środa, 26 kwietnia 2017

(240) Siała baba mak

     Powoli kończy mi się zapas liter, które noszę w środku. 

     Jestem jak dwustronna łodyżka maku. Na jednym końcu pusta makówka, w której grzechoczą ostatnie ziarna, owoce sezonu który mija. Pisałam maczkiem, pilnie. Orałam białe pola stron, siałam historie. Wypisałam cały atrament z klawiatury, aż mnie pióra bolą. Jestem obolała i chcę zasnąć makowym snem.

     Z drugiej strony łodyżki jestem zielonym i prężnym pąkiem, z pulsującym sokiem pod omszoną skórką i jeszcze złożoną czerwoną, pomarszczoną spódniczką, która tylko czeka na to, by wysunąć się z futerału i rozkwitnąć szkarłatem. Czekam na plony. Jestem pełna nadziei i nie chcę zasypiać. Szkoda czasu, trzeba w końcu urodzić samą siebie. To ja jestem początkiem do każdego celu.


     Ostatnio jestem bardzo do środka, podszewką do góry. Strasznie przyklejają mi się do niej paprochy świata, z których w środku toczę perły jak beczki. Toczę beczki śmiechu, czasem toczę łzę i wojny.

Zobaczymy, jak to się potoczy. Bądźcie ze mną ♥





poniedziałek, 3 kwietnia 2017

(239) Cyrk na kółkach

     Borzeborze, czy jak wyjdę z domu, to od razu świat musi tak na mnie łapczywie napadać? Ja wiem, że świat jest mnie wielce złakniony, gdyż ostatnio mało się udzielałam światowo i multidyscyplinarnie, jedynie mury, które mnie ściskają w objęciach odczuwają przesyt, tworząc ze mną roztwór bardzo nasycony, co objawia się u mnie przesytem i cofaniem treści. Dążąc zatem do upragnionej homeostazy, wypuściłam się na miasto w towarzystwie dwóch przystojniaków. 

     Pragnąc przewietrzyć głowę i zabrać w płuca trochę innej kultury niż organiczne multikulti własnych bakterii, Mat i Mim pojechali ze mną do Empiku na spotkanie z Andrzejem Maleszką. Nie, żebym była psychofanką owoców jego metafizycznych mózgowych lędźwi, ale ostatnio stałam się napaloną wojerystką artystów, zwłaszcza związanych z rynkiem księgarskim. 
     
   I tu bije źródło malowniczego opisu naszego spływu bystrym nurtem wydarzeń o wysokim stopniu kuriozalności. 
     
     Niedziela to, zważcie. Przedstawienie czas zacząć! Aktorzy biorący w nim udział nie są już młokosami, oj nie. Mają doświadczenie! Więc próżny trud narzekania tu na młodzież.

     Stoimy z Matem i Mimem na naszym macierzystym przystanku tramwajowym, z racji podziemnego ułożenia zwanego na wyrost metrem. Przez dwie minuty nic się nie dzieje. Martwota. Słońce leniwie wpada przez przeszklony dach, grzejąc moje gołe palce u stóp, które po pół roku stania w obuwniczej zagrodzie, pierwszy raz w tym roku zostały wypuszczone na okólnik, by pobrykać w klapkach. Ludzie siedzą na ławkach, wpatrują się w smartfony, gołąb robi kupę, pijak lat 55 plus schodzi do lądowania lotem koszącym po schodach, ściągany na prawo przez niewidzialną gumkę. Kątem oka rejestruję, że jedna część koszuli wpełza do spodni, a druga wypełza na wierzch, pewnie z racji słabowitości owej gumki. I nagle łopot przybliża się do mnie, pokonując te dwadzieścia metrów w minutę trzydzieści osiem koma dwa, zaliczając jeszcze po drodze siad na ławce, a znad kołnierzyka koszuli, dokładnie z czerwonej bulwy, kipi wyraźnie skierowana do mnie oracja o bardzo krótkim czasokresie, ale niebywale intensywnym natężeniu, w pół sekundy generując u mnie wysokie napięcie.

- Zaraz ci przyje**ę! Przyje**ę ci! - obietnica wystrzeliła z ust jego karminowych wprost we mnie, a takich obietnic, (tak, tak!), ja się po prostu boję. Tym bardziej, że nogi jego zaczęły nieść korpus z rękami kręcącymi się jak wiatraki wprost ku nam, by bez zwłoki wypełnić przesłanie wypowiedzianych proroczych słów.

    Nie wdając się w żadne dyskusje, wszelkie wysiłki skierowałam na to, by stać się z chłopcami niewidoczną. Ku mojemu zdziwieniu nie rozpłynęliśmy się w powietrzu, w przeciwieństwie do beknięcia pana. Jako, że próba numer jeden okazała się nieskuteczna, wdrożyłam plan awaryjny, czyli pospieszne udanie się do ostatniego wejścia do wagonu mojego pseudo metra, które miłościwie podjechało. Kątem oka zobaczyłam jeszcze, że wiatrak został poniesiony na fali własnych emocji i siły tłumu do przedniego wejścia. Usiedliśmy zatem z ulgą na miejscach skierowanych bokiem do kierunku jazdy. Gdzieś z przodu wagonu dochodziły jeszcze gasnące groźby człowieka-wiatraka, gdy wtem, przystanek dalej, do tramwaju wsiadła para mieszana i wstrząśnięta w sumarycznym wieku circa stu dwudziestu lat, z butelkami po ice tea wypełnionymi procentami i zaczynają się zachowywać jak trunek, czyli wyskokowo. Torują sobie drogę w ciżbie alkoholowym odorem i kulami, by finalnie ułożyć swe ciała na siedzeniach niedaleko nas. Pani zajęła siedzenie po nawietrznej, pan po zawietrznej. Pan zaczyna wygrażać pani w sposób niedwuznaczny, a wypowiedź jego jest soczysta od ornamentów, wśród których prym wiedzie słowo, które zastąpi wszystkie pozostałe, w zależności od jego intonacji. Facet był zaczepny koguci i jurny w pysku, myślałam tylko o tym, by nie doszło do reakcji wybuchowej między przodem a końcem wagonu. 




Moje modły zostały wysłuchane, bo środkowymi drzwiami wszedł kolejny cyrkuśnik. Wielki, siwy, nasączony alkoholem po bożemu, jak to w niedzielę. 

- Posuń się! Mówię, posuń się! - wydobyło się zaklęcie z siwej brody do pana z brzuszkiem, na oko dwunasty miesiąc, który trwał niewzruszenie jak skalny sezam.

- Przepraszam się mówi - rzekł z wyrzutem ciężarny.

- Nie! - gruchnął podpity brodacz. - Tobie nie powiem! Tobie powiem SUŃ SIĘ!  - brodacz wlepił z góry swe wyłupiaste oko w ciężarnego obleczonego w czerwone polo.

     I zaczął monologować w przestrzeń, natchniony jak Mickiewicz, poruszając pasjonujący temat zasięgu swych łokci, które będzie właśnie trzymał tak a nie inaczej, i nikt mu, ku*wa nie zabroni! Dowiedziałam się, a przy okazji kilkadziesiąt innych osób, co nieco o sile jego kolan, braku problemów z łydkami oraz silnych pęcinach, które zdołają go jeszcze jakiś czas utrzymać w pionie, jednakowoż nie moralnym, bo właśnie obrażał jakąś siedząca niewiastę za to, ze siedzi, a nie stoi.

     Siedem minut jazdy za nami, jesteśmy w połowie. W połowie jest najciekawiej, bo za oknem pojawił się wilkołak. Będę musiała teraz klęczeć na surowym grochu przez jakieś osiem lat, bo jedno oko mi ciągle zezowało na niego, dopóki nie ruszyliśmy. Cała prawa połowa jego twarzy, łącznie z powieką, pokryta była włosami, do tej pory widziałam to tylko w telewizji i w internecie. Tylko nadprzyrodzonej, boskiej interwencji należy przypisać to, że wilkołak nie wsiadł do naszego wesołego tramwaju, bo nie wiem jakby to się skończyło, gdyby zauważył go wiatrak z przodu, prawie bijąca się para o kulach z tyłu i Łokietek pośrodku. 
     
     Namiot cyrkowy ruszył dalej, zostało kilka minut naszej golgoty w oparach absurdu i alkoholu.
Potem już było z górki, bo na przedostatnim przystanku dosiadł się tylko młodzieniec lat 40 w kurtce z wymiocinami na plecach i dwiema torbami na kółkach, które wygrywały brzęcząc butelkami marsza. Był bardzo spokojny i nie wadził nikomu, co wszyscy przyjęliśmy z nieskrywaną ulgą. 

     Udało nam się dojechać na miejsce w jednym kawałku, na spotkaniu zdążyliśmy się dwa razy wzajemnie zgubić, więc de facto wyjazd zakończył się podwójną porcją lodów i pozyskaniem plakatów Emilii Dziubak, na którą szykowałam się wojerystycznie, ostrząc zmysły od dwóch tygodni, a która wystąpiła dzień wcześniej.

     Czy jak wychodzicie i jedziecie tramwajem raptem czternaście minut, to Was też tak życie mocno dotyka?


środa, 8 marca 2017

(238) Wyznanie z okazji Dnia Kobiet

     Zdarzyło mi się pewnego razu, że byłam z koleżanką w kawiarni. Przy stoliczkach siedziały grupki ludzkie w konfiguracji liczebnej miłej memu sercu, czyli zazwyczaj pary. Układ doskonały, wymagający skupienia wyłącznie na drugiej osobie, więc można oddać się jej całkowicie, ale tez mieć do niej całkowity dostęp. Oczywiście czasowo, werbalnie i atencyjnie, chociaż jak stoliczek jest odosobniony, to kto wie. 
      
     Tworzyłyśmy grupkę płciowo niezróżnicowaną, natomiast obok nas, zupełnie blisko, tak na odległość sterczącego na skórze włosa, siedziała para mieszana. Na oko i ucho trochę jakby zakochana, znająca się od niedawna, to widać. Pan około pięćdziesiątki, nawet trochę po, w okularach, łysiejący, siwiejący, z brzuchem, więc wszystko klasycznie, a obok niego trochę młodsza partnerka, okulary, pierwszy siwy włos pokryty szczelnie farbą, więc też wszystko jak należy. Para sączyła białe wino, z ich ust sączyły się zdroje elokwencji, erudycji i czego tam jeszcze na e, na zmianę z pocałunkami, które są na p. Wsiąkali w siebie wzrokiem, słuchem, uczynkiem i zadbaniem. I nagle nad ich głowami zafurkotało zdanie, które drapie me wnętrze do tej pory, a które wypłynęło z ust pana, wybrzmiewając tak:
- Ach, jaka ona jest fajna ta nasza koleżanka, mam z nią wspólne zainteresowania. Mógłbym z nią być i może byłbym.- rzekł. Po czym chyba się zreflektował, że to faux pas i dodał - oczywiście, gdybym Cię nie znał i nie był z Tobą - spojrzał na panią gorąco i zdziwił się okrutnie, że pani spuściła oczy i wbiła wzrok filiżankę, bardzo długo mieszając jej zawartość i zagryzając wargę.
- Nie mówi się takich rzeczy kobiecie, z która jesteś - powiedziała.




     A mnie się zrobiło tak... No właśnie, jak? I drugie pytanie do Was - co zrobiła pani?

Wszystkiego najlepszego, Kochane! Bądźcie silne, dobre, samodzielne i piękne, czyli nie zmieniajcie się! ♥ Ja tam lubię Dzień Kobiet :)

środa, 22 lutego 2017

(237) Maskara

     Zakrawa wręcz na cud miary tego w Kanie fakt, że piszę post raptem dwa dni po poprzednim. Nie przetrzymam Was tym razem ani w miesięcznym rozkroku, ani w napiętym oczekiwaniu, kiedy coś się tu pojawi. Ale muszę napisać teraz, bo sprawa nie cierpi zwłoki. A zwłoki nie cierpią spraw zaległych. Zwłoki nie cierpią, poprzestanę na tym.  
     
     Otóż dostałam ulotkę z firmy kosmetycznej Y, w której cyklicznie zaopatruję się w kosmetyki, w tym tak zwane kolorowe (cykl wynosi jakieś dwa i pół roku) i oko swe zawiesiłam na towarze powoli deficytowym w mym koszyczku, mianowicie na tuszu do rzęs zwanym maskarą. Nie używam terminu maskara, żeby słowo nie stało się ciałem, ponieważ mnie nazwa kojarzy się z dwoma kolejnymi: masakrą i maszkaronem. Widocznie to wyrazy bliskoznaczne. 

     Cóż wyczytałam w ulotce? Czuję podśluzówkowo, że płoniecie żądzą poznania tej tajemnicy. Otóż pierwszą część czytam gładko, mój wzrok mizia literki w takim ekwilibrystycznym układzie: Tusz zwiększający objętość rzęs 360 stopni z proteinami migdała. I tutaj następuje pierwsze zawieszenie zwojów, nawet wielokrotne. Objętość rzęs? Zwiększa? No dobra, o ile procent? Nie procent?! Stopni?! Jak się mierzy objętość rzęs? Wszystkich? Jednej? Chodzi o grubość pojedynczej rzęsy, tak? Wytłumaczcie mi, proszę Ale dlaczego w stopniach? A może te 360 stopni wycięto w tym jednym migdale? Stopnie z proteinami. Fakt, jestem blondynką, w dodatku, na moje nieszczęście naturalną, a więc wrodzoną i może dlatego do mnie to nie dotarło aż tak wyraźnie jak to, co przesylabizowałam potem: Efekt otwartego oka 360 stopni. Hmmm. Szok i niedowierzanie, jak mówi Mat. Maluje się tym oczy na powiekach, kiedy się śpi w pracy? Aż boję się wyobrazić, co się musi dziać z powiekami za gałką oczną. Bo one chyba uciekają do tyłu, skoro cała gałka, czyli kula 360 stopni jest na wierzchu? I to ma mnie upiększyć? I to za 25,90? Może się skuszę... Zauważyłam, że zaczynają mi opadać powieki.  

Oryginalny japoński patent.Nie trzeba konturówki.
Źródło zdjęcia ginie w mrokach dziejów i internetu.

      Po tym odkryciu na miarę Indii, które okazały się Ameryką, od razu przeczytałam całą ulotkę bardzo dokładnie, czego nigdy nie robię, w poszukiwaniu innych kuriozów. Ale nie, nie znalazłam niczego szczególnego. No, może zafrapowała mnie trochę Praktyczna kosmetyczka na weekendowy wyjazd i nie tylko. Po zapoznaniu się z wymiarami zauważyłam zgryźliwie, że mogłabym ją faktycznie, wziąć na wyjazd, ale w charakterze torby na ekwipunek, nie kosmetyczki i nie na weekend, ale na co najmniej tydzień. Boję się teraz pomyśleć co można targać na dwutygodniowy urlop w Kenii. Dlaczego akurat w Kenii? A nie wiem, to pierwszy kraj, który skojarzyłam z dwulitrową flaszką repelentu. 

Ale wiadomo przecież, że ja nie potrzebuję upiększeń! Proszę, dowód! Tak mnie zdybano na plaży!


Ela Wasiuczyńska

poniedziałek, 20 lutego 2017

(236) Blackmail

     Żyję, żyję! To tylko chwilowy, przymusowy postój na ostrzenie piły. 

     Od razu lecę do Was z nowinkami. Otóż ------>Michał w niedzielę jedzie na swój turnus rehabilitacyjny! Juhu! Udało się, udało! Bardzo Wam dziękuję, na Was można liczyć i się nie przeliczyć. Ja to ale mam Czytaczy, fiu fiu! Najlepszych na świecie! Michał Was ściska, każdego z osobna i wszystkich razem :*


     Zgodnie z zasadą, że optymizm jest kwestią perspektywy, a perspektywa jest kwestią wyboru, wybieram pół szklanki pełnej (tę z budweiserem). Zaskoczył mnie ostatnio Mim, który zaczął mnie szantażować coraz śmielej. Mami mnie wizją porządku w chłopięcym pokoju. To wspólny ekosystem Mata i Mima, zasiedlony na zasadzie komensalizmu przez pająki kosarze, kurzowe koty, mrowie roztoczy, skarpetek, chleba porośniętego mgiełką hodowli pędzlaka i kropidlaka (pokojowa hodowla antybiotyku), rybki bojownika z rakiem (rak nie wolnożyjący, tylko przy płetwie), dwóch patyczaków i mauzoleum mrówek. Jestem nawet w stanie ulec, ponieważ wizja wzorcowego porządku, u mnie wręcz sprawa nieosiągalnej rangi mitycznej, jest dla mnie wielce nęcąca. Coś jak kwiat paproci, złota kaczka, złote runo... Niby jest, ale nikt tego jeszcze nie widział. Pragnę to zobaczyć przed śmiercią, jak Neapol. Ale Neapolu już nie chcę widzieć ponownie, raz mi wystarczy. Pamiętam tam ludzkie kupy na, kiedyś reprezentacyjnym, placu i nieprzerobionego do końca transseksualistę na wózku inwalidzkim, pchanym przez kolegę/żankę, oboje naćpani tak, że nie widzieli nawet Wezuwiusza. Takie mam wspomnienia z Neapolu.

     Na razie Mim zdołał utorować ścieżkę łącząca drzwi z łóżkiem, więc idziemy dobrym tropem, między wysokimi hałdami ze wszystkiego. Idziemy w obuwiu z rakami. I może tam jest pies pogrzebany (nie zdziwiłabym się). Mój drugorodny bowiem zajął trzecie miejsce w Poznaniu w walce na warcaby, dostał dyplom, pucharek i medal. Medalu nie zdążyłam dobrze obejrzeć, bo Mim ledwo wpadł do domu, to go zgubił (co za dziadowskie tasiemki!). Aż z tego wszystkiego musiałam posprzątać salon zwany u mnie stołowym. Ale medal przepadł. 

     Ad meritum - Mim szantażuje mnie i nęci porządkiem, a w zamian chce tylko... robali. Tym razem modliszki i straszyki diabelskie. W międzyczasie ledwo udało nam się pozbyć karaluchów madagaskarskich, mnożyły się w postępie geometrycznym i chciały nam wynieść dom na grzbiecie. Ponadto wytwarzały nocą straszliwe odgłosy i to nie związane wcale z prokreacją. A może właśnie...?! Wolę o tym nie myśleć. 

Wszystko lubię, ale małe karaluszki wijące się w kociej karmie przekroczyły moją skalę wytrzymałości. Nie chciałam tego oglądać, mimo silnych nerwów, ale moi sprytni synowie wysyłali mi filmiki na maila. Barbarzyńcy. Ten męski pierwiastek jest nie do opanowania. Uwielbiam :)




piątek, 20 stycznia 2017

(235) SOS dla Michała


styczeń 2017
    
     Wcale nie za górami, bo prawie nad morzem stoi wysoka wieża, a w wieży mieszka rycerz. Siedzi tam sam, od prawie roku, czasem tylko bierze swojego metalowego rumaka i człapią na dół, krok za krokiem po serpentynach niekończących się schodów, by popatrzeć na świat. Schody są najwidoczniej zaczarowane, bo za każdym razem, gdy rycerz chce wyjść z wieży, schodów jest więcej i więcej. Droga jest za każdym razem coraz dłuższa, wysiłek wkładany w walkę ze schodami ogromny. Kiedy tylko rycerz stanie na dziedzińcu, jest już tak zmęczony, że nie ma siły na spacer, na który się wybrał, bo myślami toczy już walkę z trudami drogi powrotnej. Dlatego wychodzi coraz rzadziej. 
Każdego ranka rycerz się budzi i już wie, że ten dzień będzie podobny do poprzedniego i kolejny, i kolejny, a ile ich jeszcze będzie tego nie wiadomo. Ale teraz coś się zmienia... Ktoś puka do drzwi.


listopad/grudzień 2016

     Przed pokojem pielęgniarek stoi długa kolejka pacjentów turnusu rehabilitacyjnego, tacy różni połamańcy, kalejdoskop przypadłości ludzkich. Ciche rozmowy, czasem śmiech. Na końcu kolejki siedzi młody mężczyzna, który nie rozmawia z nikim. Ma nisko opuszczoną głowę.

- Cześć jestem Monika - moja wyciągnięta dłoń pojawia się w jego polu widzenia, w którym do tej pory była głównie wykładzina korytarza.

Chłopak unosi twarz i widzę malujące się na niej zdziwienie. Na razie tylko tyle. Potem ukaże się na niej cień uśmiechu i coś w rodzaju ulgi.
- A ja Michał - odwzajemnia mój uścisk, ale bardzo słabo, drugą rękę opierając na balkoniku.

      No i od tej pory przez trzy tygodnie stanowiliśmy niezły trójkąt - Michał, balkonik i ja. Michał nie lubi tego drugiego, który wepchnął się w jego życie kilka miesięcy temu, bo dotąd dawał sobie radę sam. Uważa go za intruza. Pomocnego, owszem, ale jednak niepożądanego. Chciałby, żeby zniknął. Ale nie zniknie i nie wiadomo, czy się zaakceptują.

     Trzy tygodnie minęły i Michał wrócił do swej codzienności. Siedzi w swojej wieży na drugim piętrze w bloku, trochę pochodzi po mieszkaniu, pojedzie na rowerku donikąd. Poogląda telewizję, posłucha radia. Nie za bardzo może pisać i czytać, bo choroba zaatakowała także nerw wzrokowy, oczy wpadają w oczopląs, więc siedzi w swojej wieży i potrzebuje pomocy. Niewielkiej, bo w postaci komentarza tutaj, może chcecie Mu coś powiedzieć? Byłoby fajnie, bo 23 stycznia, w poniedziałek, Michał obchodzi swoje 36 urodziny. Jeżeli ktoś chciałby wysłać Mu kartkę, to służę adresem. Michał powoli, powolutku zaczyna wierzyć, że to się może udać.

     No i można Mu pomóc w chorobie, tak namacalnie. Na przełomie lutego i marca Michał ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysie, ale co zrobić jak się nie ma trzech tysi? Można się organizować i powpłacać po 5 zł, po dyszce.  Pomóżmy Mu, co?  Proszę.

     Ja wierzę w ludzi, Michał tę wiarę powoli odzyskuje. Zaczęliśmy działać. Usługi Literackie zakręciły się wokół tematu i powstał tekst na stronę Michała w fundacji Dobro powraca, stamtąd powędrował na ulotkę, którą zaprojektowała i wykonała Newa. Dziękuję :*





Tu można posłuchać i zobaczyć Michała we wczorajszym reportażu, który wyemitowałą TVP3 Gdańsk:


       Żeby chorować na stwardnienie rozsiane trzeba mieć końskie zdrowie. Oczywiście, że Michał wolałby, żeby jego stwardnienie nie było rozsiane, tylko żeby twardniało w jednym określonym miejscu i tu się powiększało. Mówię o koncie!


Nr konta fundacji Dobro powraca: 95 1140 1140 0000 2133 5400 1001

W tytule przelewu proszę wpisać: MICHAŁ MALECKI


Można także przekazać 1% podatku:  
KRS 0000338878.
W polu CEL SZCZEGÓŁOWY na formularzu PIT
należy wpisać: MICHAŁ MALECKI

 ♥

DZIĘKUJĘ W IMIENIU MICHAŁA I SWOIM!

♥♥♥