Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiedyś w XX wieku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kiedyś w XX wieku. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

(229) Nieskończoność

     Akurat właśnie ósmego.
     Ósemka to taka nieskończoność postawiona na baczność. Dla mnie od równo dwudziestu lat.



     Może Wasi ojcowie żyją, może niektórzy nie. Jesteśmy już w tym wieku, że następuje naturalna zmiana warty.

     Zazdroszczę tym, którzy poznali swoje wnuki, odeszli jako starzy ludzie. Zawsze następuje to za wcześnie, nawet jak są omszeni i mają po sto słojów. Zawsze szkoda umierać, młodo umierają ponoć tylko wybrańcy bogów. Ponoć. Po cholerę, nie wiem.

     Mój tata umarł w wieku 52 lat, do 53 urodzin zabrakło Mu miesiąca i sześciu dni.
I wszystko byłoby w miarę nietraumatyczne dla tych, którzy zostali, gdyby nie jedno maleńkie ale. Umarł, choć nie musiał. Ot, pomyłka, każdemu się może zdarzyć. Nawet lekarzowi, nawet Gabrielowi z mieczem. Coś tam pochrzanili w papierach na górze, przeoczyli datę przydatności, przekleili metki. Może jakoś naprawimy tę pomyłkę, może klej puści i da się przedatować? O? Nie udało się? Nie może być! Zabawa w kotka i myszkę przez pół roku. 

     Poniedziałki to próg zwalniający całego tygodnia. Kołdra jest najcieplejsza, głos syren najbardziej pociągający. W poniedziałek mówię do mamy - mamo, ja już nie mogę, po prostu nie daję rady. Nie mogę na to patrzeć dzień w dzień, naprawdę już nie mam siły, ani kropli. Jestem w szpitalu od razu po zajęciach, w domu ląduję pod wieczór. Była wiosna? Lato było? Kiedy? Jest jeszcze morze w Polsce? Nie wyschło? Ach, wpłakiwałyśmy na bieżąco. Nie stwierdzono obniżenia się poziomu, tylko nastroju? Teraz podobno kolej na jesień? Jakoś skurczyła się do granic zimnych murów. Mam nimi ściśniętą klatkę, kompresja myśli, balotami odlatują windą do nieba, albo do ciepłych krajów, nie wiem, bo nie oddycham. A chyba muszę czasem. Muszę pisać tę cholerną magisterkę Dzisiaj sobie odpuszczę, mamo, dobrze? Pozwalasz mi się wyprząc dzisiaj? Tylko dzisiaj.Pozwól mi zdjąć popręg, zobacz, mam krwawe rany. 

Jak uważasz. 

Uważam.
Nie zdjęłam.
Poszłam.

    I to był ostatni raz, kiedy Go widziałam żywego. Ogoliłam go na leżąco. W trakcie wymiotował. Człowiek nie umiera jak na filmach. To nic czystego i pachnącego fiołkami. Śmierć jest sprzątaczką z kubłem pomyj i szmatą w brudnej dłoni, z żałobą za paznokciami. Kosa jest niesterylna. 
     
     Nie wiem co robić najpierw. Nie mam wprawy. Siedzę na metalowym krzesełku, na siedzisku którego widać drobne korzonki wrastające mi w uda. Czoło opieram o brzeg jego pościeli. Zamykam oczy. Trzymam go za rękę, od której biegnie galopem zwój kabli. Jedna rurka w ostatniej sprawnej, lekko pulsującej żyle na szyi, kap kap, druga w nozdrzu, ślurp ślurp. Rurka spod kołdry z woreczkiem zapełniającym się moczem, kap kap. Życie skapuje na szpitalną podłogę, przecieka przez palce, łapiesz durszlakiem jak idiota, bo w progu dyszy ta sprzątaczka z kubłem. Już można posprzątać? 

     A ja jak durny rycerzyk z durszlakiem na głowie, bronię, trzymam głowę na skraju łóżka, tuż obok naszych rąk i trzymam to letnie życie za mały palec, za włos, odwracam siłą woli grawitację, by nie wbił się w Ciebie miecz Damoklesa, co na drugie ma Gabriel, w blond loczkach i białej wykrochmalonej sukience.

     Sio, zgrajo!

   A pamiętasz jak opowiadałeś mi bajki? Leżeliśmy na boku, zwróceni twarzami do siebie. Opierałeś głowę na swojej ręce, a ja wtulałam Ci się pod pachę. Byłeś spocony po całym dniu, dla Ciebie się on jeszcze nie skończył. Wtulałam się w tę pachę, gdy mi opowiadałeś straszne historie. 

Teraz role się odwróciły.

Nie bój się, dobrze? To tylko sen. Jutro będę. Jak co dzień.



   Jutro tymczasem nie przyszło. Nie przyszło ani pojutrze, ani żadnego innego dnia, nawet nie wiem, czy teraz  dni biegną jak powinny, skoro jeden dzień zbiegł z kalendarza. Czy to zniknięcie nie zaburzyło symetrii nieskończoności?

     To był pierwszy wtorek bez Taty. Wiedziałam po co tak wydziera się ranny telefon. Drzesz się i drzesz, zdechnij! Dzwonek wwiercał mi się w mózg, Im dłużej nie odbiorę, tym dłużej będzie ze mną, bo przecież to niemożliwe, by tak po prostu zniknąć. Jak to? To już? Tak, ot? Po prostu? 
     
    Zawsze był, a dzisiaj go nie ma. I nie będzie już nigdy. I pogodzić się jest tak cholernie trudno. Z czymś co stać się nie miało, a stało. Nie mogło, a zdarzyło. Jakiś błąd systemu, bo komuś się wyślizgnął miecz przy przeklejaniu metek. 


Oszuści.


Mam tylko nadzieję, kopnięta ósemko, że jesteś pętlą Mobiusa.





środa, 7 października 2015

(189) Najstraszniejszy dźwięk

     Jaki jest najstraszniejszy dźwięk na świecie? 

     Może ten huk, z jakim samolot staje się szybszy od dźwięku. Strach znika równie gwałtownie.
Naukowcy mają zawsze rację.



     Słyszałam ostatnio dźwięk Kosmosu. Przenikliwe tony nieskończonej przestrzeni. Chór zakapturzonych kamiennych mnichów. Nie wiem, który z nich jest tym smagającym gwiazdy, a który tym, co wkłada na kościste palce pierścienie planet. Kto zakrzywionym bezkresnym sierpem ścina dźwięki pola magnetycznego obsianego świecidełkami, które wsiąkają właśnie w czarne dziury kosmicznych lejów. Długie, jednostajne, lekko wibrujące głosy, zwielokrotnione po stokroć. Duchy tańczące na różnych strunach bezczasu. Dźwięki niepokojące, bo nieznane.
      A może to tylko wymysł naukowców.

     Przerażający jest dźwięk, który słyszy się po zanurzeniu głowy w wannie. Szum płynów na zewnątrz i wewnątrz. Głowa człowieka waży ponoć pięć kilo, ale nie utonie w muszli, coś jak kamień przymocowany do pontonu płuc.
      A może jednak naukowcy się mylą.

     Może to szum przewalającej się wewnątrz duszy, ocieranie antymaterii o materię?
     Naukowcy też nie są nieomylni.

     Ale najbardziej przerażający jest dźwięk telefonu. Bałam się każdego przez długie 155 dni. S T O  P I Ę Ć D Z I E S I Ą T  P I Ę Ć  D N I. Kiedy przeszył poranne, wilgotne ośmiopaździernikowe powietrze, wiedziałam, że to ten jedyny. Nie odbierałam. Dźwięk był widoczny i piekący, czerwony laserowy błysk odbijający się jak echo od ścian pustego mieszkania siekał mnie rykoszetem sto pięćdziesiąt pięć razy na sekundę.
 To, czego się nie usłyszy i nie zobaczy, nie istnieje, prawda, Tato? /14.11.1943-08.10.1996/
 Naukowcy zawsze się mylą.

***





środa, 15 kwietnia 2015

(171) Do czego to posuwają się ludzie...

     No wkurzacie mnie, Wy zdolni ludzie! Ja nie mogę na to patrzeć spokojnie! Malują jak Michał Anioł, dziergają, piszą - no Tomek to już => przeszedł wszystko! Wszyscy naokoło pitraszą, wiją gniazda, oddają się bez rozumu sztuce, popadają w wiry namiętności do pracy. Żeby jeszcze siedzieli cicho skubiąc sobie te koniki w kątku. Ale nie! Pokazują ekshibicjonistycznie owoce swych artystycznych lędźwi, czym powodują u mnie zrywy szaleństwa i twórczego pędu. Na ten przykład Jarecka. No ta to już przesadziła prezentując na blogasku TO:



     Nie dajcie się zwieść urodzie tej torby. Ja się czuję jakbym dostała skarpetką w twarz. Podniosłam ją zatem i podjęłam wyzwanie! Macham zakrzywionym drutem, macham cierpliwie, zazdrość to jednak dodająca skrzydeł cecha. Ale zanim wyczaruję sobie coś takiego, zrobię poduchy na taras. Na szczęście mam tylko dwa fotele, więc jest szansa, że będę szybsza niż mój protetyk stomatologiczny. Miejmy nadzieję, że sosna dla mnie jest w sile wieku i szumi gdzieś w Polsze.
Jak Jarecka w kolor, to ja ciach! W pastylki. Tfu! W pastelki:


  
Nananananana!

Co mi przypomniało stare, zmurszałe czasy, kiedy dysponując pokładami czasu o grubości jednej warstwy atmosfery ziemskiej, parałam się różnymi robótkami ręcznymi. W swoim życiu przechodziłam też ostrą fazę pilnej kursantki. Opłaciła się nawet umiejętność wytwarzania wieńców nagrobnych!

A teraz odrzucam skarpetkę!

Na pierwszy ogień niech idzie duży lampion. Lampion wrył mi się w pamięć tym, że podczas kursu w powietrzu było większe stężenie brokatu niż tlenu, a szlagmetal w arkusikach unoszony był  każdym oddechem. Moje płuca lśniły!



Zrobiłam też lampiony o tematyce świątecznej. Z dużych nie został mi ani jeden, a z kartonu małych tyko dwa, więc nie widać wszystkich wzorów. No cóż, może wznowię produkcję jesienią. 



A teraz moje heklowanie. Szydełkiem wydziergoliłam dziesiątki serwetek, z czego półtorej dużej serwety. 



A w korytarzu mam wieszak, zwany przez niektórych ramiączkiem, który to wyściuboliłam dla Mata, amatora cyklingu. Obecnie służy moim długim sweterkowm, które uwielbiam.



W taaaakim powiększeniu widać jak niedokładnie mamy położoną farbę na ścianie. Bo przecierki na wieszaku są zrobione celowo.

     A teraz perły z lamusa. Niektórych Czytaczy nie było jeszcze na świecie, gdy, będąc 15-letnią panienką, rysowałam to, co poniżej, między innymi i pisałam wiersze. Narysowałam rodzinę Poszepszyńskich, których wielbię do dziś.  Wiersze pisałam też w IV klasie, ale należały one do nurtu prymitywnego, ludycznego i naiwnego, ze sztandarowym dziełem "Połamały się kredeczki naszej małej Kasineczki", albo "Januszek Bolibrzuszek", które to dzieła nie pozbawione były gryzącego humoru i szczypiącej ironii. A już kilka lat później miałam widocznie skok rozwojowy, objawiający się miłością do Bursy i muzyki niepokornej. 

W roku pańskim 1988, kiedy był jeszcze X stopień zasilania i prąd wyłączano każdego dnia, rysowałam tak: 



Niestety, więcej prac się nie zachowało, podejrzewam, że rozpadły się w pył i proch.

Ale znalazłam swój autoportret z początku XXI wieku:


Przez te parę lat nie zmieniłam się dużo. No, może trochę. Przytyłam 20 kilo.

A jakie Wy macie supermoce?

***

Gdyby komuś było mało, napomknę, że po kliknięciu w obrazki, powiększają się one sromotnikowo.

A w następnym odcinku pokażę dary od Czytaczy.


czwartek, 2 kwietnia 2015

(170) Niebieskie, żółte, czerwone

     Ławka na placu zabaw. Wygięta jak fala, dopasowana pod plecami i nogami do krzywizn ciała. Każda z desek przytwierdzona na dwóch przeciwległych krańcach grzybkowymi nitami do metalowych wygiętych nóg. Farba miejscami łuszczy się, bezwiednie skrobię paznokciem kolejne jej pokłady. Czasem boleśnie wchodzi pod paznokieć, ale kto by tam na to zwracał uwagę.

     Z prawej strony dwie huśtawki. Ta żółta, moja ulubiona, bo wyższa. Żeby wdrapać się na nią, trzeba stanąć tyłem, chwycić się pionowych prętów i obiema rękami naraz podsunąć do góry metalową barierkę. Trzymając ręce w górze, trzeba się podciągnąć, usadowić na siedzisku i z hukiem opuścić zabezpieczenie. Późniejsze huśtawki w tym miejscu będą miały łańcuch. A potem już sama przyjemność. Nogami w przód i w tył, ciałem w tył i w przód. I jeszcze raz i mocniej, i znowu! Coraz mocniej i wyżej, aż w maksymalnym wychyleniu huśtawka zawisa bezwładnie na moment w powietrzu, a ciało coś pcha jeszcze wyżej. Wtedy na tle nieba pojawiają się moje nogi ze strupkami na kolanach, stopy kopią chmury, łańcuch pędzi do góry, a potem, ciągnięty w dół przez spadającą huśtawkę, uderza z impetem w metalową rurkę. Po chwilowym, bezwładnym zawiśnięciu w powietrzu nad siedziskiem, spada się. Siła grawitacji ciągnie ciało pionowo w dół, ale huśtawka jest szybsza i porywa drobne ciałko w pasie szybciej po łuku do tyłu. Ziuuu! I zawsze wtedy w środku mnie zrywa się wiatr. Zawirowanie od tchawicy do przepony, jakby ktoś wysysał powietrze, taka trochę przedśmierć. A trochę narodziny. I strach i radość. Ze trzydzieści razy na minutę.

Irańskie dzieci na huśtawce. Hamed Nazari, Iran - 
wyróżnienie w kategorii "zdjęcie wykonane komórką" 
w konkursie Sony World Photography Awards

     A on biegał w kółko jak idiota. Migał to tu to tam, stawał i patrzył jak podwiewa mi żółtą sukienkę na szelkach. Patrz, patrz, jak umiem wysoko! Patrz, jestem na największej huśtawce! Widzisz, że gdy jestem u góry, wyglądam trochę jak słoneczko, które kopie w chmury? 

     Nawet nie było dużego hałasu. A i dźwięk nie był jakiś szczególny. Huśtawka nie wypadła z rytmu. Może jakby troszkę silniejszy wiatr wpadł we włosy i w usta. 
    Nogi w górę, na błękit, sukienka jak słońce, głowa w dół i do tyłu, w najniższym punkcie widzę jak na piaszczystym niebie leży i nie biega już w kółko po orbicie. Krew zalewa mu czoło i wsiąka w piach. Ludzie krzyczą i biegają.
 A ty leżysz. Coś ty mi zrobił, mały idioto. 

     Wstaję z ławki, mijam dziewczynkę na huśtawce i przechodzę samą siebie w ciągu czterdziestu lat. Boli mnie ciągle pod paznokciem. I dlaczego to ja czuję się winna, a nie ty? Dlaczego, za każdym razem pali mnie niewyjaśniony wstyd i trawi poczucie winy?

     Mamy szczęście, że przeżyłeś, idioto!



   Mamo, dlaczego nie lubisz placów zabaw?


niedziela, 16 listopada 2014

(152) Prezent

     Dzisiaj jeszcze urodzinowo, dajcie kobiecie się radować, tak rzadko ma okazję. Lwia część z Was teraz rysuje sobie kółko na czole palcem, łyżką, czy pisakiem permanentnym. Ale, gdy tylko przeczytacie poniższe akapity, zaraz pobiegniecie w kazamaty klęczeć na grochu i szorować ślad na czole pumeksem i piaskiem z wycieraczki. A to wszystko, gdy usłyszycie o prezentach, które robi mi Małż.
     
     Oto historia prezentów - wrrrrrróć! Liczba mnoga to zbyt śmiałe posunięcie. Posłuchajcie:
 
    W zamierzchłym, pokrytym pajęczyną i szarością barchanów, XX wieku, u progu kapitalizmu, kiedy to królowały dyskietki wielkości talerzyka deserowego i system operacyjny DOS, spotkali się ONI. Czyli MY. Małż w nieco zmechaconym, tureckim, bogato zdobionym wzorami, sweterku i pseudo rogowych okularach na pół twarzy. I ja. Tego. Eee. No, ja. Trochę czasu ze sobą spędzili i teraz, trawiona przez Alzheimera, nie pomnę, cóż to była za okazja, ale w dniu mego święta, na me smukłe dłonie, został złożony w darze prezent nad prezenty...mianowicie... achtung! Obrus plamoodporny! Łał. Powiem tylko, że nie byliśmy jeszcze skuci złotymi kajdanami i nie prowadziliśmy wspólnego gospodarstwa domowego, co usprawiedliwiałoby tak intymny podarunek. Prezent został przyjęty z godnością i co tu kryć, z konsternacją godną Prima Aprilis. Wszystko bowiem, prócz daty, na to wskazywało. No nic, pomyślałam, młody, zagubiony, pewnie powaliła go moja uroda i oślepiła miłość. Raz można wybaczyć.
     Raz tak, ale nie dwa! 
    Ziemia bowiem nie zdążyła jeszcze nawet połowicznie obrócić się dookoła Słońca, gdy w kalendarzu kur zapiał, że oto wybiła godzina mojego kolejnego święta. I gdybyśmy mieli teraz tę mądrość i doświadczenie narodów, którą dysponujemy po latach, moglibyśmy tylko na kurze poprzestać, choćby z rożna. Prezent, który tym razem otrzymałam, przeszedł do historii, kładąc się smugą na naszym narzeczeńskim, a później małżeńskim życiu oraz tworząc rozpadlinę w pożyciu, którą zasypało dopiero kwiecie >>eustom. W ręce me miał nieszczęście trafić pakuneczek. Ważył niewiele, kształt miał nieregularny i frapujący. Mogło być tam wszystko. I, zaprawdę, powiadam Wam, wszystko byłoby lepsze od tego, co czyhało na mnie spętane papierem ozdobnym.
     Papier litościwie skrywał wytwór szalonego Chińczyka w ostatniej fazie zatrucia się atrapą fistaszków z Shenzhen. Gdy ucichły szelesty i sapanie towarzyszące walce z opakowaniem, opadły kurz i emocje niepewności, nastąpiła niezręczna cisza. Ciśnienie zaczęło unosić mnie nad tapczanem, falbanki mej sukienki drżały wzburzane podskórnymi rzekami adrenaliny, na me lico wypłynął hipertensyjny rumieniec. Wzrok mój bowiem padł na plastikowo-srebrną konstrukcję nieodparcie przypominającą kopernikowskie astrolabium. Na przeciwległych jego końcach kiwały się smętnie dwa plastikowe niebieskie delfinki, którym w wyniku harakiri wystawały z trzewi fragmenty konstrukcji. Delfinki dyndały naprzemiennie nad, jak mniemam, piłką, która była krwawym zlepkiem polietylenowego snu wspomnianego Chińczyka. Delfinki dyndały rytmicznie, za oknem ptaki stanęły w locie, zegary takoż, świat zamarł w szoku pourazowym.
 Po, jak mniemam, stuleciu wlepiłam oczy w Małża z niemym pytaniem wypisanym w modrych tęczówkach i z drżącym w interwałach podbródkiem: CO?! Pal licho CO, ale DLACZEGO?!
    Doprawdy, nie wiem co kierowało rozumem Małża przy zakupie tego kuriozum? Co mu przysłoniło jasny ogląd sytuacji? Dlaczego nie zadziałał instynkt samozachowawczy i atawistyczne mechanizmy samoobrony? I wreszcie: jak ciężkie miał dzieciństwo? Jakże krętymi ścieżynami chadza rozum męski!? I jakże jest krótkowzroczny i destrukcyjny!
I pech chciał, że nieme pytanie zostało wypowiedziane. Małż bąknął , że można delfinki osadzić kiedyś na kominku, dając naszemu związkowi jeszcze cień szansy. Ja, że owszem, ale wolałabym je osadzić bezpośrednio na palenisku, zraszając hojnie benzyną. I w tym momencie poziom stresu u Małża osiągnął czerwoną kreskę tuż nad oczami. Zdawało mi się, że wyszedł z lekka nadąsany.

     Duchy delfinków wyjąc, snują się za nami pokutnie od 17 lat. Albowiem od tej pory Małż przestał mi ze strachu przed szykaną samodzielnie kupować jakiekolwiek prezenty.

     O wy, panny młode, o wy, narzeczone, w imię przyszłości warto czasem ugryźć się w jęzor, a potem po kryjomu zutylizować dary waszych mężczyzn, pod osłoną nocy zdeponować je w piwnicznej izbie lub od razu zakopać pod fundamentami muzeum kuriozów. A ja? Cóż ja, prawda wymaga poświęceń. Oraz asertywność.

     Dlatego eustomy, pokonując tamę 17 lat, spowodowały u mnie erupcję rzeki endorfin. Chociaż i tego roku delfinki zostały oczywiście wskrzeszone wspomnieniem, no ale każda rodzina ma swoje tradycje. My kilka razy w roku czyścimy glony w delfinarium.
  
     Niestetyż, psiajucha, kwiecie nazajutrz zwiesiło smętnie łby, ja również, gdyż zawalił mi się troszkę kręgosłup. Zemsta delfinków, jak nic!

     Zostawię pole dla popisu wyobraźni Czytelnika w zakresie ssaków morskich, a zapodam coś równie odrażającego. Oto co dnia 11.10.2014 zostało znalezione w pobliżu domku dla owadów. Zaznaczę, że pięknie lśniło w październikowym słońcu w trawie i tym przyciągnęło uwagę łasego na skarby Mima. Chociaż pierwotnie myślał, że to mieniący się w promieniach mocz. W kapsułkach.

W środku liścia czai się rodzic tego pomiotu - pomrów.

Dobrze, że nie łyknęłam myląc z Vit A+E!

sobota, 19 lipca 2014

(134) Skorpion na globusie! Jak to się zaczęło?

     Dawno, dawno temu, kiedy Mat i Mim nawet nie byli w planach, Małż był jeszcze narzeczonym, a i ja nie byłam stara, gruba i brzydka, przeciągając się o poranku i kłując Giewontem w piętę, miętosząc jedną ręką lasy WPN, a drugą macając Wdzydze, zahaczając nosem o Hel i mocząc włosy w Bałtyku,  pomyśleliśmy sobie, że można by sobie wyjechać urlopować się gdzieś dalej, gdzie oczy poniosą, gdzie zgrzytający piach w zębach nie smakuje flądrą i meduzą, a ludzie i choroby są egzotyczniejsze.
     W tych prehistorycznych czasach dopiero co upolowałam prywatny, pokryty łuską komputer wielkości młodego diplodoka, w którym, tak, tak, Młodzieży, tu Was zaskoczę - wcale nie było internetów! Trzeba było wsiąść w czerwony październik (łada sputnik pisana cyrylicą) i pomknąć analogowo do nielicznych biur podróży, jakie rozkwitły świeżo w młodym kapitalizmie jak glony na stawku i złowić w sieć kilka katalogów wycieczkowych. Ileż radości przysparzały te brawurowe jazdy palcem po mapie! Ile herbatek z cytryną się nad nimi wypiło! To czytanie soczystych opisów wędrówek po arabskich sukach, mentalne brodzenie po pustyniach, sączenie soku z owoców tak egzotycznych, że aż bezimiennych. Budowle, które znaliśmy tylko z encyklopedii, dzieła mistrzów pochowane w cieniach Alhambry, Gaudi machający nam z wieży na samiuśkim szczycie Sagrada Familia, Delfy, Mykeny, Kair, Lion, ach! Ileż miejsc nas wzywało w trybie pilnym!
     W takim samym trybie pojechaliśmy do biura Alpina Tour, na Placu Cyryla Ratajskiego, który pełen rozkwit, zwłaszcza patologicznych mikroorganizmów wewnętrznych, przeżywał po zmroku, chowając się pod woalem tajemnicy, spalin, stringów i lekko wyczuwalnej woni ryby.
     
     W końcu ulegliśmy Egiptowi. Jak szaleć to szaleć. Wycieczka życia. Faluki na Nilu, Sfinks, Dolina Królów. Piaski, 40 wieków historii i my. Bajka. Zarzuciliśmy worek banknotów na plecy, monety wesoło pobrzękiwały w przytroczonych do łady sakwach, weszliśmy bezbronni do saloonu i rzuciliśmy okup na biurko. Zdążyliśmy! Na zegarze 17.50, jeszcze chwila, a wycieczka życia pokazałaby nam soczyste cztery litery. Wymienilśmy gotówkę na kawałek papieru z pieczątką, by spokojnie przejść do historii w rodzinnych albumach. 
     Przeszliśmy już nazajutrz i to tak gwałtownie, jak Cezar Rubikon. Alea iacta est. Cała Polska w szoku. Zdarzenie bez precedensu, dziki zachód, samowolka! Biuro podróży Alpina Tour zwinęło kram, poskładało biureczka, wywiesiło białą flagę.*
     Jak podróżować, to z przytupem! Tupnęliśmy więc nóżką i cóż, wróciliśmy do katalogów. Teraz lżej, bo bez sakw i worów, które Alpina gładko zutylizowała. Magia!
     Afryka nas nie chce, to zaczniemy od początku. Od kolebki cywilizacji. Grecjo! Nadchodzim!

Zdecydowaliśmy się nawiedzić ww miejsca.
Czas 15 dni!
Start!

     Po nieoczekiwanym i brzemiennym w skutkach zdarzeniu, które miało miejsce tuż przed wyjazdem, osiągałam jednak szczyt. Jak? - opowiadałam tutaj:

     Całą drogę do Grecji - przesiedziałam wyprostowana jak niemiecka guwernantka z laską dynamitu wystającą górą i dołem. Nie było łatwo, bo autokar wiózł nas 2 dni, a prom kolejną dobę. W końcu wypluł nas w Olimpii.

Olimpia.
Palestra - sala, w której sportowcy trenowali zapasy,
walkę na pięści i skok w dal.

     Odzyskawszy władzę w kończynach, stałam zauroczona przyrodą, w małym gaju oliwnym, w którego omszonych koronach aż ćwierkało od chmary cykad. Pod nimi dom Fidiasza, w którym rzeźbił jeden z siedmiu Cudów Świata- Zeusa Olimpijskiego. Tu rodzi się ogień olimpijski, a potem wędruje przez kontynenty, by ogrzewać serca sportowców i widzów na całym świecie. Niesamowite uczucie stać u źródła. O ile w tamtych zamierzchłych czasach w stan taki wpadałam nawet dosyć często i każdorazowo mogłam się nim nurzać i delektować się nim do woli, tak w takich chwilach obecnie jestem ściągana za piętę na ten łez padół małymi lepkimi łapkami i okrzykiem - chce mi się kupę! Albo: mamo, a on mi wsadził z premedytacją patyk do oka! Zostaw mnie ty świnio! Ale wtedy nie. O nie. Wtedy byłam drobna, filigranowa, delikatna, a gdzie stąpnęłam wyrastał kwiatek, a z ust mych wyfruwały skowronki. W zasadzie jakby się zastanowić z tymi kwiatkami, to byłam równie dobra jak nawóz.

     W pewnym mieście portowym zaginęliśmy bez wieści. (Młodzieży, tu drugi zaskok - nie było wtedy komórek!). Zaginęliśmy na jakąś godzinę. Nie lubię ginąć, nie lubię nie być na czas, bo wtedy wstyd mi okrutnie, płonę rumieńcem, a ciśnienie mi zwyżkuje. Do tego z daleka już słyszałam ten wyśrubowany szept zniecierpliwionej zawartości autokaru, kiedy to zbliżaliśmy się do niego objuczeni dywanem i narzutą na łóżko, którą osłaniałam się przez zwisającymi ze sznurów długimi i śliskimi mackami ośmiornic. Jak się wieczorem okazało, brodziliśmy w kolacji. Do tego były moje ulubione kalmary i maleńkie fioletowe ośmiorniczki w całości. Jeść takie pyszności pod greckim niebem w tawernie i patrzeć jak przyrządza to przystojny Geek - bezcenne. Dookoła wesoła grecka muzyka, krasi z okolicznych winnic w dzbanie, za które płaciło się prawdziwymi drachmami. Grecki teatr on line.
Do każdej kolacji zamawialiśmy dzban krasi. W każdej tawernie, w każdym hotelu smakowało inaczej.
     Jedno było tak dobre, że w pewnym momencie straciłam zdolność przeliczania drachm na złotówki i dwukrotnie zachodziłam z drobniakami i szklaneczką, którą ze śmiechem napełniano do pełna. 

     Będąc w uroczej miejscowości Kalambaka, gdzie góry wyglądały jak maczugi Herkulesa, tylko w ciemniejszym kolorze, a po każdej wspinały się ludzkie mrówki uwieszone na cieniuśkiej niteczce, zeszliśmy na kolację. Na kolację podano ouzo. No, nie tylko, ale ono, powiedzmy, zagrało pierwsze skrzypce. Dla mnie ouzo nalał wcześniej Małż, tfu, Narzeczony jeszcze. Jako, że ouzo pije się z wodą i w szklankach, a podczas procesu dolewania wody staje się z przezroczystego cudownie mleczne, zaczęłam od tegoż mleka. Nie spodziewając się mleka z procentami, zakrztusiłam się tak skutecznie, że moja solówka trwała bez mała 20 minut. Małż dostał ataku śmiechu, ja rzęziłam, a ratowało mnie starsze małżeństwo. Ona trzymała mnie za omdlałą prawicę, on walił w plecy, albo na odwrót. Byłam bliska oddania ducha Panu, każdemu wciąganiu powietrza towarzyszyła orkiestra szkocka dudziarzy, mówić nie mogłam przez godzinę. Nigdy wcześniej ani później nie przeżyłam tak drastycznego i jednocześnie upokarzającego zdarzenia. Przepraszam wszystkich myśliwych, którzy udali się tego wieczora na nieudane polowanie na kozice. Na Małża, a jakże,  obraziłam się śmiertelnie. Do śmierci. Całe 20 minut.
     Po kolacji jesteśmy w windzie, do zamykających się drzwi dopada zdyszany Grek i pyta, czy się jeszcze zmieści. Kiwamy potakująco głową, a on, zrezygnowany - to pojadę później.**

A w ten sposób czekaliśmy na zrealizowanie zamówienia w tawernie.

W drodze do Pirgos Diru.
Jeszcze wtedy nie miałam klaustrofobii
i dałam się wwieźć łodzią do jaskiń wydrążonych w skałach.

Mistras.
Górne Miasto i ruiny Kastro.
Po wdrapaniu się tutaj byłam w podobnym stanie, co one.

Mistra.
Kościół bizantyjski Agia Sofia stoi tylko dzięki mojemu wsparciu.

Epidauros.
Współczesne zajęcia szkolne powinny być prowadzone w teatrze
zaprojektowanym przez Polikleta Mniejszego w IVw.
Średnica teatru 114m, a mógł pomieścić 14 000 widzów.
Wystarczyło zgnieść papierek na dole,
a było to słyszalne w ostatnim rzędzie u góry.
Niesłychane!

Nafplion.
W XXw. nie mieliśmy cyfrówki, więc posługiwaliśmy się analogiem.
Zanim Małż nastawił parametry, ja zdążyłam poznać skład geologiczny skał.

Mykeny. Grób Agamemnona.
Jeśli czytać Słowackiego, to tylko tu. Sprawdziliśmy!
A kuku, widzicie mnie?

"Nad drzwiami grobu, na granitu zrębie
Wyrasta dąbek w trójkącie z kamieni:
Posadziły go wróble lub gołębie,
I listkami się czarnemi zieleni —

I słońca w ciemny grobowiec nie puszcza;
Zerwałem jeden liść z czarnego kuszcza"

https://www.youtube.com/watch?v=7XpPrj-HrFw

Kanał Koryncki.
Tutaj uwiecznione początki lęku wysokości.
Dł. 6,3km, szer. 24.6m.
Tylko na zdjęciach wygląda niewinnie!
Aż dziw, że w ogóle nie ma barierek.

Delfy.
Omfalos - Pępek Świata!

Meteory znaczy "zawieszone w powietrzu"
Widać tęczę!

Meteory.
Na piaskowcowych szczytach stoją jedne z najwcześniejszych
średniowiecznych klasztorów bizantyjskich.
Widok na Klasztor Varlaam ze schodów wiodących do Megalo Meteoro
najstarszego i najwyżej położonego (623m) klasztoru.

Meteory. Klasztor Varlaam (św Warłama).
Założony w 1518r
Że ja tam wlazłam!

Gwardziści (evzones) przed Pałacem Prezydenckim w Atenach.
Zmiana warty jest bardzo śmieszna :D
Naprawdę, warto obejrzeć!


     Po Grecji łaziliśmy kilkanaście dni. Naprawdę trudna wędrówka w górzystym terenie. Ale ostatnie trzy dni to była laba! Mieszkaliśmy na przecudnej wyspie Korfu. Hotel położony był na wzgórzu, a z okien rozpościerał się widok na las, góry i morze równocześnie. Pod stopami przyjemnie chłodzący marmur, przed wejściem drzewa cytrynowe i pomarańczowe, o liściach tak intensywnie zielonych, że można by patrzeć na nie godzinami. W morzu szmaragdowej zieleni ukryte cykady, a w morzu ławice niezwykle kolorowych ryb. Patrząc na dno, człowiek spodziewa się go pół metra pod powierzchnią wody. Po czym zeskakuje z pomostu i ląduje 3 metry pod powierzchnią wody, nie dotykając jeszcze dna. Woda tak klarowna i turkusowa, że zapomina się o wszystkim.


Z łodzi wysiadamy z dziarską miną, adekwatną do ilości spożytego wina.
Śmiechu było po pachy. Jedliśmy, piliśmy, kąpaliśmy się po pijaku w zatoce.
Najzabawniejsze były podskoki na falach, lewitacja to nie mit!

    10 lat później, szukając anglistki dla dzieci, mam okazję poznać Dorotę. W życiu bym nie przypuszczała, że Doroty chłopakiem jest Grek Jani! I że zwiąże się na stałe z Grecją i z Korfu! Teraz, po latach Dorota, prócz całej wiedzy z historii sztuki, zna już grecki, Jani jest Jej mężem i mają swoje biuro podróży! Moim ogromnym marzeniem jest tam trafić po raz drugi, teraz z dziećmi. 
Zawsze mówię, że na świecie nie ma przypadków. Albo wszystko jest przypadkiem! :)

Warto zajrzeć na Jej blog, w którym opisuje życie w Grecji : Sałatka po grecku i drugi, o Korfu, gdzie można zamówić przewodnika po wyspie w Jej własnej osobie! Sałatka po grecku w podróży.



* Sprawa Biura Turystycznego Alpina Tour była bardzo głośna. Oszukanych zostało wielu ludzi. Straciliśmy całą kwotę. Kilka lat później toczyła się sprawa karna przeciwko właścicielom. Okaząło się, że właściciele nie mają żadnego majątku, bidulki. Cały majątek - samochody, domy, konta, mają ich żony, z którymi podpisali intercyzę.
My dostaliśmy ... 80 zł.
**  Grecji kręci się głową dokładnie odwrotnie niż w Polsce. W dodatku tak po grecku wymawia się jako ne.

Na kolejne odcinki
Skorpiona na globusie 
czyli lekkich jak morska piana wspomnień
zapraszam w każdy weekend wakacji!

A wieczorem proszę wrócić, by obejrzeć zdjęcia.
Paluszek mój omsknął się i opublikował przedwcześnie post, 

jeszcze przed wkroczeniem części dla oka.
Niestetyż muszę czekać, aż pokolenie zstępujące przywlecze aparat fotograficzny.
Zdjęcia sa bowiem, o zgrozo! Analogowe! Jednakowoż w kolorze.
Część będzie miła, bo przedstawiać będzie różne ładne rzeczy. O!

Zdjęcia dodane :)
Wybaczcie jakość, ale i w XXI wieku nie mam skanera ;)



poniedziałek, 23 czerwca 2014

(130) Kiedyś nigdy

     
Pójdźmy już spać. Jestem taka zmęczona nocnym czuwaniem.
Poczytaj mi jeszcze książkę, której nie napisano, moją ulubioną.
Nie zagrasz mi na gitarze. Nie możesz znaleźć nut, ja nie znajduję słów. Tak uwielbiam ich dźwięk.
Świetnie, gorzej już nie będzie.
Popieść mnie fantomową dłonią, kochaj, kolejny raz stanę się nie Twoja.
Spojrzysz na mnie pustymi oczami z zielenią łąki wokół czarnych studni, na której my, przezroczyści, lśnimy odbitym blaskiem słońc i zielonym cykaniem świerszczy.
Uczesz włosy, które wypadły dawno temu. Zwiąż w kucyk, słyszę galop więc jesteś nieistniejącym jednorożcem.
Zrób dla grających marsza dusz obfite śniadanie zero kalorii na rozbitym talerzu w kwiatki. Nazbierałam i włożyłam do wazonu, wazon do albumu.
Album stoi na półce i pachnie fiołkami.
Na górze róże, na dole fiołki.
My jak aniołki.
Mówimy różnymi językami, na których jednakowo rozpływa się smak dymu i pieczonej ryby, tnącej ośćmi ocean na pół. Jedna połowa oceanu przepłynęła ze mnie zimą ciepłą czerwienią wypływając źródłem wprost na prześcieradło na polskiej amerykance. Czerwony kapturek prezentu, cieszę się jak dziecko, że od Ciebie i z Ciebie. Twój uśmiech zawieszony pod sufitem na ostrym profilu. Księżyc bezzębny pod zjawiskiem halo. Halo? W słuchawce na końcu spiralnego kabla Twój głos, że wystarczy być.
Jak w to wierzyć, skoro nad łopatką nóż, a nie skrzydło. Po równo - ja jedno i Ty ćwierć w butelce. Procentowo wyszło, że miało unieść dwa ciała do nieba. Tymczasem z nieba za ścianą lasu spadła nasza maleńka wymyślona córka lat 19 i siedząc na spalonym w kaflowym piecu stole, czyta moje wiersze, które wyrzuciłam przed jej nienarodzeniem. Zimny czerwiec przyniósł wysoką temperaturę i burze w szklance. Nie napijmy się z niej herbaty, słodzę już mniej, bo wcale. Tak, z cytryną, ściśnij mnie w pasie. Kwaśna mina, bo nasz pies nie żyje od czterech lat, nie zapomnij go wyprowadzić na spacer. Pokaż mu nasze drzewa, te najpiękniejsze spaliłam w kominku.
Skoczę w ogień, mogę wszystko.
Nie mogę nic więcej.


piątek, 2 maja 2014

(123) raz dwa trzy most budujesz Ty!

     Mosty są dobre. Z mostów widać to, co przed i co za. Może i wydają się niepotrzebne, gdy się jest po jednej stronie. Ale kiedy się znajdzie po drugiej... Owszem, można sobie siedzieć na brzegu i krzyczeć do tych, co zostali. Albo wręcz przeciwnie, obserwować ich zza krzaka. Albo, co gorsza, pójść sobie dalej.

     A ja lubię się cofać. Lubię patrzeć na to, co za mną, na tych ludzi, którzy kiedyś blisko, a teraz bliżej. Porównywać, czy trawa faktycznie zieleńsza. Patrzeć na to samo niebo, które wtedy i dziś i jutro. Nie, stanowczo nie jestem z tych, co palą mosty.


    Ja lubię wracać i szukać zarośniętych już ścieżek. Z radością odkryć, że w miejscu zgliszczy urosły nowe wioski, że coś poszło tak,  a nie inaczej. Co miało być, a miało z założenia być inaczej, a nie tak. Chociaż kto to wie, co by było gdyby.

Wiecie, że na świecie są ludzie, którzy do niedawna żyli w przekonaniu, że wojna trwa? Że trzeba się bać i chować w lesie? Warto ich odszukać!

Mnie wystarczy świadomość, że most jest. Taka, zbita z desek, tęczokładka. Że, gdyby co, mogę pobiec i pogadać ze swoim odbiciem w rzece. A może ktoś wyjdzie z lasu.

 I tak sobie myślę, że dużo ludzi siedzi przy brzegu rzeki zamiast budować mosty.
 Bo mosty są dobre.

niedziela, 27 kwietnia 2014

(122) ZBIÓRKA MARZEŃ

Dzisiaj krótko. Opowiadać będziecie Wy.  

Zupełnie spontanicznie zagaiłam Was dzisiaj rano na FB tymi słowy:

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia!
Jupi!
Poświęćcie 20 minut dla swoich marzeń. 20 minut dziennie - codziennie!
Co chcielibyście robić przez tę chwilę? Skorpion jest ogromnie ciekawy! Zapraszam, usiądźcie, pomyślcie. Kawy? Herbatki?


     Rozsiądźcie się wygodnie. O czym marzyliście jak mieliście naście lat? Czego nie wiedzieliście? Co chcielibyście wiedzieć? Czy zrobilibyście coś inaczej? Czy dobrze czuliście się we własnej skórze? Czy łatwo przypominacie sobie te uczucia, które nosiliście w sobie? Czy łatwo Wam cofnąć się w czasie? A Wasze dzieci? Jak z nimi?

Zależy mi na Waszych odpowiedziach, dlatego możecie się przełączyć na Anonimy, jeśli chcecie. Zbieram marzenia do kosza!Nawet najkrótsze, nawet dziwne, nawet, gdy wydaje się Wam, że głupie i nieistotne!

Mogę zacząć:

Kolega zapytał mnie ostatnio o moje marzenia z dzieciństwa.

Pamiętam kilka.

Jednym z pierwszych marzeń było znalezienie się (bo to tak dokładnie było, żadne tam dojazdy, podróże, ani inne micyje), właśnie znalezienie się, ot tak, na bezkresnej łące pełnej kwiatów. Koniecznie takich, jakie rysuje 5 letnia dziewczynka - proste łodyżki, intensywnie nabrzmiałe kolorem płatki, wprost idealne na kwiaty cięte do wazonu. Z biegiem lat obraz był modyfikowany. Widziałam tę łąkę z wysokości metra, potem metra dwadzieścia, dzisiaj widzę ją z prawie metra siedemdziesiąt. Im bardziej rosłam, tym łąka stawała się rozleglejsza, a barwy kwiatów zyskiwały miliony odcieni. Pojawiły się cienie i krajobraz zyskał na różnorodności. Ale marzenie zostało to samo.

     Poza tym chciałam być lekarzem.

    Teraz marzę o kilku rzeczach, wśród nich czołowym jest marzenie o zobaczeniu na żywca zorzy polarnej, to marzenie tuli mnie od wielu, wielu lat. Z biegiem czasu staje się jakoś mniej osiągalne, ale nie tracę nadziei! Pisałam już o tym w tym poście.

     Ale od zawsze, od zawsze marzyłam, by nie mieć wady wymowy. Już nie wiem skąd moja wczesna samoświadomość o tym i niebotyczny kompleks. Och, jak ja chciałam móc tak pięknie i dźwięcznie wymiawiać eRRR. Pamiętam, gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, myślalam sobie – Boże, jeszcze tylko dRuga klasa męczarni, potem na chwilę luz, bo trzecia, potem fatalna czwaRta, ale od piątej mam cztery lata spokoju! W moim dziecięcym życiu było bardzo ważne, a wręcz kluczowe, że imię i nazwisko nie było skalane tą literą. Dzisiaj sprawa wygląda dramatycznie, gdyż połączenie RL w nazwisku  jest dla mnie najgorszym z możliwych. Ale marzenie pozostało to samo. Chciałabym kiedyś usiąść sobie wygodnie na krześle, spojrzeć na ten burdel dookoła i powiedzieć na wydechu oczyszczające i soczyste KURRRRRRRRRWA! :)))



A dla chętnych - można już głosować na cycki Skorpiona w kolejnym odcinku międzyblogowej zabawy literackiej Finka z kominka:




Dziękuję :)