzie będę mieszkać. Oby się już nie przyzwyczajać. Szukam szóstego miejsca na ziemi. Mój system korzeniowy jest coraz płytszy, zdolności przystosowawcze coraz większe, mniejsze zapotrzebowanie na wodę i składniki pokarmowe.

Ale... wiem, że kaktus zakwita najpiękniej.
I jeszcze to, że kwiat kaktusa zapamiętuje się na całe życie.
















Kurdebalans. A zawsze myślałam, że jestem stokrotką.







poniedziałek, 21 maja 2018

(263) "Białe na białym" już w księgarniach

21 maja Rosjanie obchodzą Dzień Polarnika. Nie było tak zawsze, bo święto zostało ustanowione przez wodza Rosji dopiero w 2013 roku, by upamiętnić powołanie do życia w 1937 roku arktycznej stacji badawczej Biegun Północy I.  

Nasza, Polska Stacja Polarna Hornsund obchodziła niedawno swoje 60 urodziny. A w tym roku Instytut Geofizyki Polskiej Akademii Nauk zdmuchuje 65 świeczek na białym torcie. Zapraszam do zerknięcia na stronę stacji:

Polska Stacja Polarna Hornsund

im. Stanisława Siedleckiego


A kto chciałby poczytać coś o życiu naukowców, ale w kompletnie innej, niespodziewanej odsłonie, może sięgnąć po książkę, którą napisałam na podstawie rozmów z osobistościami z Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Nie są to stricte reportaże, chociaż kilka opowiadań reportażopodobnych też powstało, jest to zbiór opowiadań literackich. I to bardzo różnych opowiadań. Każde jednak zawiera dawkę nauki :)





No to zamieszczę fragmencik opowiadania, które napisałam po rozmowie z Panem dr hab. Grzegorzem Lizurkiem z Zakładu Sejsmologii:


Pan od geofizyki

Mam nadzieję, że dzisiaj w końcu uda się nam wysadzić szkołę w powietrze.
Bardzo żałuję, że nie mamy na lekcjach przyrody jakichś doświadczeń z materiałami
wybuchowymi, bo to znacznie ogranicza mi pole manewru. W klasach nie ma nawet
palników gazowych na ławkach, bo jestem dopiero w podstawówce i nie mamy
jeszcze ani fizyki, ani chemii. W zasadzie pozostaje zwarcie instalacji elektrycznej.
Siedzę w ostatniej ławce przy ścianie i od dwóch tygodni usiłuję wydłubać cyrklem
przewody elektryczne. Z racji niezawodności cyrkla zaczynam wierzyć, że
matematyka faktycznie jest królową nauk. Dzisiaj wyskrobałem sporo tynku. Mam
nadzieję, że nie przekopię się do klasy obok, bo tam jest piąta C, a ja jestem już w
szóstej i szkoda byłoby mi stracić ten rok. Wiedzę czerpię ze światowego kina.
Skazanych na Shawshank oglądałem chyba ze cztery razy, to było bardzo
pouczające. Nauczyłem się, że trzeba fedrować umiejętnie, więc to, co wydłubię,
wsypuję do kieszeni, a na dużej przerwie spaceruję wzdłuż ogrodzenia boiska i
pozbywam się dyskretnie obciążających dowodów. Potem co prawda mam trochę
problemów na wuefie, bo pani jest zła, że wnoszę na salę w butach tyle piachu, no
ale cel uświęca środki. Poza tym wuefistka się myli, bo buty zmieniam, a piasek
wnoszę w skarpetkach. A ćwiczenie bez skarpetek jest niewskazane, wręcz karalne
kropką w dzienniku, więc jestem całkowicie usprawiedliwiony a nawet niewinny.
Dzisiaj nareszcie zakwitła mi w piersiach nadzieja, bo właśnie przyjechał do
naszej szkoły pan od geofizyki. I to od razu sejsmolog! Byłem przekonany, że co
dwie głowy, to nie jedna i nie zawiodłem się.
Spotkanie odbyło się w auli. Spędzono nas tu wszystkich w czasie lekcji.
Trochę szkoda, bo przez cały czas myślałem o moich kablach w ścianie i martwiłem
się, że robota mi się nie posuwa do przodu, ale starałem się potraktować to
spotkanie jako profesjonalne szkolenie. Kto wie, czy jeszcze kiedyś będę miał okazję
spotkać żywego naukowca?
Los mi sprzyjał, bo udało mi się zdobyć miejsce w pierwszym rzędzie, więc
wszystko doskonale widziałem i słyszałem. Nawet potem trochę żałowałem, że nie
można niektórych rzeczy odsłyszeć i odzobaczyć, na przykład pytania tego
szczerbatego Józka z piątej A. Co to za dzieciak! Zapytał naszego pana od geofizyki,
co się stanie z Krecikiem, kiedy trzęsienie Ziemi pojawi się tam, gdzie nieszczęśnik
ma swoje kretowisko. Jak można poważnemu sejsmologowi zadawać tak infantylne
pytanie!? Myślałem, że się spalę ze wstydu, ale naukowiec nie miał wcale Józkowi
tego za złe, a nawet długo się zastanawiał nad odpowiedzią, ale w końcu wyjaśnił mu
wszystko i to bardzo ciekawie, aż sam się tym problemem zainteresowałem.
Ciekawe, że w zależności od tego, jak daleko Krecik będzie znajdował się od źródła
drgań, jego szanse na przeżycie będą rosły. No, ale tak czy siak na pewno nie
wpłynie to pozytywnie na jego samopoczucie.
Kolejne pytanie zadała moja koleżanka z klasy, taka wystrzałowa Weronika.
Od razu zrobiło mi się lepiej, nie tylko z powodu jej porażającej urody, ale przede
wszystkim intelektu i tego, że uratowała honor klasy, zadając pytanie na poziomie.
Zapytała, czy można uniknąć spotkania się z falą sejsmiczną, na przykład
przeskakując nad nią. No nareszcie coś poważnego! Dowiedziałem się, że fale
sejsmiczne dochodzą z wnętrza Ziemi, więc albo uderzają od spodu, albo ruszają w
poprzek. I nie jest to jedna fala, tylko cała seria, a żeby je przeskoczyć, trzeba by
posiąść niełatwą sztukę lewitacji. Weronika jest wysportowana, więc w jej wypadku
jest to chyba tylko kwestią czasu.
Pan geofizyk powiedział, że bardzo lubi spotkania z dziećmi (no nie wiem, ja
się zaliczam już do młodzieży), że są one zawsze zaskakujące dla naukowców i
wymagają od nich uruchomienia supermocy myślowych, bo dorośli już nie wpadają
na tak fantastyczne pytania. Chyba człowiek szybko dorasta, bo pan orzekł, że
gimnazjaliści i licealiści już są gorsi w te klocki niż podstawówkowicze, bo nie dość,
że się krępują, to jeszcze często są już zblazowani. (Muszę sprawdzić w necie co to
znaczy zblazowany). Wspomniał, że wielu naukowców chciałoby pozostać w
zakresie sposobu myślenia na etapie dziecka. Chciałem się zgłosić i pocieszyć pana,
że mój dziadek mówi, że każdy dziecinnieje na starość, ale w tej chwili zaczął on tak
ciekawie opowiadać, że machnąłem na to pocieszanie ręką.
Pan geofizyk opowiadał o swojej pracy. O dziwo, jego praca nie polega prawie
wcale na jeżdżeniu po świecie w poszukiwaniu trzęsień ziemi i wybuchów wulkanów,
ale głównie na siedzeniu przed komputerem, pisaniu programów, a potem liczeniu i
mierzeniu. Czasem naukowcowi zdarzy się coś spektakularnego, zanim jeszcze
zdąży dojechać do pracy. Niektórzy to mają szczęście! Pan geofizyk na przykład w
drodze na zajęcia z dziećmi zobaczył we własnym samochodzie przez ułamek
sekundy ducha. Po chwili zorientował się, że to nie jest jednak duch, tylko poduszka
powietrzna, która wystrzeliła mu znienacka przez nosem, gdy najechał kołem na
kanał ściekowy. Chwila, w której poduszka się nadyma, jest podobno tak krótka, że
nie zdąży jej nawet zarejestrować ludzkie oko. Nawet naukowca!
Pan geofizyk opowiedział też, że na drodze do pracy natknął się na zwalone
chwilę wcześniej pod ciężarem śniegu drzewo, bo miejscem jego pracy było wtedy
obserwatorium na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, do którego dojeżdżało
się malowniczym wąwozem porośniętym lasem. Drzewo całkowicie uniemożliwiło mu
dotarcie do celu samochodem, więc wysiadł i pieszo, przez śnieg poszedł po pomoc
w postaci kierownika obserwatorium i leśniczego, którzy rozprawili się z pniem przy
pomocy piły spalinowej (muszę zapamiętać, by sprawdzić, czy piła sprawdza się w
przypadku kruszenia ścian).
No i potem nasz pan rozgadał się na temat utrudnień w drodze do pracy, na
które natykają się sejsmolodzy. To było ogromnie ciekawe, bo ja do szkoły idę pieszo
i docieram do niej, niestety, bez większych przygód. Chyba, że idę ze szkoły z
powrotem do domu, wtedy zabiera mi to więcej czasu, bo mijamy z kumplami plac
zabaw z taką fajną dziuplą w drzewie, do której chowamy różne rzeczy, a one jakoś
znikają, a potem bijemy się z chłopakami z szóstej B i jest fajnie. No ale wracając do
naszego pana – z tych jego opowieści wynika, że sejsmolodzy mają wszędzie pod
górkę. Jadą na przykład do pracy w terenie, bo czasem się to zdarza, i okazuje się,
że bez samochodu z napędem na cztery koła nie da rady się tam dostać, bo trzeba
jechać przez błotniste pola, albo garbatą polną drogą do stacji, która stoi właśnie w
szczerym polu. To także powód, dla którego chyba mógłbym zostać geofizykiem, bo
oni mają do dyspozycji takie świetne samochody.
Kiedy naukowcowi uda się w końcu jakoś dotrzeć do swojego komputera, to
czasem nie sposób go od niego oderwać. Pan od geofizyki opowiedział, jak to jego
kolega został zaskoczony podczas pracy we własnym gabinecie wtargnięciem ekipy
straży pożarnej w pełnym rynsztunku. Był tak pochłonięty programowaniem i
analizowaniem danych, że nie zwrócił uwagi, że trwa ewakuacja Instytutu. To się
chyba nazywa słuch wybiórczy. Mam to samo, kiedy mama mnie o coś prosi, gdy ja
gram na komputerze – kompletnie wtedy głuchnę.
Potem nasz pan od geofizyki opowiadał o tym, jak skandalicznie mogą
zachowywać się naukowcy. I to po konferencji naukowej, w apartamencie w samych
Włoszech. W pokoju mieszkało dwóch Polaków i jeden Grek, ale z racji, że Grekowi
ciężko było mówić po polsku, a i tak naukowcy posługują się językiem angielskim,
rozmawiali więc po angielsku. No i dyskutowali tak zawzięcie na temat artykułu, który
chcieli wspólnie napisać, że po godzinie dwudziestej drugiej przyszedł ich uspokoić
roztrzęsiony sąsiad zza ściany, który wyraził opinię, jakoby nigdy w życiu nie słyszał
takiej burdy. Zagroził nawet wezwaniem policji. A oni tylko kulturalnie dyskutowali na
tematy naukowe i, jak podkreślił nasz pan, bez kropli alkoholu! (Ale po spotkaniu z
dziećmi, kiedy wszyscy już wychodzili, a ja stałem, żeby się o coś zapytać,
usłyszałem jak pan geofizyk powiedział naszemu panu od matematyki, że dopiero ta
wieczorna wizyta wytrąciła ich z równowagi na tyle, że poszli dla uspokojenia kupić
butelkę wina i opróżnili ją już po cichu).
To bardzo przypominało mi sytuację zaistniałą w szkole, kiedy to z kolegą
Stanisławem dyskutowaliśmy podczas lekcji na temat tego, czy w kosmosie da się
pisać długopisem. Kolega Stanisław położył się więc pod ławką, by udowodnić mi w
symulowanych warunkach nieważkości, że długopis nie jest wydolny działać do góry
nogami, a ołówek i owszem. Panią od polskiego zwabiła na koniec klasy nasza
naukowa dyskusja, a gdy znalazła kolegę Stanisława leżącego pod ławką, wlepiła
nam obu uwagi. Faktycznie, nie jest łatwo zostać naukowcem, bo od dzieciństwa
wszyscy rzucają człowiekowi kłody pod nogi. (...)


Jak dalej potoczyło się spotkanie z panem od geofizyki? Czy udało sięwysadzić szkołę w powietrze? Odpowiedź w książce! 



Po rozmowie z naukowcem z Zakładu Paleomagnetyzmu, kierownikiem Zakładu Badań Polarnych i Morskich, Panem prof.dr.hab. Markiem Lewandowskim powstała taka opowieść:



Yerba Mate

Gdzieś na krańcach świata, tam gdzie magia splata się z rzeczywistością, a
przeszłość z przyszłością, nad rzeką, w której mętnych wodach pływa kobieta-ryba,
leży Wielkie Miasto, a na jego peryferiach stoi Zamek Magów. Zamek z zewnątrz nie
wyróżnia się niczym szczególnym. Dla niepoznaki ma kształt typowo miejski, by jego
liczne, eklektyczne wieże i fikuśne portyki nie wzbudzały zbytniego zainteresowania
ludności. Budowla wzniesiona jest na planie prostokąta i wtapia się w otoczenie,
przypominając zwykły, szary osiedlowy blok. Na jego bocznej ścianie umieszczono
dla niepoznaki napis „Instytut Geofizyki PAN”, ale każdy wtajemniczony wie, że to
tylko kamuflaż. Mieści się tu Instytut Geomagicznych Fuzji przy Państwowej
Akademii Magii, ale dawno temu kreseczka od litery M została odłamana przez
smoka pilnującego wejścia i zrobiono z niej różdżkę dla głównego maga. Nikt z
przechodniów nie zwraca uwagi na dziwny fakt, że zamek ma zaskakująco dużo
okien. Za każdym z nich kryje się osobna komnata. Sądząc po ich ilości, których z
jednej strony zamku jest prawie sto osiemdziesiąt, nie licząc pomieszczeń
technicznych i okien na klatkach schodowych, można by pomyśleć, że
pomieszczenia są maleńkie, ale to powszechny trick, mający zafałszować
rzeczywistość. Każdy, kto miał okazję dostać się do środka, wie, że komnaty są na
tyle duże, by można było w nich zagrać w boule. Dowiedziałam się, że magowie
bardzo lubią tę grę, ze względu na mnogość możliwości zastosowania metalowych
kul, ale nie widziałam, by kiedykolwiek oddawali się tej rozrywce. Kiedy tam byłam
(aby wejść, trzeba znać zaklęcie usypiające smoka), widziałam, że każdy mag
pochylał się nad swoim stołem i był pochłonięty przez własny kawałek magii. Byłam
umówiona z magiem Lavenderem. Na korytarzach pięciu pięter zamku, po których
błądziłam, często widywałam żurawia, który pod skrzydłem nosił gruby brulion i
bacznie mi się przyglądał. Poruszał się bezgłośnie, charakterystycznie unosząc
długie nogi i pojawiał się zawsze tam, gdzie ja. A może to nie był jeden żuraw? Do tej
pory nie wiem, jaką funkcję pełnił w zamku, ale musiał być kimś niezwykle ważnym,
bo wiedział dokładnie, kto gdzie pracuje i jak mnie do niego pokierować. Zerknęłam
kiedyś do jego komnaty gdy siedział tyłem do wejścia i pochylony nad swym stołem
machał zamaszyście żurawim piórem, podliczając skrupulatnie słupki cyfr. Jego
komnata była maleńka, ale tak jak kompetencje, magicznie rozciągała się, zgodnie z
napisem na stojącej na biurku tabliczce: „Strefa pracy żurawia”. Teraz, stojąc przed
jednymi z setek drzwi, nieznacznym, ale uprzejmym skinieniem skrzydła i głowy
kierował mnie do właściwego pomieszczenia, po czym odfrunął klatką schodową w
dół, pięknie i zwinnie szybując na zakrętach.
Lavender siedział przy stole i prowadził rozmowę z kimś, kogo nie było widać.
Zaprosił mnie do środka, eleganckim ruchem dłoni wskazując krzesło. Usiadłam.
Czułam się nieco dziwnie, nie tylko z powodu nieobecności, albo raczej
niewidzialności jego rozmówcy, ale też z powodu języka, którego kompletnie nie
rozumiałam. Starałam się przyzwyczaić choć trochę do tego, że magowie,
najprawdopodobniej ze względów bezpieczeństwa, posługują się niezrozumiałym dla
zwykłego śmiertelnika, tutejszym slangiem. Lavender miał siwe, zaczesane pod górę
włosy, wysokie czoło, a pod silnie zarysowanymi, ciemnymi brwiami tkwiły zmrużone
oczy o groźnym wzroku jastrzębia. Gestykulował oszczędnie, bo splecione dłonie
głównie trzymał pod podbródkiem. Mogłam rozejrzeć się dyskretnie po jego pokoju.
Wszędzie stały grube księgi napisane w języku magów, o tytułach tak dziwnych, że
nie sposób ich zapamiętać. Spryciarze! Dwa stoły były zapełnione czasopismami,
fotografiami i dziwnymi przyrządami, których przeznaczenia nie znałam. Gdy
skończył rozmowę, uśmiechnęliśmy się do siebie. Odczułam podwójną ulgę, bo po
pierwsze okazało się, że mag miał zestaw głośnomówiący, a po drugie, że nie jest
taki groźny, na jakiego wyglądał na pierwszy rzut oka. Miał dobrotliwy uśmiech, który
topił leżące na półce świece i serca rozmówców. Moje na pewno. Zdjął migotliwie
iskrzącą szatę w kolorze głębokiego indygo, a ona pofrunęła i zawisła sama na
wieszaku. Teraz wyglądał prawie zwyczajnie. Garnitur, krawat w kolorze dojrzałych
malin, kapelusz.
– Minus i plus przyciągają się. – Mrugnął jastrzębim okiem spod iskrzącego
srebrnymi diamencikami stetsona.
– Na kapelusz jakoś nie działa, nie pofrunął, mimo że wygląda tak samo jak eee…
pański płaszcz – zauważyłam przytomnie.
– Kapelusz nie jest magiczny. Po prostu lubię robić wrażenie – wyznał prostodusznie.
– Napije się pani kawy czy herbaty? Osobiście polecam herbatę. Ma magiczny smak.
– Magiczna herbata? – zapytałam z niedowierzaniem. – To w herbacie kryje się
magia?
– Oczywiście. Opowiem pani pewną historię o herbacie. Pani bowiem przyszła do
mnie po historię, prawda? – Lavender podszedł do czajnika i zakrzątnął się przy
filiżankach. – Co prawda zdarzenie, o którym wspomnę, zostało później odpowiednio
zamaskowane, gdyż rozumie pani, czym groziłby wyciek informacji o specyficznym
spektrum naszych działań… Nie możemy sobie na to pozwolić. Nikt nie może
dowiedzieć się o magicznych właściwościach niektórych przedmiotów czy zjawisk.
Wolimy, by ludzie pijąc określony rodzaj herbaty, skoro jesteśmy przy niej,
spodziewali się takich a nie innych, nazwijmy to, medycznych, czy paramedycznych,
efektów, dzięki czemu czują, że mają wpływ na własne życie, a my możemy je
niezauważenie ułatwiać. Niech tak pozostanie.
– A jaką herbatą zostałam poczęstowana? – Przede mną pojawiła się filiżanka z
niezwykle aromatyczną zawartością.
– Lawendową, oczywiście. – Mag skłonił się nieznacznie i usiadł naprzeciwko mnie,
podając mi cukierniczkę. – Ma cudowne właściwości.
Napar był mocny, aromat esencjonalny, przyjemność sprawiało nie tylko
kosztowanie takiej herbaty, ale i jej wąchanie.
– Czy opowieść która usłyszę dotyczy właśnie lawendowej herbaty? – Nie mogłam
się doczekać.
– Nie. To będzie coś dużo bardziej egzotycznego. – Lavender zawiesił głos i zamknął
oczy, marszcząc brwi u nasady nosa, jakby o czymś intensywnie myślał. – Ale
opowiem ją pani inaczej, dobrze?
– To znaczy jak? – zdziwiłam się.
– Opowiem ją w taki sposób, w jaki pani się spodziewa ją usłyszeć, a nie tak, jak było
naprawdę. Zamienię po prostu kilka słów. Nieznacznie, ot tak, by historia nabrała dla
pani znamion prawdy i nie wydała się zbyt, hm… nieprawdopodobna. – Lavender
uśmiechnął się. – Będę mówił często o właściwościach magnetycznych, ale
wiadomo, że wtedy będę miał na myśli właściwości magiczne, dobrze? Tak będzie
prościej. (...)

O czym opowiedział mi Mag Lavender? Jesteście ciekawi?  


No to dla zobrazowania różnorodności może jeszcze fragmencik opowiadania, które napisałam po spotkaniu z kierownikiem Zakładu Obrazowania Geofizycznego, Panem profesorem PAN dr hab.Michałem Malinowskim:


Palec Opatrzności

– Ależ dzisiaj ziąb! – Siwy mężczyzna zatarł ręce i chuchając w nie podniósł
się z drewnianego kuchennego krzesła, by podpalić palnik pod staromodnym
czajnikiem z gwizdkiem. Rozległ się trzask pocieranej o draskę zapałki, której
pełgający gorący jęzor polizał wiekowe zagłębienia wyrzeźbione dłutem czasu na
jego twarzy i nałożył na nią ciepłą, drżącą poświatę. Dłoń obciągnięta pergaminową
skórą przybliżyła i skłoniła płonący łepek zapałki ku kuchence, przelewając jej
zapałczane krótkie życie w buchające narodziny fioletowo-żółtych płomieni,
wydobywających się z koncentrycznie ułożonych dziurek palnika. Życie nie kończy
się nigdy, tylko zmienia swą formę. Nadzieja na nieśmiertelność mieszka w
metamorfozie.
Stary otworzył szafkę, wyjął z niej dwie błękitne filiżanki z lekko obtłuczonym
szkliwem na kobaltowym pofalowanym rancie, pieczołowicie otworzył torebkę z kawą
i nasypał do każdej z nich po czubatej łyżeczce brązowego, lekko wilgotnego
proszku. Na końcu delikatnie popukał łyżeczką o ich krawędź, by odpadły od niej
ostatnie drobiny. Spojrzał w bok na czajnik i zapatrzył się na ledwie widoczną
smużkę pary wodnej unoszącej się z jego dziubka. W tej pozycji można było
dokładnie przyjrzeć się ostremu profilowi mężczyzny. Podłużne nozdrza prostego,
wydatnego nosa poruszały się lekko w rytm jego oddechu. Na bladej, dokładnie
ogolonej twarzy zaciskała się sieć głębokich zmarszczek, a spod opadających
kącików powiek błyskały wodniście niebieskie, wypłowiałe tęczówki. Odwrócił się,
oparł tyłem o szafkę i skierował oczy na syna siedzącego przy stole.
– Wychodzisz dziś? – Pytanie wyrwało młodszego mężczyznę z zadumy. Wpatrywał
się gdzieś w dal, mimo że za oknem nie było nic widać. Kompletnie nic. Biel, zupełnie
jak mleczna biel zamalowanych witryn nieczynnych małych sklepików, zamarłych w
oczekiwaniu na kapitalny remont. Za oknem ktoś malował na szybie koronkowe
gałązki.
– Wiesz, tato, myślę o tym, czy jestem jeszcze komukolwiek potrzebny...
– Oczywiście, że jesteś. Dlaczego w to wątpisz? Zawsze byłeś i pewnie długi czas
jeszcze będziesz. – Głos starego był niski i ciepły jak szal z najdelikatniejszego
moheru. Czajnik odezwał się najpierw nieśmiało kilkoma krótkimi, krztuszącymi się
piśnięciami, a potem zagwizdał przeciągle i wibrująco.
– Jestem potrzebny tylko wtedy, kiedy trzeba coś zrobić, wiesz, jak chłopiec na
posyłki. Zrób to, pomóż w tym, tamto daj. A kiedy już jest po robocie, w zasadzie
staję się zbędny i niewidoczny.
– Hm. Mnie jesteś potrzebny, Christof. Tak po prostu. – Stary położył nacisk na słowo
“mnie”, nalewając wody do filiżanek. Za każdym razem wkładał wskazujący palec
lewej ręki do kobaltowo wykończonego wnętrza. – Jesteś moimi oczami,
przedłużeniem mojego istnienia. Żyję w tobie. Wiem, że wychowywałem cię dla
świata, dla innych ludzi, a nie dla siebie. Tak powinno być, to prawidłowe i dobre dla
obu stron. Myślę, że mi się to nawet nieźle udało, a to dziwne, przecież jestem
debiutantem, bo jesteś jedynakiem. Ale mimo to, niezależnie gdzie właśnie jesteś,
potrzebuję cię. Nie musisz być przy mnie fizycznie, wystarczy mi świadomość, że
gdzieś tam sobie żyjesz. – Stary położył kawę przed synem i sam ze swoją usiadł
naprzeciwko. Pociągnął z lubością mały łyk i przymknął powieki. – Oczywiście
najbardziej cieszę się, gdy mam cię tuż obok, ale w miłości wystarczy świadomość
istnienia kogoś bliskiego. Możesz być gdziekolwiek, byle byś był. I myślę, że z
pozostałymi potrzebującymi jest tak samo.
Christof patrzył w swoją filiżankę. Pianka unosząca się na powierzchni kawy
wirowała coraz wolniej, aż wreszcie zatrzymała się, po czym zaczęła kręcić w
odwrotnym kierunku. Spod stołu wydobyło się ni to ciche skomlenie, ni ziewnięcie i
dźwięk otrzepywania się, więc mężczyzna oderwał wzrok od kubka. Pianka zwolniła.
– Manitou, psino, obudziłeś się. Jak tam twoje sprawy? – Stary sięgnął dłonią pod
blat i zaraz potem poczuł, jak wsunął się pod nią puszysty i ciepły łeb huskyego. –
Pójdziemy na spacer? – Głowa zwierzęcia przechyliła się pod ręką człowieka,
wychynęła spod stołu, a jego błękitne oczy poszukały ludzkich. – Spacerek, co? –
Pies szczeknął radośnie i merdając ogonem przylgnął przednią częścią ciała do
podłogi, po czym ponownie otrzepał się i rozsiadł w oczekującej pozie niedaleko
drzwi. – Pójdziemy w trójkę, a potem zagramy z Christofem w statki, dobra? – Stary
potrącił ręką cukiernicę, wysypując z niej maleńkie kryształki, ale za to zdołał
bezbłędnie zlokalizować psa.
Christof spojrzał na rozsypany cukier, a ten posłusznie wpełzł chrzęszczącymi
strumyczkami z powrotem do cukiernicy.
– No, no! Tylko bez cudów! – roześmiał się siwowłosy, dopijając kawę. Chodźmy!
Na zewnątrz faktycznie było bardzo chłodny, ale nadspodziewanie słoneczny
poranek. Zima przetoczyła się białą kulą na północ, a w powietrzu zamiast jej
wysysającej pustki czuć było wiosnę. Unosił się w niej ten charakterystyczny zapach
obietnicy i poczucie pełni możliwości, jakie przynosi z sobą dziewiczy rok pełen
szans nowych poranków. Wspólnie odgarnęli topniejący śnieg z oparcia ławki
stojącej na ganku, zostawili na nim zimowe kurtki i poszli w stronę leżącego w sercu
ogrodu niewielkiego pagórka, na którym rosła samotna jabłoń. Ziemia pod ich
stopami w okamgnieniu pokrywała się trawą, która z każdym ich krokiem stawała się
wyższa i wpełzała w górę wzniesienia, wyprzedzając ich znacznie jak rozwijający się
żywy dywan, a wysuwające się z ziemi mniszki zakwitały intensywną żółcią i wabiły
swoim nektarem owady. Christof schylił się po patyk i rzucił go w kierunku drzewa. Kij
przeleciał ze świstem między konarami porosłymi młodą zielenią i bladym różem
delikatnych kwiatów i zniknął w chaszczach na końcu ogrodu. Manitou pognał za
aportem jak wiatr, jego kontury zamazywały się w błyskawicznych ruchach, a kudłata
postać była tylko szarym śladem na płótnie świata. Zanim wrócił, na jabłoni
czerwieniły się już owoce. Stary zerwał zwieszające się, brzemienne sokiem jabłko i
wgryzł się w chrupiący miąższ. Drugie rzucił od niechcenia za siebie. Ślepy traf lub
on sam chciał, że wprost w ręce syna.
– Wieczność nie jest fascynująca, nie wiem, co ludzie w niej widzą. – Christof
przeżuwał spokojnie odgryziony kęs. – Cykliczność staje się ciągiem zdarzeń, przez
co ich znaczenie traci na wyjątkowości. Czy takie trwanie jest celem ludzi? O to im
chodzi?
– Mimo swojej niedoskonałości, to jest bardzo pociągająca wizja, zauważ. – Stary
obrócił głowę w kierunku czegoś, co było za płotem ogrodu, a co obszczekiwał
Manitou. – Chodzi tylko o wyzbycie się cierpienia. Strachu, bólu. Ludzie są w stanie
zrobić wiele, by pozbyć się tego, co ich uwiera. Sami próbują to robić na różne
sposoby, ale prędzej czy później wołają też ciebie. Ludzie boją się tylko nieznanego.
Próbują więc okiełznać rzeczywistość, by ujarzmić przyszłość. Nie wiem, czy jedno i
drugie jest dla nich wykonalne. Mimo że mają w sobie pierwiastek boskiej mocy
sprawczej, to spalają ją w pogoni za mrzonkami, zamiast żyć, robiąc coś
pożytecznego i dobrego dla innych. To jest prawidłowa droga, więcej nic nie trzeba.
To właśnie droga sama w sobie jest sensem. (...)

Kim jest mądry starzec, jego syn Christof i pies Manitou? Domyślacie się? Przeczytajcie wszystkie historie, w antologii jest 26. Zobaczycie inny świat, niedostępny dla nas, zwykłych ludzi. 

Serdecznie zapraszam. Nie będzie nudno!

Książkę można kupić na Allegro, wpisując "Białe na białym", można też w księgarniach:





i innych.


No, to jeszcze może jednak reportaż, co? :) Rozmawiałam tym razem z zastępcą dyrektora ds naukowych, Panem dr hab Mariuszem Majdańskim, prof.PAN.


Bohaterowie mimo woli

Człowiek goni marzenia, a człowieka – przygoda. Optymalną prędkością, z
jaką powinno się to robić, okazuje się być prędkość dziesięciu węzłów, czas jaki jest
na pogoń potrzebny, to czterdzieści dni, miejsce – Svalbard. W łapaniu marzeń
jedynie cena wydaje się być przeszkodą, bo jest tak słona, jak otaczające archipelag
morza. Cena 100 000 euro dziennie za wynajęcie statku gdzieś na Zachodzie może
nieco zniechęcić, dlatego 26 000 złotych za statek polski wydaje się być ceną
niewygórowaną, a przez to nawet kojącą.
W czasie gdy przygoda łapała nas w Storfjorden, mieliśmy wspólnie
osiemdziesiąt trzy lata, wiek, w którym doświadczenie i wiedza zdobyte przez
jednego człowieka są w miarę wystarczające do tego, by móc pływać po zdradliwych
i niebezpiecznych wodach Arktyki. Ale była nas trójka i każdy z nas miał wtedy po
jednej trzeciej dzisiejszego doświadczenia. Jedno, co mieliśmy w nadmiarze, to
szczęście. Dużo szczęścia.
Był rok 2005. Miałem wtedy dwadzieścia siedem lat i wspólnie z Mateuszem
Moskalikiem, moim kolegą z roku, również fizykiem, jako młodzi doktoranci
uczestniczyliśmy w wyprawie polarnej. Przez trzy tygodnie naszym domem była
kajuta na statku szkoleniowo-badawczym Akademii Morskiej w Gdyni. Statek
Horyzont II miał pływać nieco zygzakiem po wodach oblewających wschodni brzeg
Spitsbergenu i zachodni wyspy Edgeøya, byśmy mogli przeprowadzić nasz
eksperyment dotyczący badań podziemnych i podwodnych struktur geologicznych
tego rejonu Arktyki. Badania przeprowadzało się w ten sposób, że detonowało się
ładunki wybuchowe na otwartym morzu, a stacje sejsmiczne ustawione na
wybrzeżach zbierały dane, które potem przetwarzaliśmy. Naszym zadaniem było
właśnie rozstawienie takich stacji na wybrzeżach obu wysp. I to tyle, jeśli chodzi o
pracę. Cała reszta, która pozostała do wykonania, była już wyłącznie czystą zabawą
– mieliśmy rejestrować drgania sejsmiczne wygenerowane przez wybuchy na morzu.
No i musieliśmy jeszcze uciekać co sił w silniku przed linczem marynarzy, którzy
brali nas za piratów, chcących celowo wysadzić w powietrze ich statek, obrabować z
cennego ładunku i odrzeć z tajemnicy o ich lokalizacji. Łatwizna!
Do tej roboty byliśmy wprost idealni. Młodzi, niedoświadczeni, szybcy, a przy
tym ambitni, ciekawscy i odważni, tacy, którzy z właściwą dla młokosów butą umieli
śmiać się życiu prosto w twarz, wydłubując kryl spomiędzy zębów, a przy tym nie
bali się ryzyka. Jednym słowem – żółtodzioby.
Trzeba przyznać, że do przedsięwzięcia przygotowywaliśmy się
pieczołowicie, a przy tym bardzo entuzjastycznie. Zaczęliśmy od najważniejszego –
usiedliśmy za biurkiem z gorącą herbatą. Potem wyznaczyliśmy punkty na mapie, w
których zainstalujemy materiały wybuchowe i rozstawimy sprzęt sejsmiczny.
Oczywiście, z dużą dozą prawdopodobieństwa po przybyciu na miejsce mogło się
okazać, że teren przeznaczony pod stację jest już zaanektowany przez stado
morsów albo usiany szkieletami wielorybów. Wyznaczenie tych punktów na mapie to
tylko początek. Potem trzeba się w ogóle dostać na teren badań, odnaleźć
wyznaczone miejsca i odpowiednio je przygotować do przeprowadzenia
eksperymentów. Dopiero gdy to wszystko się powiedzie, można działać dalej –
podłączać komputery, łapać łączność satelitarną, cały czas przy tym sporządzając
notatki terenowe. Oczywiście wszystko pod gołym niebem. Kontakt ze światem jest
możliwy jedynie przez telefony satelitarne i radio o zasięgu kilku kilometrów. Aby
kompleksowo przygotować punkt badań sejsmicznych potrzeba zatem trojga ludzi:
naukowca, który zna się na sprzęcie badawczym, zainstaluje go i obsłuży, człowieka
z bronią, który będzie miał baczenie na niedźwiedzie polarne i marynarza do obsługi
pontonu.
Nasz eksperyment wymagał rozlokowania od czterdziestu do pięćdziesięciu
punktów ze stacjami sejsmicznymi, więc trzyosobowe ekipy trasę od statku do
wybrzeża wyspy Edgeøya i z powrotem pokonywały wielokrotnie. Każda taka
wyprawa trwała cztery, pięć godzin. Cała ekipa liczyła pięciu naukowców,
dwudziestu studentów marynarki wojennej i kilku oficerów, a wszyscy musieli uwijać
się jak w ukropie, mając na uwadze, że jeden dzień wynajęcia statku kosztuje
majątek – godzina jest warta przeszło tysiąc euro. Doprawdy, motywujący imperatyw
dla tempa pracy.
Wybiła moja godzina. Z pokładu padło kluczowe pytanie:
– Mariusz, a pływałeś kiedyś w ogóle pontonem?
– Raz, na Mazurach – odparłem zgodnie z prawdą.
Po chwili niezręcznej ciszy usłyszałem coś w rodzaju pełnego zrozumienia
chrząknięcia:
– Yhm, no to cóż, płyń…
(...)

To dopiero była przygoda, mówię Wam! 

Ściskam Was Skopioczytacze! Płyńcie!


niedziela, 29 kwietnia 2018

(262) KOCIM PAZUREM: nie trzeba jechać do Peru, żeby mieć perskie dywany, czyli jak łatwo pozyskać gada

[z offu dochodzi pukanie w mikrofon przerywane zmiennie posapywaniem przeplatanym z ocieraniem się o kable z płynącym w nim strumieniem miziających elektronów, co ładuje atmosferę dodatnim ładunkiem, bo plus do minusa, te sprawy. Aż w końcu gładką taflę ciszy z tej strony ekranu rżnie głos...]


Halo? Słychać mię?!


[szur szur, mrrr, kkkrrrkkkk]


Atansją! Tu Lima. L I M A. Mówiem! 

Moja Matka Zastępcza jest zajęta, więc obejmuję dowództwo nad tym kawałkiem intehnetu. Thudno, nie trzeba było zostawiać otwahtego komputeha...
To ja może szybko napiszę, chociaż mi thochę thudno pukać w klawiatuhę, bo znowu uhosły mi paznokcie. Hybhydowe! A ponieważ ja się dobrze żywię w tym siedmiogwiazdkowym hotelu o inthygującej nazwie Skohpioland, więc to zhozumiałe, że mi wszystko ładnie hośnie. Dzięki czemu hasłem naszego domu jest hasło "Tu żywią i bhonią".  Bhonią to akuhat mowa o mnie, bo jestem świetnym sthóżem. Wystahczy, że śpię w wiathołapie i żaden obcy nie ma odwagi przekhoczyć phogu, zważając nawet tylko na moje gabahyty i ghoźny wygląd bultehieha. Ale o czym ja, aha. Przycina się, przycina te moje paznokcie, maniukiuhy hobi, a one spod spodu pyk!, wyłażą jak sztylety. Ja tam nie narzekam, bo spoko się takimi hybhydami orze krzesła, ale moja Matka tego chyba nie lubi. No nie wiem, mnie tam się podobają te krzesła tehaz. Takie thochę indiańskie, a thochę kowbojskie. Podobnoż fhędzle są ciągle w modzie i ja w tym domu jako jedyna staham się nadążać za modą. Oczywiście nikt tego nie docenia, banda skostniałych oldskuli!

No ale o czym to ja. Aha.

Mama przyszła do mię w czasie sjesty popołudniowej, hozkosznie przeciągniętej do hana dnia następnego, ze wzhokiem mętnym, z jednym okiem wywalonym na lewą sthonę, że to białe tak ładnie błyskało i już już miałam chęć skoczyć na to, bo przypominało mi bahdzo piłeczkę pingpongowa, ale whóciło na swoje miejsce, czyli niebieskim do przodu. A to już przygasza jakby zabawę, atmosfeha siada, hozumiecie. Popęd w dół, postawa nocnego sthóża, mahazm, nihilizm, phawie zgon, czyli stan konstans czy jakoś tak, z tendencją jakby zniżkową.

Matka najpiehw mię skrzyczała, to znaczy nie, że wokalnie, bo ona spojrzała tylko tym swoim krzywym okiem z błyskającym białkiem i powiedziała - oj Lima, Lima, jaki ty masz ghuby tyłek. A sami wiecie, a już szczególnie osobniki ze zdublowanym chhomosomem X, jak się odbieha takie uwagi. GHUBY TYŁEK. No nie. I to tylko dlatego, że wygniotłam thochę krzaczki lawendy, tak na amen, czyli dokonałam wielokhotnej deflohacji. Zdeflohowałam oghódek, uszczuplając go haptem o dwie do trzech lawend i połać skalniaków, któhe tak cieszyły to kaphawe oko mej Matki Zet. Ale moje ciało cieszyły bahdziej, o koci haju, jakie one były puszyste! Tehaz muszę namówić Matkę na powtóhny zakup tych dywanów, bo thochę ciągnie od klepiska i jeszcze się pochohuję.

Ale o czym ja, aha.

Matka po tych przydługawych dyghesjach na temat mej wagi pióhkowej i jej ponoć thagicznych konsekwencji dla oghodu i finansów (haha, dophawdy), przeszła do klu: łopocząc rzęsami, dosyć długo hozpływała się nad tym, jak to w sklepie zoologicznym trzymała w hęce i tu uwaga, bo pojawi się stek bzduh, mętnych dywagacji balansujących na poghaniczu zdhowego hozsądku, wahiacji emocjonalnych i taczka przesadnej puchatości. Otóż dowiedzieliśmy się bahdzo dokładnie, przez jakie to stany emocjonalne przepływała, gdy trzymała w hęce... DZIECKO GEKONA. Otóż miał być ponoć słodki, śliczny, mięciuchny, miał konsystencję żelka Haribo i tehaz uwaga, najlepsze - MIAŁ DELIKATNE, CUDNE HĄCZKI i cały był kochany, co wphawiło Matkę w stan uniesienia i hozdętej czułości. Jeszcze się nabawi odmy od tego i zemrze w kwiecie wieku.
Ołmajgad...

Tehaz widzicie, co się może stać z człowiekiem, kiedy trzyma w hęku ohizdnego jaszczuha. Jak można popadać w taką emfazę nad gadem? Thochę się obawiam,  że go tehaz przywlecze do Skohpiolandu i będzie hołubić jak zamohską księżniczkę, a wiadomo, że księżniczka jest tylko jedna - JA. Konkuhencję staham się dyskhetnie likwidować, w czym pomaga mój wydajny układ pokahmowy.

Muszę zmykać, bo Matka whaca, nie mówcie jej że pisałam, dobha? Jeszcze wrzucę zdjęcie, żebyście zobaczyli, w jakich skandalicznych wahunkach muszę tu spać. Spahta, jak phagnę zdhowia. I nie daj kociborze (kocibóh to takie kocie bóstwo, któhe hozdaje siedem do dziewięciu żyć, no ale to każdy gópek wie), że zmuszą mnie do odstąpienia od łoża na rzecz tego pahchatego gada!

No to pa! Idę deflohować oghódek! Wschodzące piwonie są takie kuszące! Meh!


PS
Jakby wasi szefowie mieli otwahty komputeh, to piszcie do mnie! Kotki i kocuhy, opanujmy intehnety! Chomiki, szynszyle, ptaszohy też mogą, w końcu co. Oghanicza nas tylko bhak przeciwstawnego kciuka! (Nie dotyczy węży, ale węże i tak nie są hozmowne). Hyby niech może dyktują migowym.


sobota, 14 kwietnia 2018

(261) O kobiecie, która zawróciła bieg rzeki kijem

     Uliczka skręcała łagodnie w lewo i obniżała swój bieg płynnie jak koryto górskiego strumienia. Maleńkie domy zrośnięte wspólną ścianą z kamienia stłaczały się po obu stronach niewzruszenie, grzejąc swe blaszkowate grzybie daszki w popołudniowym upale i próbując oddać nagromadzone ciepło skostniałym murom przez spoiny wapiennych żył. Skóra domów  z wyprażonych na słońcu kamiennych łusek grzała w plecy mężczyzn siedzących na ławkach przed każdym wschodnim wejściem, zachodnia strona pozostawała w zziębniętym cieniu. Kocie łapy ławek wysuwały i chowały pazury, i mrucząc z lubością, prężyły grzbiety pod dłońmi gładzącymi ich poręcze.
Małe okna porośnięte otoczakami patrzyły na ulicę wzrokiem bazyliszka i mrugały trzecią, mleczną powieką tiulu. Zza powieki wylewały się na ulicę, łza po łzie, życia mieszkańców, zagłodzonej mikroflory miasteczka i spływały suchymi kanałami burzowymi, plotąc historię, od wieków taką samą. Gdy umierali, chowano ich w piżamach, bo szli przecież na wieczny spoczynek, a nie na bal. 
     Na końcu cichej uliczki siedział skryba, machał drutami i plótł z niej andruty, które upychał ciasno w bibliotece. Mieszkańcy karmili się własnymi opowieściami i rośli jak na drożdżach. Nie chcieli znać nikogo spoza miasteczka, bo i po co? Byli samowystarczalni. Gardzili ichnimi, bo gorsi, mieli w poważaniu miasta ze szkła i stali, kto to widział, panie, żeby mieszkać w akwarium. Zimą ubierali się w puchate kożuszki z pleśni wyhodowanej samodzielnie w winnej piwniczce, gdzie warzyli piwo, którego sami nie mogli wypić, więc wylewali ukradkiem do zlewu. W piwnicach pachniało stęchlizną, wszystkim odbijało się wczorajszym. W miasteczku wszystkie lustra pokazywały wypaczony obraz. Kobiety miały podkowiaste usta, których kąciki obciążały niebieskie kamienie uwiązane na sercu. Każdego ranka kobiety wymiatały spod łóżek łzy na szufelkę i wrzucały do kufra z wianem, posag jak malowany. Związywały ciasno warkocze, by nie pękły na pół, by nie pojawiła się rysa na twarzy, rozpadlina, przez którą widać co mają w środku. Dlatego ich ściśnięta skóra była pomarszczona i matowa.

     Ignis Altero pojawiła się nagle. Jechała po ulicy jak burza, a wiatr wydymał jej czerwony spinaker koszuli. Spod metalowych kół dwukolca pryskały iskry, które dzieciaki z piskiem opon mózgowych chwytały w słoiki i karmiły słomkami przez cały wieczór. Pruła w dół, wychylała się na zakrętach, szurając kolanem o ulicę i  wysuwając w bok kij, przesuwała go po sztachetach płotów, robiąc w końcu wiele hałasu o coś. Po ulicach niosło się głośne: trrrrrrrrr! Waliła w parapety, budząc mieszkańców, tłukła krzywe lustra. Kocie ławki w popłochu dawały drapaka, a mężczyźni, sięgając bruku, pocierali obolałe zadki i drapali się w porośnięte szczeciną głowy. Podmuch dwukolca wzbijał w powietrze kłęby kurzu i powodował przeciąg od jednej bramy miasta do drugiej. Ulice wymiotło do żywego.

     Ignis przyjechała, by zabić skrybę.

     Jadąc z powrotem, widziała uśmiechnięte, piękne kobiety ubrane w kwieciste sukienki. Stały w progach jasnych domów, niektóre siedziały na pustych skrzyniach. Poprawiały przycięte włosy, z wdziękiem wspierając bose stopy na obrośniętych kwiatami skalniakach z niebieskich kamieni inkrustowanych tu i ówdzie łzami skurczonymi do wielkości diamentu.

     Śmiech Ignis oprawiony w ramy błyskał teraz bielą w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał skryba. W bibliotece uruchomiono nowoczesną tkalnię, a materiały, które tam wytwarzali mieszkańcy stały się cenionym towarem eksportowym. Wyburzono część pustostanów, dzięki czemu można było budować warsztaty, dziedzińce i parki. Do miasteczka przyjeżdżali kupcy i turyści z odległych szklanych miast i zawsze częstowani byli herbatą, bo jak wiadomo, herbata jest dobra na wszystko. :)


***

No, to taka opowiastka na dziś, obrazek, który zakwitł mi rano na tylnym płatku mózgowia. A mogło być w sumie gorzej, bo oto co grozi od machania piórem. Są jakieś dodatki za pracę w warunkach szkodliwych?



     Poszłabym do kina na jakiś piękny film. Albo obejrzała coś w necie. Coś lekkiego, pięknego, ale nie naiwnego i bronciepanieboze pretensjonalnego. I żeby nie kończyło się źle, bo trochę mi już żyłka się napręża z wysiłku. Coś relaksującego, prawdziwego. Istnieje w ogóle taka kompilacja dla dorosłego?
Chyba proszę o bajkę na dobranoc. Tak, to coś takiego, tylko target inny :) Polecicie coś na porost dobrych myśli?

PS
O, coś takiego jak "Frida" z Salmą H. To apropopo prawdziwych.

piątek, 6 kwietnia 2018

(260) Dla ludzkości jest nadzieja!

Mim, dziecię moje drugorodne, które dopiero martwą uniosło powiekę, zmachane życiowo influenzą przebiegającą z widowiskowymi hołubcami, które to dziecię wyczyniało po chwilowej utracie świadomości, a z której wyrywał je ratownik medyczny ujeżdżający karetą, to ten właśnie, ten sam synek mamusi po pierwszym dniu w szkole:

- Mamusiu (albowiem upatrzyli sobie obaj to słowo, uważając je chyba wielce żartobliwym). A więc - Mamusiu, mam dla ciebie dwie wiadomości - dobrą i złą. Którą chcesz najpierw?

- Złą oczywiście, bo potem będzie mi dwakroć przyjemniej. A ja lubię jak mi jest przyjemnie - co jest najszczerszą prawdą, ponieważ jestem hedonistką pełną gębą i chciałabym, żeby zawsze było mi dobrze, a świat mówił do mnie kici-kici i smerał pod pulchną bródką różowym piórkiem. 
No i teraz chciałam być pomiziana różowym piórkiem, to się od razu nadstawiłam.

Mim wciągnął powietrze do swych wymizerowanych chorobą płucek, które przed chwilą przeganiał po Orliku, i z których mogłyby wydostawać się okrzyki niewybredne, jakie tylko niespełna dwunastolatek wydobyć potrafi, z cyklu - no podaj, jak podajesz ośle garbaty, tudzież kaloszu parchaty, psia twoja nać. No mogłyby, ale niestety gra w ciszy. 
No więc wciągnął i używając tego powietrza, przedmuchał je przez struny głosowe, artykułując tak oto:

- Zacznę zatem od dobrej wiadomości, która brzmi: nie dostałem kropki za nieprzygotowanie z religii.

- Brawo, synu! Hosanna! Cóż za spektakularny sukces! - napuszyłam się od razu, bo nie dostać kropki jest rzeczą wielką, zwłaszcza przy zaawansowanej sklerozie i postępującej wybiórczej demencji Mima. - To teraz ta zła wiadomość, nic nie może zmącić mej radości!

- A zła jest taka, że w wiadomości numer jeden skłamałem.


No, spuchłam z dumy. Rośnie mi niebywałej rangi dygnitarz państwowy. Tak powinno się przekazywać niewygodne wiadomości, o na przykład:

- O, ma pan syna, śliczny chłopak! Podobny do tego hydraulika, co to do państwa przychodził, prawda? Jaki on jest przystojny! Jak Adonis! Gratulacje!

Albo:
- Kupiłem mamusi cudne kolczyki, ale w tym roku przebijemy tylko uszy, dobrze?

Albo:
- Był wypadek samochodowy, nie udało się nikogo uratować, prócz pana. Ale pocięte zwłoki, które przewoził pan w walizce, ocalały!

sobota, 31 marca 2018

(259) Może skusicie się na książkę, jakiej nie było?

Kochani Skorpioczytacze!

Doprawdy, nie wiem, co jest w tych świętach, że na tuż przed mam w domu taki burdel. One zawsze przychodzą nie w porę. Jeszcze chwilę wcześniej miałam czyste okna (a potem złośliwie sikało po nich brudną wodą), miałam też czyste podłogi (dopóki nie spadł na nie mak, twaróg i kocie kłaki), czyste łazienki dopóki (noooo, dopóki się ich nie używało) i w ogóle wszystko było gites, świąteczne i pachnące. Powinnam chyba robić dokumentację fotograficzną, a potem złożyć sobie wszystko w HDR i napawać się sterylną czystością i ordnungiem. No niestety, takie luksusy to nie dla mnie. Wszystko na świecie jest labilne i nic nie lubi próżni, więc w Skorpiolandzie wygląda jak co dzień, ale co ja się mam przejmować. Ważne, że mamy drożne przejście do lodówki.

Tymczasem na świat powoli wystawia głowę dziecko, które zostało poczęte w efekcie ścisłej współpracy z naukowcami Instytutu Geofizyki PAN w Warszawie. Jeździłam do Instytutu i miałam okazję rozmawiać ze światowej klasy specjalistami, z samego czubeczka Mount Everestu nauki. To było dla mnie niesamowite przeżycie. Co to za ludzie! Co za historie! Jakie umysły!



Nasze dziecko składa się z 26 opowiadań powstałych na kanwie przygód, które przeżyli naukowcy. Muszę z satysfakcją przyznać, że sporo tam namieszałam piórem i nie są to reportaże. Zwiedzimy stację Hornsund na Spitsbergenie, popłyniemy z Antarktydy do Rio, popływamy po Narwi. Opowiadania są dowcipne, wzruszające, zaskakujące a czasami z niespodziewanym efektem łał. Można sobie we własnym fotelu poprzeżywać całą gamę emocji i dowiedzieć się przy okazji ciekawych rzeczy. Książka uczy, bawi i rozrywa. Będę zaszczycona, jeśli będziecie mieli ochotę sięgnąć po nią. Już za chwileczkę już za momencik! Aktualizacje na stronie Instytutu na Fb: https://www.facebook.com/igfpan/

Ale to jedna strona medalu. Radość i zadowolenie, że się udało. 

A było ciężko. Bardzo ciężko. Wtedy, kiedy trwały prace nad książką, już podjęłam decyzję o rozwodzie. Mąż robił mi piekło na ziemi. A ja - byłam zmotywowana jak nigdy w życiu. Pisałam w piekielnie trudnych warunkach. Jestem podwójnie dumna, że mi się udało i to na wysokim poziomie. Nie poddałam się. I nigdy nie poddam. 

A to, co przeżyłam, to materiał na świetny poradnik dla kobiet. Ale to już inna historia :) Cieszę się, że się do mnie odzywacie, gratulujecie odwagi. Ale odwaga to tylko przezwyciężanie strachu. Tylko i aż, bo to bardzo trudne. Dziękuję, że się ze mną dzielicie swoimi historiami, trzymam za Was kciuki, Kobiety. Dacie radę.
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy z kolei trzymają za mnie kciuki, nawet nie wiecie jak wiele sił mi to daje. Bardzo potrzebuję :* Bo sprawa ciągle w toku od blisko roku, że tak sobie zarymuję frywolnie :)

Miejcie dobre dni, Kochani!



niedziela, 4 marca 2018

(258) Dzień Pisarza, który wszyscy obchodzili wczoraj, a ja dzisiaj


     Zaskoczę Was, ale wczoraj był Dzień Pisarza. Na razie jakoś obchodzę go nieprzesadnie, może z racji braku wielbicieli on line - bez czerwonych dywanów, wiechci kwiecia i sypania płatków róż na prześcieradło. Za różami nie przepadam, ale i tak byłoby to bardzo miłe, niemniej kto by to potem sprzątał? I tyle prania, bo kwiatki puszczają kolorowe soki, które trudno sprać.
     
     O, tu może wtrącę patent dla artystek z okolic, jak zrobić sobie metodą chałupniczą domowy batik bez wosku. Otóż na tkaninę kładziemy kwiatuszki i bezdusznie roztrzaskujemy je młotkiem, przez papier do pieczenia (woskowany hehe), aż do puszczenia posoki. Chabry mają ładną krew, bratki też. Odciskają swoje piętno piękna na przykład na bieluchnej pościeli. Potem trzeba to zaprasować, żeby utrwalić i przypieczętować związek chemicznie i termicznie. Czyli tak, jak w życiu. Lekki ciepły nacisk wzmaga homogeniczność.

     Wracając do Dnia Pisarza. Otóż w domu mam takie dwa pisarskie przypadki, które łechcą mnie mile w okolice serca i mózgu. I nie chodzi tu o zdolności nawet, ale o chęci i walkę na pióra zamiast pięści, o co w sumie nietrudno, jeśli ma się potomków płci męskiej.

     Znalazłam w swojej drewnianej skrzynce po winie, w której trzymam listy, kartki i dowody sympatii od Was, Braterską, acz Jadowitą Bitwę na Słowa, którą toczyli moi synowie rok temu, w imieniny Mima. 


Mim do starszego brata pisze:

Macie!
Nieudaczniku drogi,
Co stoi koło drogi.
Co z ciebie wyrośnie?
Chyba róża na sośnie.
Tyś żywej skolopendry* nie widział,
Bo jej niedowidział.
Jak masz żyć bez okularów,
Tak samo jak rolnik bez swych psów...Azorów.

* skolopendra jest ulubionym zwierzątkiem Mima.

Pisownia oryginalna.

A Mat, buchając obłoczkiem siarki z nozdrzy na początku i hamując epitety bezpośrednie, a skłaniając się ku tym zawoalowanym, spreparował taki oto odzew, który od połowy do końca skapuje już czystą miłością. Cały Mat!

Ze tak powiem, mój Braciszku,
Beznadziejne wiersze piszesz!
Wszystkie one są bez sensu,
A te rymy... bardzo dupne...

Chwalić Ciebie - jak tak można?
W końcu Tyś Mickiewicz nie jest.
Mimo wszystko ktoś Cię ceni,
komuś się podobać może.

Zajmij się czymś innym, Bracie,
Boś z wierszami nie po drodze.
Przyrodnikiem, ekologiem,
Byle nie wierszopisarzem!

Ach, mój Mimku, mój kochany,
Cóż o Tobie można mówić?
Że wierszami się zajmujesz?
Trochę Ci to nie pasuje...

Jednak powiem Ci w sekrecie:
Jak chcesz - pisz te wiersze dalej,
Mózg też ładnie swój rozwijaj,
Byś nie skończył jako prostak.

A ponieważ imieniny
Dzisiaj masz mój Mimku drogi,
Życzę Ci, byś ładniej pisał
I marzenia swoje spełniał.




Ale Mim chyba nie zostanie poetą, tylko pisarzem idącym własną ścieżką, choćby miała nurt przeciwny do mainstreamu.

Oto jakie słowa znalazłam pod jego ostatnim wypracowaniem z polskiego o Ani z Zielonego Wzgórza (nie mógł strawić). Adresatką jest polonistka:

PS
Wypracowanie nie jest długie nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że wybrałem taki krótki rozdział (niestety).

o_O


     Niech żyją zatem wszyscy pisarze - nieboszczyki, ci w fazie żyjącej, acz larwalnej, ci w kwitnącej i płodnej, i ci, którzy piszą do szuflady. Ściskam wszystkich Znajomych i Zaprzyjaźnionych Pisarzy! :*

    A kto pragnie, niech mi śle kwiaty i białe półsłodkie wino. Także bez okazji i w wielkościach nielimitowanych!



niedziela, 11 lutego 2018

(257) 11. 02 .2018 - piękny dzień!

   I nadszedł ten wielki dzień.
   Dzień, którego koniunkcja planet i zbiegi okoliczności uczyniły wyjątkowym. Co jest wyjątkowego w 11.02.2018? Me przenikliwe trzecie oko od razu to zobaczyło. Przekazało impuls do drugiego mózgu, który w okamgnieniu przetrawił dane wypluwając w trymiga wynik:

dzień: 1+1=2
miesiąc 0+2= 2
rok: 2+0+1+8=11, a to jak wąż łyka swój ogon, dając obraz nieskończoności: 1+1=2

Dzień parzysty, dzień par, doskonałe konotacje na zrobienie czegoś w dwójkę. Dzisiaj wszystko się może udać!

No i właśnie dzisiaj o północy, w pierwszej minucie tego niesamowitego dnia, zakończyła się licytacja książki, którą w miesiąc piórem machnęła Kaczka, kolcem rył Skorpion, a nieboszczyk Tyrmand jako jedyny, normalnie, jak człowiek napisał długopisem. I to otworzyło drzwi postawione na progu krętej ścieżki kariery, wszak Tuwim odkrył już dawno, ze aby mieć u czytelników powodzenie trzeba albo umrzeć, albo być obcokrajowcem, albo pisać perwersyjnie. Najlepszy zaś sposób to być zagranicznym perwersyjnym nieboszczykiem. 
Rola nieboszczyka była już obsadzona. A kto wziął się za perwersję w książce, też wiadomo. 

Licytacja "Wędrówek i myśli porucznika Stukułki", alternatywnej i kontrowersyjnej wersji drugiej wojny światowej toczyła się między dwoma Paniami. -->Momarta, jak Frankenstein, rażona życiodajnym piorunem licytacji zmartwychwstała z hibernacji blogowej, uszczęśliwiając swą obecnością czytelników. 

EEG zadała cios młotkiem do licytacji, oferując 130 złotych polskich, czym ustanowiła również rekord Guinnessa ceny książki napisanej przez trójce nie tak świętą. 

Laur z liści bobkowych należy się obu Paniom, bo Momarta, nie bacząc na wynik walki, od razu na początku wpłaciła na poczet rehabilitacji Michała okrągłą sumkę.

Dziękuję Wam moje Panie! Jesteście Wielkie!



No i dzisiaj jest rocznica ślubu Michała!

Po wtóre - Michał pojedzie na rehabilitację! Do zbiórki dołączyła Małgosia Południak. Przekazała na ten cel swoje książki, kapiące od pięknej, dojrzałe poezji. Bez Jej pomocy nie dalibyśmy rady. Dziękuję raz jeszcze, Małgosiu!
Dziękuję Wam wszystkim, którzy włączyliście się w akcję!!!!! ♥

Wyjazd Michała to nie wszystko, czego potrzeba, by zahamować chorobę. Bo nie o wyleczenie chodzi, to choroba nieuleczalna, tylko o to, by nie posuwała się tak szybko. Najlepiej byłoby ją zatrzymać teraz. Michałowi potrzebna jest też rehabilitacja domowa, pieniądze na leki. Cały czas można wpłacać na konto Zrzutki 

TUTAJ:


Można tez przekazywać Michałowi 1% swojego podatku. Trzeba jedynie wypełnić dwa pola w deklaracji podatkowej PIT:

KRS 0000338878
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

EEG, daj proszę znać na uslugiliterackie[małpa]gmail.com, dogadamy szczegóły :)

No, a teraz lećcie robić tak, by ten dzień stał się jeszcze piękniejszy! Cmoook!


piątek, 2 lutego 2018

(256) Dlaczego przykułam się łańcuchem do kaloryfera i nie mogę swobodnie olśniewać (jeszcze)

     Za dwa tygodnie... Jezu, nie! Już za tydzień! Za tydzień, w związku z moją zawrotną karierą literacką i nie tylko, mam odbyć sesję fotograficzną. I dodam, że to nie ja będę robić zdjęcia, żeby była jasność.
     Zostałam uprzedzona, że będę musiała przebierać się i to chyba kilkukrotnie, w zależności od światła i innych czynników przyrodniczo-fotograficzno-socjologicznych. Ja tam bym wolała w całkowitych ciemnościach, żeby skryć swe rysy i nie mówię tu o wyniosłości biustu npm, bo to ledwo Gubałówka. 
     W związku z powyższym zostałam zmuszona przez wewnętrzne, naglące głosy, które założyły mi skutecznie nelsona na moją odzieżową ignorancję, do wędrówki przez knieje, chaszcze, kręte dróżki upstrzone wilczymi dołami jak lustro w ośrodku pomocy socjalnej, do przedzierania się przez ostępy najeżone ostrokołami, pokonywania smoków i szalonych wiewiórek z zębami jak dłuta, nie mówiąc o drapieżnych pająkach wielkości bernardyna. No, krótko mówiąc zmusiły mnie do zrobienia porządku w szafie. Jak Skorpioczytacze zapewne się domyślają, skończyło się katastrofą, bo kto jak kto, ale ja celuję w życiowych katastrofach. Takie mam hobby jakby. No. 
     Pierwsza katastrofa, której kwaśny smak jest znany wszystkim Paniom, pulsuje mi na języku czerwonym neonem: ALE JA NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ. Może dlatego, że wyrzuciłam z szafy jakieś 300 kilo niepotrzebnych, jak się okazało, ciuchów, to znaczy wyleciało prawie wszystko, prócz sukienek, koszul, białych spodni i dżinsów, bowiem kto zna Skorpiona, ten wie, że odziewa się on w koszule i takież spodnie notorycznie.
     Ale to by było pół biedy. 
    Druga tragedia ścina krew w żyłach i miesza zmysły w ciągu nanosekundy: JESTEM GRUBA. No niby stan znany Paniom również, ale w moim wydaniu stało się to NAGLE. Sama nie wiem kiedy, bo do tej pory piżama, w której chodzę całą dobę, ciągle na mnie pasuje. A jednak stało się. Potrzebuję na gwałt namiot. Dwójkę. No, może nie na gwałt, ale na sesję. Wolałabym chyba sesję z genetyką i biochemią, a więc z przedmiotami, które wchodziły mi na studiach tak boleśnie jak wchodzi drzazga pod paznokieć albo wątróbka. A tu będzie sesja jeszcze gorsza. 

     Zwłaszcza, że uznałam, że mam złą fryzurę. Jakoś mi nie pasowało coś. Przycięłam sobie zatem trochę boki przy uszach. No nie, żebym miała takie opony sięgające wysoko pod uszy, no nie. Włosy podcięłam. Musiałam wyrównywać. Potem wyrównałam grzywkę, która stałą się jakoś nienormalnie długa. No i ją też musiałam wyrównać. A potem jeszcze raz. Na końcu okazało się, ze włosy były ok, nie ok za to było z twarzą, no ale jakby nie mam drobnych na operację plastyczną, a nawet gdybym miała, to nie zdążę się zagoić. Cóż. Czytałam, że akurat rozpoczął się konkurs na projekt plakatu promującego Międzynarodowy Festiwal Teatrów Plenerowych i Ulicznych. Moje szanse rosną.

     Cóż bis... Wyciągnęłam zgrzewkę wody z garażu, zapleśniałe suchary zza szafek i przykułam się grubym łańcuchem do kaloryfera, po czym związałam sobie dla pewności ręce sznurem do bielizny, uprzednio wyrzuciwszy nożyczki, żeby mnie nie kusiło wyrównywać ponownie. Moi synowie mają zakaz reagowania na moje ciasteczkowe rozkazy, zakaz ulegania błaganiom i szantażom różnej treści, a także mają nie lękać się moich gróźb karalnych. (Ja tam bym się bała strasznie). Pod żadnym pozorem nie mają dać się zwieść mojemu słodkiemu głosowi syreny, mamiącemu, że tylko to jedno maleńkie i to z wydłubaną czekoladą. NIE. Żadnej wydłubanej czekolady z piegusków! Zakaz jabłeczników, serników i ciastek pod groźbą wydziedziczenia i wprowadzenia ostrych restrykcji czasowych w korzystaniu z xboxa. Co jak co, ale to ostatnie działa niewymownie. Od godziny łkam, żeby mi ktoś odgarnął włosy z oka. Paluszkiem.

     Boże! Świeć Panie nad moją tuszą!

A one się tak do mnie śmieją!


środa, 31 stycznia 2018

(255) A u nas szaleństwo! Licytacje, damsko-męskie akrobacje!

1. Proszę ja Państwa, co tu się wyrabia! Do akcji SOS dla Michała, skorpionowego kolegi w niedoli dołączyła się owocnie Małgorzata Południak. No i teraz szaleństwo! Tomiki poezji wyprzedane, ale można posiąść te oto torbę przecudnej urody, licytacja trwa na fejsie! Przekazała ją przyjaciółka Małgosi - Sonia. Dziękuję, Dziewczyny! ♥


Zdjęcie użytkownika Malgorzata Poludniak.


Licytacja torby TUTAJ:

------> Torba borba!



2. Dołączam z książką, która popełniłam z Kaczką. Oddaję swój prywatny egzemplarz, dwa ostatnie zostawiam dla moich Synów. Książka jest nowa, może być z dedykacją lub bez, wedle uznania. Jeżeli ktoś wybierze opcję "Z", obiecuję napisać na jej karcie strofkę-rymowankę ku czci Wygrywańca licytacji lub na temat, jaki Wygrywaniec wybierze.
Wygrywaniec wpłaca kwotę na zrzutkę Michała TUTAJ i przesyła swoje namiary naziemne na mój adres mailowy uslugiliterackie[at]gmail.com, a ja wysyłam Mu książkę.

Cena wywoławcza... no nie wiem. Hm, na ile wyceniacie jęzor Skorpiona i pióro Kaczki? 3 dyszki? Niech będzie!

Cena wywoławcza 30 zł. Koniec licytacji w sobotnią noc 10 lutego o północy.

Licytacja w komentarzach pod postem, bo może na Fb trudno wszystkim trafić? Kto da 3 dyszki? Kto przebija?


O książce można poczytać  -----> TUTAJ

3. Oczywiście ciągle można wpłacać bezpośrednio na stronie ze zrzutką. Nie krępujcie się wpłacać nawet małych kwot. Można anonimowo! ;) Naprawdę, każde 2 złote się mnoży. Żeby każdy wpłacił po dwójeczce, już dawno sumka byłaby zebrana. Mamy już 2325 złotych! Czyli do upragnionych 3200 już niedaleczko. Nie ma przeciwskazań, by przekroczyć tę sumkę, a co! 


4. A może ktoś chciałby przekazać swoje dzieło albo srebra rodowe na zbożny cel? Hę? Niech pisze do mua, dopiszemy go tu albo wstawię w poście link do licytacji u niego.



Zbieramy TUTAJ:

Michał zbiera na bilet na dalsze życie - turnus rehabilitacyjny



A teraz clou programu! Dwa wieczorne słowa od Michała! :)





Tutaj jest dwuminutowy program z TVP Gdańsk o Michale,w którym wypowiada się on sam, jego mama i lekarz. Zachęcam, byście zerknęli mimo okrągłej minuty reklam przed.

https://gdansk.tvp.pl/28698302/oddal-pieniadze-ale-sam-potrzebuje-pomocy



A na słodki deser z mojego drugiego bloga --->Kręgosłup Oralny (jakby kto nie wiedział, no ale chyba nie ma takich, hę? No ja mam nadzieję, bo tyle śmichu z chorób tam, ze może grozić anatemą), przeklejam post o sanatorium w którym poznałam Michała w listopadzie 2016 roku. Wierszyk mój, ofkors, taki mogę stworzyć i wpisać na kartę wylicytowanego Stukułki.

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)



- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!