czwartek, 14 listopada 2013

(101) półmetek konkursu z gadami i podrobami

 Tadaam!


   Jesteśmy na półmetku KONKURSU multiURODZINOWEGO! Dziś dorzutka tortów, prosto z serca i innych, bliskich tematycznie organów. Częstujcie się, proszę. Ostatni jest dla mojej mamy, to w końcu święto dla matki przejść zwycięsko przez bój na porodówce i zakończyć go obopólnym triumfem.







I w prezencie ode mnie krótka opowiastka:
Mim  koniecznie chce coś zimnokrwistego w domu. Nie, żeby od razu tatara czy golonkę z piwem, ale takie małe kolorowe drzewołazy - czemu nie? Najlepiej całe stado. Trzeba już jechać do dziewiczych lasów Amazonki i odłowić ze dwa kilo, już teraz, zaraz! Że jadowite? E, nie może być, mamy rękawice! Że trudno znaleźć? Mamy lornetkę i bystre oczy! Że nie można przewozić zwierząt przez granice, bo Konwencja Waszyngtońska CITES? Zamieszkamy w Brazylii! Nie ma przeszkód.
No dobra, skoro chwilowo nie stać nas na bilet do Ameryki Południowej, to może skupimy sie na czymś narodowym? To może chociaż zaskroniec?

Zaczęło się. Maraton z encyklopedią gadów, opowieści (moje) ze spotkaniami z zaskrońcem oko w oko, zdjęcia, podglądactwo gatunku na kartach ksiąg i eterycznych kartach netu, filmiki na you tube (trzeba mieć zawsze oko na pociechy, co oglądają, bo w tym przypadku zakończyło się bezpruderyjnym filmem, na którym albinotyczna samica boa pożera sama siebie. Krew i znój, proszę Państwa),

Mamo, a gdzie żyją żmije?
Mamo, a czy żmije są bardzo jadowite?
Mamo, a w szpitalu odratują?

Nawiasem mówiąc coś mi prześwituje przez kłęby niepamięci zamierzchłej przeszłości, że w pracy, gdyby zdarzyło się, że wąż zatopiłby zęby jadowe w pracowniku, pracownik, o ile jeszcze może, powinien biec lub dopełznąć do apteczki. Apteczkę otwiera resztką sił na krok przed obłędem, a tam numer do najbliższego szpitala, w którym jest surowica. Najczęściej we Francji.

- Mamo, złapmy zaskrońca, złapmy! Albo żmiję. Hm, a co, jeżeli spotkamy żmiję, a ona będzie miała wsciekliznę?

- E, no wścieklizna i jadowitość to już chyba za dużo, jak na jedną żmiję, nie uważasz? Chyba wystarczy, że będzie jadowita co?

Mim musi koniecznie jechać na gadzie safari. Przeszukuje swoje zasoby ubrań ochronnych i wdziewa poniższy safe-outfit:


Zasadniczą funkcją ubrania ochronnego jest kamuflaż i przybranie formy maksymalnie zbliżonej do natury. W tym przypadku Mim postawił na zlanie się w jedno w kopcu mrówek. Maska spidermana chroni twarz, okulary szalonego profesora dodają powagi i autorytetu. Chronią również przez strumieniami jadu (kobra królewska przecież pluje na kilka metrów i wypala wzrok z sykiem raz na zawsze i na amen). Podejrzewam zatem, że ubranie posiada w zestawie wbudowaną funkcję odstraszającą.

Wieczorem Mim zasypia, kula się z boku na bok.

Co sie dzieje Mimie?

- Niepootrzebnie mnie STRASZYŁAŚ tą żmiją!

O_O

I na tę okoliczność coś słodkiego:



Życzenia od Małża:

Powinnaś pisać! Przynosiłbym ci herbatę, a potem byś miała te spotkania z czytelnikami w ośrodkach sanatoryjnych.

23 komentarze:

  1. Kochany ten Twój mąż :D Nie wiem czy łatwiej odłowić żmiję czy R. Lewandowskiego po autograf ?;))))
    Jakby Mim poczekał do przyszłego roku wiosny-wczesnego lata, to mogę jaszczurek odłowić dla Niego, hę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najtrudniej to odłowić dzieciary i zawlec wieczorem do łóżka. Lewandowski to przy tym trzydniowy kotek z miękkim brzuszkiem.
      Nie kuś, Mim chciałby WSZYSTKO, łącznie z pasożytami wewnętrznymi in vivo.
      Mnie ratują przepisy o ochronie gatunków. Mim na razie jest prawy. ;)

      Usuń
  2. O matko!
    Kiedyś cieszył półzdechły gołąb, albo łysa kawka, jeśli tylko mama pozwoliła zatrzymać w domu do całkowitego wyleczenia. Towar ten leżał pod blokiem, za rogiem na ulicy, a nie od razu Ameryka Południowa i koniec świata. Nie jadowił, ostatecznie miał ptasie wszy, albo inną ptasią zarazę, wyleczalną u pierwszego lepszego dermatologa ;) Nie trzeba było zatrudniać Indiany Jonesa do odłowów!
    Świat dziczeje. ;) Ale gdyby Mim tylko chciał, proponuję formikarium i hodowlę mrówek. Można hodować w domu i w zagrodzie. Nasze obecnie w zagrodzie (czyli na balkonie), Będą się hibernować...powinny w lodówce, ale wytłumaczyłam Młodszemu, że lodówka to dość klaustrofobiczne miejsce, a zima będzie lekka tego roku. ;)
    A, no i gdybyście się zdecydowali, to ja rączki umywam, że niby namawiałam i takie tam. I nie łkać po pół roku, że biegają samopas, bo im się za szybką znudziło, zmiotka i szufelka rozwiązuje sprawę.
    :)
    Serca tortowe cudne. Przypomniało mi się to serce końskie w formalinie z komedii "Lejdis", pierwsze co powiedziałam, to że chcę takie w domu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie proponuj, Mirabelko, mamy dosyć robactwa w domu, czytałaś chyba?
      http://skorpionwrosole.blogspot.com/2013/03/55-ped-do-zycia.html

      Zaprowadziłaś półzdechłego gołębia za skrzydło do weterynarza? Cudne opowieści :D
      My w lodówce mamy larwy wodzieni dla naszego bojownika i kota. Na razie wystarczy. Ale jakby co, wiem, gdzie Cie znaleźć! Myśl o operacji plastycznej i programie ochrony świadków.

      A ja trzymałam serca w łapce- inne narządy również :) w prosektooooooooriuuuuum!

      Usuń
    2. A kota też w lodówce? ;))))
      No i łypnęłam ponownie swoim okiem na Wasze hordy robali, jeszcze jakaś jednostka buja mi się na rzęsie. :)
      A teraz z wojaży wracają do domu? Tonę much upolowałaś?
      W końcu czymś trza będzie to wszystko wykarmić. ;)

      O matko! Nie wiem czy Ci teraz piątkę przybiję, zostaje już tylko buzi, no chyba, że te organy zżarłaś! ;P

      Usuń
    3. No tak, alem napisała. Kot wręcz przeciwnie, pewnie boi się tych zwierząt zapakowanych próżniowo.
      W chacie widoczne są tylko kosarze. Reszta pewnie stchórzyła i czai się pod fugami i w żyrandolach. Jak much zabraknie, wykarmię je własną piersią.

      Organy miałam żreć? Przeca połamałabym zęby na klawiszach! ;)

      Usuń
  3. Ach...a życzenia PRIMA SORT!!!!!!!!!!! ;)
    Daj potem namiary na sanatorium, zaliczy się przyjemne z pożytecznym :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sanatorium byłam raz. Wróciłam tak zmęczona jakbym wracała z obozu dla uchodźców. No ale byłam z Małżem i dzieciarami, to chyba dlatego. Do sanatorium powinno się jeździć samotnie! W końcu po to wymyślono sanatorium, żeby chyba odpocząć?

      Usuń
  4. Ha, czemu ja tu wcześniej nie trafiłam? Serca i inne organy są boskie! Narkotyczny głód cukru i krwiożercze instynkta zaspokojone jednym rzutem.
    Moje dziecko na szczęście przyniosło do domu jedynie ślimaka winniczka - trzymaliśmy go w słoju, ale ślimak cierpiał na depresję, nie chciał żreć, więc zwróciliśmy mu wolność po paru dniach, Młody przyjął mężnie na klatę, pocałował ślimaka w skorupkę na do widzenia - dumna byłam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ha! Ale i tak wszystkie drogi prowadzą do gara z rosołem :)

      Dobrze, że wypuściliście depresyjnego ślimaka. Co po jednym ślimaku w zupie? ;)

      Pozdrawiam :)))))))

      Usuń
  5. Tort urodzinowy z całego serca :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ośrodki sanatoryjne :D Cudne!
    P.S. Torta z węża to może i nawet bym spróbowała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaskakujący ten wąż w środku :) Ja bym z chęcią dziubnęła któreś dziecko :)

      Usuń
  7. Ślepy los z psem przewodnikiem na przedzie wyminął Mirabelkę, która pod natłokiem startujących w konkursie padła na kolana. Jęła się potem czołgać, ale na tyle nieudolnie, że z każdym sunięciem nabierała piachu po kieszeniach, co automatycznie spowalniało jej dziwny posuwisty krok. - No i znów nie wygram! – uśmiechnęła się przekornie do siebie, robiąc oczywiście dobrą minę do jeszcze ciekawszej gry. A mogła przecież powalczyć, choćby piórkiem w du… w dłoni, skreślić kilka poprawnych odpowiedzi, na tyle interesujących na ile w ogóle może być interesująca malkontencka dusza Mirabelki. Ale już po ptokach. Odleciały z bocianami za siedem gór, siedem mórz i razem siedmioma kanapkami pożartymi przez dziatwę przepadły pochłonięte tą samą treścią.
    - Mirabelka, Ty znów zaczynasz bredzisz! – zaskandował tłum gapiów w ilości sztuk dwie.
    - Ależ skądże, daję jedynie innym szansę na wygraną – odpowiedziała dobrotliwie Mirabelka i znów zamilkła, bo wzruszenie odebrało jej głos.

    :)))))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowne :)
      Mirabelko, tylko czterech startujących! A konkurs jeszcze 2 doby!

      Usuń
    2. Ludzie!!! Czy Wy to słyszycie? Do roboty! Chce potem móc powiedzieć, że Mirabelka przegrała z setką uczestników!

      No bo jakże to tak, trzy osoby zgarną medale, złoto, srebro i brąz, a Mirabelce przyjdzie stać jak ten kołek pod podium?

      Usuń
    3. Zatem proponuję ufundować nagrodę pocieszenia dla tego ostatniego!

      Usuń
    4. Izabelka mądrze gada, WODY ;) jej dać ;)))

      Usuń
    5. I co z nagrodą dla ostatniego? Gdzie moje pocieszenie?

      ;)

      Usuń
    6. Redakcja w następnym poście uprasza o przesłanie adresu w celu wysłania pocieszycielstwa. ;)

      Usuń
  8. Nominowałam Cię do tzw. łańcuszka - jeśli masz ochotę, zajrzyj do mnie. Przymusu nie ma ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Co prawda zawsze odrzucałam zaloty tego typu, ale na Twoje się skuszę :)

      Usuń

Jeśli się jeszcze wahasz, wiedz, że każdy komentarz cieszy autorkę i dodaje 1cm w biuście.
Dziękuję :)