poniedziałek, 29 lipca 2013

(79) podróż w czasie

   Sto lat temu beztrosko cięłam krajobraz, bryzgając kolorami na słoneczne pola rzepaku po prawej i fiolety ogórecznika po lewej. Moje dłonie odkładały skiby puszystych szmaragdowych zarośli i rozchylały kłujące gałęzie strzelistym sosnom. Przesypywałam przez palce miliardy ziaren piasku z dzikich plaż, nabierałam w płuca ciemne, pachnące jeziorem powietrze, a jedyny świadek nocnych kąpieli wpatrywał się we mnie bezwstydnie opalizująca tarczą. Wpychałam w oczy zachody słońca, spadające gwiazdy, polne drogi inkrustowane migoczącymi kałużami i kocimi łbami. Wcierałam w skórę zapach miodu i morskich wodorostów. Biegałam łapczywie na wprost, szybko, upojnie, a  wyciągniętymi do góry rękami orałam niebo i darłam paski błękitu. Biegłam przez pagórki, z młodzieńczą ciekawością co dalej, co za horyzontem. Jak gdzie indziej pachnie ziemia, jak słychać przemykania leśnych cieni i jak smakuje nieznane. Tajemnica czaiła się za każdym zakrętem,  po skórze skakało to, co niecodzienne i niezwykłe, muskając skórę każdą ze stu łaskoczących łapek. Lecznicza akupunktura małych niespodzianek. Wszystko zależało od losu, on rozdawał karty - gdzie i kiedy się obudzę, co zjem na kolację, jakie widoki zobaczę. Która stacja przytuli mnie na 3 godziny albo 3 dni.
Sto lat temu pod puchową poduszkę i przez dziurki w skrzynce wpływały strużki wierszy: Siedząc na małej stacyjce czekam na pociąg, trzymając głowę na udach ukochanej kobiety. Marzę tylko o tym, by ten pociąg nigdy nie nadjechał.

   Kalendarze zafurkotały i przerzuciły mnie o dziesiątki lat świetlnych naprzód. W XXI wieku nie jeżdżę już koleją. W szoferce cichutko szumi klimatyzacja, a śliskie podmuchy przefiltrowanego chłodnego powietrza omywają opalone ramiona. Zmęczona nieustannym brzękiem ciągniętych za sobą kotwic, zakładam kosmyk włosów za ucho niezmiennym od lat, płynnym ruchem i wyciągam strudzone stopy z pedantycznie pomalowanymi paznokciami. Cel podróży - wiadomy. Zaplanowane posiłki 3 razy dziennie, a ściany hotelu nie pachną brezentem i dymem z pizzerii.

Za oknami auta wieczór tasuje migające w pędzie krajobrazy. Już nie kantuje i nie przechowuje asów w rękawie. Do środka wpada miarowy pomruk silnika kabestanu zwijającego liny kotwiczne, które wciągają mnie do doku.

Po wycieczce na tylna kanapę rzucam podejrzanie lekko pytanie: i jak, podobało się Wam?

 

- Super! - woła uradowany Mim

- Noo.- mruczy do szyby Mat. - A mały, obleśny rachmistrz siedzący w mojej metryce, śliniąc wskazujący palec, skrzypiącym piórem dodaje w słupku kolejne 10 lat.

Bo nagle świat objawił mi z rozbrajającą szczerością swoją prawdę - Mat jeszcze tylko kilka razy spędzi z nami wakacje. Potem będą ważniejsi koledzy, dziewczyna. Teraz jego kolej fastrygować ścieżki swoimi krokami, i wysiadywać jajka niespodzianki na małych polanach.
 Tymczasem wydaje mi się, że mój patchwork jest gotowy.

Z tyłu głowy matka Nieuchronność ciągnie za cieniutkie żyłki i zaciska na mej twarzy siatkę zmarszczek.



4 komentarze:

  1. Matka Nieuchronność zrzędzi mi do ucha co raz częściej.
    A ja jeszcze częściej (niestety) uciekam od jej upomnień w świat teraźniejszości w nadziei, że jakoś to będzie, że jeszcze zdążę lepiej poznać, lepiej wychować, lepiej zrozumieć moje dzieci. Kiedyś, nie dzisiaj. Przecież jest jeszcze tyle czasu...
    A tu już kolejne wakacje, jedno już w szkole średniej, za chwile kolejne.
    Będę musiała wreszcie posłuchać Matki Zrzędzącej.
    Bo dzieci (no przeciez ja to wiem!) najbardziej pamiętają takie właśnie momenty, ten miód z glonami (hmm, ciekawa kombinacja :)), te gonitwy między sosnami, ten wspólnie spędzony czas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziecięca pamięć jest jak korzenie. Mnie zmartwiło to, że moi synowie nie pamiętają prawie nic z tego jak uczyłam ich podstaw świata. Jak rozwiązywaliśmy pierwsze szarady, jak uczyłam ich rozwiązywania rebusów, czytania i pisania w wieku lat 4, wycinanek, składania farmy i dinozaurów z papieru, poznawania roślin i zwierząt, posługiwania się nożyczkami i sztućcami. I przez długie rozmowy - uczyłam ich świata Moja nauka została niezauważalnie wkomponowana w ich jestestwa to tego stopnia, że nie widzą rąk, które to ulepiły, widzą tylko rezultat, który stał się ciałem. Dosłownie.. Pamiętają za to zabawy z tatą. Człowiek-matka się naharuje, a tu proszę... Z jednej strony to dobrze, z drugiej... przykro trochę. No, ale taki los matek. Nie oczekuję wdzięczności, a tym bardziej spłacania w stosunku do mnie wyimaginowanych długów. Może dobrze, że nie czują się zobowiązani. A może się czują? Pytają, czy będą musieli się wyprowadzić, jak się ożenią.;) Stworzymy może komunę ;)

      Miód z glonami. Coż, kocham eko :)

      Usuń
  2. Napisałaś tekst, który przeczytałam i ponosiłam w sobie przez kilka dni.
    :)) Musiałam go oswoić bo o części prawdy w nim zawartej nie lubię myśleć, nie znoszę. Nic mnie tak nie dołuje ostatnio jak fakt przemijania. Pocieszam się myślą, że coś przemija ale coś nowego przychodzi. I dlatego warto czekać na następny dzień.Ściskam Cię pandeMonio:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że czytałaś i się odezwałaś, i Ty, Fidrygauko, bo myślałam, że nikogo to nie obchodzi i że pomarliście tam wszyscy. Zresztą zawsze tak myślę po poważniejszych postach i rozważam, czy warto pisać, czy ktoś czyta i czy to komu potrzebne. Bo u mnie- albo wszystko, albo nic. falowanie i spadanie...
      Ja z przemijaniem u boku chyba żyłam zawsze, boje się tego, tej nieuchronności zdarzeń. Nie upatruję w tym początku czegoś nowego. A właściwie lepszego. Wiem, że nowe nie znaczy lepsze, tylko inne, a straty, jakie odnosi się po drodze. zostawiają niezasklepione rany.

      Luuuudzie, jesień idzie.

      Ściskam Cię również Pieprzu :)))))

      Usuń

Jeśli się jeszcze wahasz, wiedz, że każdy komentarz cieszy autorkę i dodaje jej 1cm w biuście.
Dziękuję :)