niedziela, 26 stycznia 2014

(108) Finka z kominka cz.2


Co myślisz, Tadzik? - 

czyli niektórym kobietom nie wystarcza bukiet róż,
chcą, żeby mężczyźni tym różom zmieniali wodę.


     Cześć, Tadzik, to ja, nie wstawaj. Jak się masz? Usiądę tu przy tobie, zmachałam się. Zobacz co ci przyniosłam. No, kwiatki. Włożę je do wazonu. Tak jak lubisz, róże. Krówek kupiłam pół kilo też, dobre, ciągutki. Chcesz? A, no tak, zęby. To sama pocyckam dla rozgrzewki. Przez żołądek do serca nabrało teraz dla ciebie pełniejszego znaczenia co? Ależ dziś zimno, brrr! Pamiętam, że zawsze byłeś zmarzluchem, nogi do dziś masz pewnie lodowate. A'propos nóg, to ja zaczęłam rehabilitację, ci  powiem. Nie, nie piję i nie habilituję się, co ty. Kręgosłupa. I powiem ci, że zawsze jak mam wyjść z domu na kilka godzin, to wszyscy coś podejrzewają i zaczynają snuć intrygi i rzucać kłody pod nogi, nie mówiąc o tym, że chyba podpiłowują mi w nocy kręgosłup, bo kiedy, jak kiedy, ale przed wyjściem, to wyskok dysków mam pewny. W procederze bierze udział głównie Małż, jak mniemam, nie podejrzewam wszak moich nieletnich cherubinków, oni są tylko bezwolnymi narzędziami w jego rękach. Mogę tkwić w domu miesiącami i nic się nie dzieje, ale niech no tylko spróbuję wyjść na dłużej! Ostatnio, gdy umówiłam się z dawno nie widzianą koleżanką, Mim tuż przed moim wyjściem złośliwie wpadł na ścianę i walnął w nią z impetem głową. Że niby Mat go popchnął, że guz jest prawdziwy, a nie dmuchany, a fioletowe oko nie jest od soku z jagód. Całe szczęście, że się nic nie stało i obyło się bez szpachli i gipsu, bo nie chce mi się babrać w gładzi. No, ale jak już ukoiłam w bólu, utuliłam, zrobiłam okład i otarłam łzy, to już było po ptokach i zbyt późno, by się spotkać. Że co? Że myślisz, Tadzik, że oni mnie tak kochają i są zazdrośni? Ty i te Twoje chore pomysły! Słuchaj dalej. Innym razem chcę wyjść do miasta, do ludzi, popatrzeć na coś innego niż garnki i skarpety, a tu Mat wraca z boiska. Pokazuje mi swój palec gruby na moje dwa, oczywiście umoczony w soku z jagód i malin do tego, a jakże. Potem niby pojechali do szpitala, niby prześwietlenia, niby badania, niby kość pęknięta, ale na wypisie co napisane? "Złamanie typu zielona gałązka". Haha, pomyślałby kto, że dam się nabrać na zieloną gałązkę! No ale i tak nie pojechałam nigdzie. A gdy nareszcie we wtorek usiłowałam wydostać się na świeże powietrze, a przy okazji na przyrzeczone przez NFZ pół roku wcześniej zabiegi rehabilitacyjne, Mim znowu wkroczył do akcji. Podejrzewam, że to sabotaż szerokiej wody. Zastanawiam się, czy oni nie zabrali mi już dowodu osobistego i nie upychają po kieszeniach i bankach zasiłku pogrzebowego albo innej renty po mnie, bo intryga była uszyta wprawną ręką hafciarki i w dodatku jedwabną nitką.

 
  Otóż na zabiegi potrzebuję w trybie pilnym ręcznik, by położyć go sobie pod obnażone ciało w charakterze izolatora mikrobiologicznego na kozetki, które poddane są moim peregrynacjom w liczbie czterech dziennie przez kolejne dziesięć dni roboczych. W związku z powyższym, bladym świtem, kijem od miotły próbuję zwalić ręcznik kąpielowy na podłogę, grzebiąc nim bezpośrednio w szafie, by nie targać drabiny. Ręcznik siedzi sobie na półce na wysokości 2,5m i patrzy na mnie z góry z pofałdowanym uśmieszkiem. Już mi się prawie udaje, gdy wtem materializuje się obok mnie Małż i wyrywa mi z rąk narzędzie pracy. Jednym podskokiem w stylu Siergieja Bubki, wyrywa upatrzony ręcznik z kupy innych, jednakowoż powodując erupcję całej zawartości półki. W czasie, gdy sortowaliśmy upadłą bieliznę wg wielkości, faktury i koloru, zza pleców dobiegły do nas na palcach ordynarne odgłosy bekania i to w stereo. Za chwilę okazało się, że i w kolorze. Mim o twarzy pobladłej jak papier wyczerpany, wyrzucał z żołądka pokłady połkniętego w niewiadomych celach powietrza. Wiedząc z wieloletniej autopsji, jaki może być ciąg dalszy, a wiedza moja graniczyła niebezpiecznie z pewnością, klepnęłam siarczyście Małża w jędrny pośladek, by rączo wyskoczył na odsiecz Mimowi. Małż wykonując popisową woltę nad łóżkiem, wślizgiem godnym Szmala, znalazł się u, nomen omen, źródła i z pozycji leżącej wzniósł w swych złożonych jak do modlitwy dłoniach turkusowy, przecudnej puchatości, świeżutki ręcznik. W tejże sekundzie Mim rozszczelnił się i całą zawartość żołądka malowniczą strugą zdeponował w opatulonych dłoniach Małża. Targana typowymi w takich okolicznościach matczynymi uczuciami, balansującymi między miłością i obrzydzeniem, zdążyłam już przybiec z miską i obserwować jak wypełnia się w szybkim tempie sokiem malinowym, który jak się okazało nie zagrzał zbyt długo miejsca we wnętrzu Mima. Mim pochylony nad naczyniem, między targającymi torsjami krzyczał naprzemiennie, raz, że jest głodny, dwa, że spragniony. W końcu padł na piernaty. W ciągu kilku godzin snu, przerywanego kursującą in vivo  herbatą, zregenerował się i jednym skokiem, godnym baletmistrza Teatru Bolszoj, wyskoczył z łóżka i pognał ku klockom Lego.
Ufff.
Ale.
Gdy ogarnialiśmy efekty kataklizmu, okazało się, że widok Mima zemdlił kota na tyle, że mieliśmy do sprzątania również inne pomieszczenia.

Igor Morski "about divorces"

No i powiedz, Tadzik, czy to nie dziwne? Taka masa zbiegów okoliczności, które przywiązują mnie łańcuchem obowiązku i poczucia solidarności do ciepłego domowego kaloryfera?
     Dobra, Tadzik, pójdę już, co tu będę tak siedzieć po ciemku, przymarzłam do ławeczki, poza tym pora kolację dzieciakom robić i jutro znowu roboty huk. Co myślisz Tadzik? Ech, nic nie mówisz, zupełnie jak za życia. Wąchasz sobie te róże od spodu, wody im nawet nie zmienisz. I masz wszystko już w nosie. I to dosłownie. ;)

***

Opowiadanie bierze udział w zmaganiach piórem i klawiaturą u Fidrygauki, pt.: Finka z kominka - czyli blogowe wprawki u Fidrygauki. Pod postem zamieszczona jest ankieta, w której można oddać głos na ulubione opowiadanie :)

Tutaj są wszystkie opowiadania: klik!

Pozdrawiam Was, Kochani Czytacze, rozczuliliście mnie do łez, gdy zobaczyłam, że przez ostatni miesiąc, wchodziliście masowo na Skorpiona w rosole, sprawdzając, czy dycha. Ledwo, ale dycha. Dziękuję :*

24 komentarze:

  1. Jeszcze nie próbowałam rozmowy ze zmarłymi, jako terapii, ale niektórzy mówią, że faktycznie działa :)
    A złośliwość materii żywej jest wszem i wobec znana.
    (Widzę, że sok malinowy i jagodowy leje się u was litrami :)))
    Ps. Brawa dla Małża za refleks i zrozumienie (dość specyficznego, przyznasz :)) języka komunikacji. Mój na siarczysty klap zareagowałby stuporem katatonicznym i długo by mu zajęło zrozumienie, dlaczego go biję. Raczej nie potraktowałby tego jako impulsu do działania :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moja logika jest pokrętna. 'Materia żywa', to był przeskok do kolejnego tematu - to tak gwoli wyjaśnienia.
      I oczywiście bardzo się cieszę, że zdążyłaś z fineczką :)

      Usuń
    2. Materia żywa jest wybitnie złośliwa u nas, z martwą jeszcze sobie radzę ;)
      Klepnięcie w zad było okraszone jeszcze wokalnie, uspokoję Cię. Myślę, że po samym klapsie cyrkowa wolta zostałaby wykonana do łóżka, a nie za łóżko;)

      Usuń
  2. Monia, Ty siedź w domu lepiej... Zamów rehabilitację z przystojnym rehabilitantem do domu... I już... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A Ty myślisz, że co ja robię? Siedzę, nie mam wyjścia, kaloryfer jest za ciężki, a kluczyk zaginął...
      Miałam prywatnego rehabilitanta, ale się zakochał i musiał mnie rzucić ;(
      Następcy nie ma, pracy nie ma, kasy nie ma, zdrowia nie ma, więc cóż innego mnie czeka niż siedzenie w domu? :P Jak widać mam zadatki na pisarkę! Wszystko mi sprzyja! ;)

      Usuń
    2. Ale zaraz, zaraz! Że w Tobie się zakochał? Jak mogłaś odrzucić jego płomienne uczucie??! I nie pisz mi tu, że Małż itepe... :P

      P.S. Mój komentarz widmo, usuń, pliiiss. :)

      Usuń
    3. E, nie, ja nie miałam nic do rzeczy. W gronie jego pacjentów poudarowych, powypadkowych i topielcach, ja byłam przypadkiem light, który po ułożeniu ćwiczeń i iluśtam zabiegach może jakoś tam funkcjonować samodzielnie ;)

      Usuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. ja trzymam kciuki;)) i to mocno...by było lepiej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymaj też cudze, upychaj po kieszeniach! Dzięki :*

      Usuń
  5. :)) wciągneło mnie ..... oj i to bardzo

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja myślę, Tadzik, że jestem bez serca, bo najbardziej to mi tego puchatego ręcznika żal ;)
    Ściskam wylewnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ręcznik tylko udawał miluśkiego, okazało się, że to morderca skazany na stos w szafie za liczne oszustwa, w tym matrymonialne! Tak więc, nie ma czego żałować.
      Ściskam równie wylewnie!

      Usuń
  7. pocyckanie dla rozgrzewki...
    miszczostfo!

    OdpowiedzUsuń
  8. Wciągasz jak ciągutki PandeMonio!
    Nie wychodź z domu, tylko siedź i pisz:)
    Uściski wielkie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I vice Wersal, Alcy!
      Siedzę, siedzę, czekam na wiosnę!
      Ściskam!

      Usuń
  9. Kościsto- zębata historia. Tak na marginesie, to ja nawet cyckac bym nie smiala, taki czas:( Ale kiedyś to gryzłam, gryzłam i szarpałam :) Dobrej reh reh rehabilitacji zyczę;) A P.Pieprz wciaz poleguje dniami, taka karma.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też gryzłam, ale już się hamuję nawet przy tik-taku.
      No jak poleguje? Łomatko długo coś... Zdrówka życzę! rehareha!

      Usuń
  10. Świetne powiem CI! Świetne! I coś w tym jest.. w tych zielonych gałązkach i sokach z jagód jakby na zawołanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękować, Pani M.! To spisek w tym jest, ot, co! Trzy szczypty!

      Usuń
  11. Super! Bardzo się aniukowemu podobało :-)!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. och, jakże się cieszę! Skorpionowe wdzięczne Aniukowemu! Skorpionowe lubi pisać, jak się podoba!

      Usuń

Jeśli się jeszcze wahasz, wiedz, że każdy komentarz cieszy autorkę i dodaje jej 1cm w biuście.
Dziękuję :)